Kleptomania fot. Adobe Stock

„Kiedy mąż mnie zostawił, zostałam kleptomanką. Tylko dzięki kradzieżom mogłam wykarmić dzieci”

Ludzie robią dziwne rzeczy, żeby rozładować stres. Ja zaczęłam kraść podczas zakupów w sklepach. Najpierw były to małe kradzieże, a potem...
/ 11.09.2020 14:05
Kleptomania fot. Adobe Stock

Kiedy skończyłam 20 lat, zakochałam się i wyszłam za mąż. Wbrew opinii rodziny i przyjaciół. Byli zdania, że zawalę bardzo trudne studia ekonomiczne. Perswadowali, że Stefan, mój wybranek, to lekkoduch i kobieciarz. Ale ja nie słuchałam nikogo i postawiłam na swoim. Bardzo szybko urodziłam syna i córkę, i zgodnie z przewidywaniami innych rzuciłam studia. Nie byłam w stanie pogodzić opieki nad malutkimi dziećmi z nauką. Stefan wprawdzie zatroszczył się o to, byśmy otrzymali mieszkanie ze spółdzielni, ale potem umył od wszystkiego ręce.

Koniec sielanki

Zajmowałam się Kacprem i Kasią, gotowałam, sprzątałam, robiłam zakupy. Mój mąż coraz częściej wracał podpity, albo przepadał gdzieś na kilka dni. Nie robiłam mu wymówek – byłam za bardzo zmęczona codziennymi obowiązkami, ponadto chciałam, by w moim domu panował spokój i harmonia. Dzieci nie powinny być świadkami krzyków i awantur. „A mąż – myślałam – szybciej się opamięta, kiedy w domu będzie miło i sympatycznie. Kiedy zawsze będzie czekał na niego ciepły posiłek, wysprzątane mieszkanie i uśmiechnięta żona”. Myliłam się.

Dzieciaki chodziły już do przedszkola, gdy Stefan pewnego dnia oznajmił, że spotkał miłość swego życia i wyprowadza się z domu.
– Chyba wyrazisz zgodę na rozwód, prawda? – zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Zawsze byłaś rozsądną kobietą. A po chwili dodał jeszcze: – Nie martw się, mieszkanie ci zostawię.
I tak zostałam rozwódką z dwojgiem pociech. „Ja sobie jakoś poradzę – zapewniałam się w duchu. – Ale jak wytłumaczyć maluchom, że tatuś już z nami nie mieszka”? Rozmyślając nad tym, stanęłam przed ladą w sklepie spożywczym.

Ekspedientka się odwróciła, a ja ni stąd, ni zowąd wzięłam do ręki leżącą obok dużą tabliczkę czekolady i wrzuciłam ją do torby. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, lecz nie mogłam się od tego powstrzymać.

Ze sklepu wyszłam wyluzowana, jakby opuściło mnie całe nerwowe napięcie. „Trudno, nie ja pierwsza i ostatnia znalazłam się w takiej sytuacji. Dzieciom powiem prawdę
i tak by się kiedyś o wszystkim dowiedziały” – próbowałam pogodzić się z losem.

Było mi ciężko, ale sobie radziłam

Skończyłam wieczorowe kursy i zostałam księgową w dobrej firmie. Zaczęłam lepiej zarabiać, lecz dzieci rosły i miały coraz więcej potrzeb. Sąd przyznał mi alimenty, ale Stefan często przesyłał je z opóźnieniem. Gorąco mnie przepraszał, tłumaczył się kłopotami finansowymi i obiecywał dać pieniądze później. Różnie z tym bywało.

Któregoś popołudnia zwyczajnie nie miałam za co zrobić zakupów. Resztka pieniędzy, którą dysponowałam, była przeznaczona na leki dla dzieci przechodzących właśnie zapalenie oskrzeli.
„Obiad chyba na patyku ugotuję” – wściekałam się w duchu i rozżalona chodziłam z wózkiem po sklepie. Nie było wielu klientów. „Nic nie wymyślę, chyba, że…” Zgarnęłam potrzebne produkty do dużej reklamówki. Do wózka wrzuciłam dla niepoznaki mały chleb. Kasjerka się nie zorientowała. Miałam już co dać jeść Kacperkowi i Kasi!

