Skutki antykoncepcji hormonalnej

Antykoncepcja hormonalna zmieniła życie większości kobiet na plus. Wielki plus. Coraz częściej mówi się jednak też o minusach…
/ 22.02.2011 07:43

Antykoncepcja hormonalna zmieniła życie większości kobiet na plus. Wielki plus. Coraz częściej mówi się jednak też o minusach…

Pigułka dała nam niezależność, swobodę seksualną, kontrolę nad własnym ciałem, cyklem, zaburzeniami hormonalnymi. Pigułką leczymy cerę, nadmierne, nieregularne miesiączki, mięśniaki macicy, niskie libido, a nawet pozbywamy się na rok menstruacji! Pigułka zabiera nam paraliżujący czasem życie seksualne strach przed ciążą… dając za to paniczny strach przed bezdzietnością.

Bo to właśnie, oprócz skutków ubocznych oraz dramatycznych, choć rzadkich przypadków zakrzepicy czy paraliżów, zafundowała nam antykoncepcja hormonalna. Społeczeństwo, które od pięćdziesięciu lat żyje na estrogenowo-progesteronowych tabletkach zaczyna mieć duże problemy z poczęciem kolejnych pokoleń. Pojawiają się głosy, aby powrócić do natury…

Prawda jest taka, że pigułka odłączyła kobiety od własnego ciała. Przestałyśmy się zastanawiać nad cyklem, nad owulacją, nad zmianami, bo wszystko reguluje blister z numerkami. Trzeba tylko pamiętać, żeby połknąć. I to jest piękne - mówię, to z całym przekonaniem, po 12 latach łykania i obklejania się plasterkami. Nigdy nie oddałabym tego beztroskiego okresu młodości na rzecz katolickiej naturalności.

Problem pojawia się jednak później. Nie było go widać, gdy rodziłyśmy najpóźniej koło 27 roku życia, ale bije po oczach i jajnikach, gdy budzimy się, aby być mamami po 30-tce. Odstawiamy antykoncepcję, trzęsiemy łóżkiem w piątek, świątek i niedzielę… i nic. Potem są lekarze, hormony, in vitro, mrożone jajeczka i cały piękny świat anty-romantycznej koncepcji.

I nie jest tak, że to tabletka uczyniła nas bezpłodnymi. Styl życia, odkładanie decyzji o macierzyństwie na później, a nawet bardzo późno, oraz lata bycia wyłączonym z naturalnego mechanizmu owulacji to już jednak bardzo bezpośrednia zależność z rosnącym biznesem sztucznych zapłodnień. Wygląda na to, że za wolność przyjdzie nam, jak zwykle w historii, drogo zapłacić.

Co powiedział mi uznany ginekolog na trzydzieste urodziny wpatrując się w ekran z USG? „Pani ma to wszystko w porządku, tylko tak strasznie ściśnięte, stłamszone…”. Bo jak może wyglądać nasz układ rodny, jeśli miesiąc po miesiącu nie produkujemy własnych hormonów, nie wypuszczamy jajeczek w poszukiwaniu spermy, nie miewamy prawdziwych naturalnych miesiączek, a jedynie krwawienia z odstawienia?

Próbujemy wracać więc do natury - chcąc potomstwa, mając dość skutków ubocznych, bądź po prostu, aby dać organizmowi odpocząć - i okazuje się, że nic nie działa. Cykle są długie, nieregularne, bolesne. Owulacji nie ma, wysypuje nas trądzik od stóp do głów, zaczynamy dziwnie czuć się w swoim naturalnym ciele. Taki mały albo nawet bardzo duży szok.

Jeśli faktycznie spróbujemy wrócić do bycia kobietą z krwi, kości i własnych hormonów odkryjemy nagle zadziwiające procesy natury - zmiany temperatury, śluzu w szyjce macicy, nastrojów. Czasem to dyskomfortowe, czasem fascynujące, czasem zwyczajnie cieszące. Oczywiście, powstaje problem jak zabezpieczyć się inaczej przed ciążą, jeśli jej nie chcemy, i tutaj prawdopodobnie większość kobiet sięgnie z powrotem po małą pigułkę kolejnej generacji. Bo antykoncepcja hormonalna wciąż wydaje się mimo wszystko najlepszym wyjściem, zważywszy zawodność metod naturalnych i nieprzyjemny zapach lateksu. Nie jest też moim celem w żaden sposób pigułkę demonizować. Apel jest tylko jeden: jeśli planujesz dziecko i łykasz, to przemyśl ryzyko związane z wyschnięciem źródełka… Bo jest ono spore i nie zawsze „jeszcze rok” bywa najlepszym pomysłem.

Redakcja poleca

REKLAMA