POLECAMY

"Drużyna A" - We-Dwoje.pl recenzuje

To nie jest mądry film, tak jak mądry nie był sam serial. Nie zmienia to faktu, że można to obejrzeć, mimo absolutnie rekordowego nagromadzenia absurdów, czasem kiepskich tekstów i mało wyrafinowanej gry aktorskiej. Ba, można się nawet czasami ubawić. Nawet jeśli lata nastoletnie już dawno za nami.

To nie jest mądry film, tak jak mądry nie był sam serial. Nie zmienia to faktu, że można to obejrzeć, mimo absolutnie rekordowego nagromadzenia absurdów, czasem kiepskich tekstów i mało wyrafinowanej gry aktorskiej. Ba, można się nawet czasami ubawić. Nawet jeśli lata nastoletnie już dawno za nami.

Bo i serial miał swój urok. Czy naprawdę od zakończenia serialu Drużyna A upłynęło już 23 lata? Przygody najemników, wyjętych spod prawa komandosów były jednym z pierwszych, prawdziwie kapitalistycznych seriali jakie zawitały do naszego kraju wraz z nowym ustrojem. Ci, którzy jako dzieci siadali wtedy przez telewizorami, byli zafascynowani krótkimi opowiastkami o przygodach bohaterów, których nie imały się żadne prawa fizyki. Drużyna A mogła wszystko, udawało jej się wszystko, wszystko też uchodziło na sucho. Wśród najmłodszych i tych ciut … mniej młodszych miała rzesze swoich wielbicieli, którzy dzisiaj, mając już własne rodziny, wspominają ją z prawdziwą nostalgią.

 

Nostalgicznym wspomnieniem dzieciństwa była też wiadomość, że Drużyna A doczekała się remaku. Szkoda tylko, że wiek już nie ten sam, bo możliwość zniesienia kolejnych absurdów jest dzisiaj znacznie mniejsza niż w wieku lat nastu. A historia w zasadzie mogłaby spokojnie stać się przyczółkiem do serialu. Czwórka komandosów, weteranów wojny, tym razem w Iraku zostaje wrobiona w morderstwo i osadzona w wiezieniu. Chcąc oczyścić swoje imię, z pomocą agenta CIA uciekają, aby wyjaśnić, kto stoi za ich uwięzieniem. Ich tropem rusza (bo oczywiście kobieta być musi) porucznik Charisa Sosa (Biel), która, a jakże, czuje do jednego z panów coś znacznie więcej niż tylko zawodowe zainteresowanie…

Będzie więc pościg. W zasadzie całe 117 minut tego filmu składa się z ciągłego gonienia kolejnych osób, przez kolejne osoby. I tak, porucznik Sosa goni naszych zbiegów, oni zaś gonią tych, którzy ich wrobili, ci zaś najchętniej widzieliby wszystkich martwych. Wszyscy do swoich pościgów i ucieczek korzystają z kolejnych, coraz to bardziej wyrafinowanych broni i gadżetów. Szczytem wszystkiego jest lądowanie powietrzne … czołgiem, przy wykorzystywaniu siły odrzutu, jaką dają kolejne wystrzały. Pierwsza godzina filmu to sprowadzone do granicy satyrycznego absurdu biegi, jazdy, strzelaniny i wybuchy. Można się zmęczyć, bo dłużyzn nie brakuje. Brakuje niestety humoru, tak przyjemnie przedstawionego w serialu. Otrzymujemy go dopiero po mniej więcej godzinie, kiedy to film zdecydowanie zwalnia a bohaterowie mają wreszcie do wypowiedzenia więcej niż jedno zdanie pod rząd. I tutaj jest już znacznie lepiej, bo okazuje się jednak, że scenariusz przewidział jakąś fabułę a satyra wcale nie jest temu filmowi obca. Nawet aktorzy przywdziewają jakieś znacznie bardziej znośne pozy. Oczywiście trudno tutaj o wielkie aktorstwo (co w takim filmie robi Liam Neeson?), ale nie sposób bohaterów, a tym samym aktorów nie lubić, bo sami wydają się całkiem nieźle bawić. A my z nimi.

Fakt, kto oczekuje tutaj głębokiej, dramatycznej analizy wojny (a wiem, że i tacy byli) może poczuć się srogo zawiedziony. To nie jest ani film wojenny, ani dramatyczny, tylko sensacyjny i komediowy. Absolutnie niemądry i często bezsensowny. ABSURDALNY. Ale jakiś urok ma i – zwłaszcza tym którzy oglądali serial – trudno jest mu się oprzeć. Co nie znaczy, że chętnie wrócilibyśmy do niego ponownie. A jeśli już, to przynajmniej nie prędko.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)