Długi czas postępowałam w podobny sposób. Dzieci potrzebują nowych butów? W porządku. Szłam do sklepu i kradłam. Wchodziłam do pawilonów z chemią gospodarczą, kosmetykami, odzieżą i stamtąd „organizowałam” to, co potrzebne. Nikt mnie nigdy nie złapał, nie padł na mnie cień podejrzenia. A ja byłam z siebie dumna, że jestem sprytna i przedsiębiorcza. No i zawsze po takim sklepowym rabunku czułam się, jakbym szybowała w obłokach. Na duszy było mi lekko i radośnie. Choćby dlatego warto było to robić. Nie miałam innych przyjemności w życiu.

Czas szybko mijał. Ani się obejrzałam, a Kacper ożenił się i wyprowadził z domu. Kasia wkrótce też wyszła za mąż. Oboje mieli swoje dzieci. Byli obłożeni obowiązkami i nasze kontakty stały się luźniejsze, chociaż często pomagałam im opiekować się wnukami.
Dzieci miałam dobre, lecz ich czas i uwaga były poświęcone własnym rodzinom. Niby rozumiałam, ale czułam się samotna i opuszczona.

Pamiętam, jak Kasia odwołała raz wizytę u mnie, tłumacząc się nagłymi obowiązkami w domu. Poszłam wtedy do kiosku „Ruchu” i poprosiłam sprzedawcę o jakąś gazetę. Odwrócił się, a ja błyskawicznie wrzuciłam do torebki jakiś film na dvd. Zaraz mi się poprawił humor.

Wróciłam do swojego „hobby”. Było to trudniejsze niż kilka lat temu. W wielu sklepach pojawili się ochroniarze, a każdy towar miał kod kreskowy. Jednak szybko nauczyłam się odwracać uwagę ochrony od swojej osoby. Z kodami kreskowymi było trudniej, ale i je „opracowałam”. Po filmie wyniosłam z drogerii cążki i lakier do paznokci. A potem to już poszło...

Po pracy jeździłam do różnych dzielnic miasta i wracałam w podskokach z kolejnym łupem. Przy okazji poznałam grupę młodych ludzi, którzy żyli z kradzieży w sklepach. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.
– Bożenka to superbabka! – powtarzał często jeden z nich, Piotrek.
– Nie dość, że fajna, to jeszcze jaka zręczna! – dodawał drugi.
Widziałam błysk podziwu w ich oczach, gdy uporałam się bezproblemowo z trudnym zadaniem. Ostatnim z nich była kradzież markowych dżinsów w salonie, gdzie były kamery, ochrona i specjalne zabezpieczenia przy każdej sztuce odzieży. Po akcji chłopcy zaprosili mnie do pubu na kolację,
a ja im z kolei postawiłam wino. Byłam w euforii. Czułam się ważna i potrzebna.

Choroba

Nieoczekiwanie się rozchorowałam. Kontrolne badania u ginekologa wykazały zmiany nowotworowe i musiałam poddać się operacji. Na szczęście zakończonej powodzeniem. Podczas rekonwalescencji w szpitalu poślizgnęłam się w łazience
i w paskudny sposób złamałam szyjkę kości udowej. Kolejna operacja, leżenie w łóżku, rehabilitacja. W tym czasie upadła firma, w której pracowałam. Cóż, w stosunkowo młodym wieku zostałam rencistką. „Boże, za co mnie tak karzesz – myślałam. – Za te kilka ukradzionych ciuchów. Ludzie robią gorsze rzeczy!

Dzieci zorganizowały mi opiekunkę do pomocy w domu. Same też mnie odwiedzały, ale rzadko. Miałam dużo wolnego czasu. Gdy już w miarę przyzwoicie chodziłam, pojechałam do centrum handlowego. Weszłam do salonu z odzieżą damską. W przymierzalni włożyłam bluzkę, spódnicę, sweter i w nowych ciuchach ruszyłam do kasy. Było mi w tym momencie wszystko jedno i nie działałam jak do tej pory, ostrożnie i racjonalnie.

Piski, krzyk kasjerki, ochroniarze złapali mnie za ręce, zbiegowisko ludzi, wokół policja… Moje dzieci przyjechały, kiedy kończono spisywanie protokołu. Nie wstydziłam się tego, co zaszło. W paradoksalny sposób czułam się bohaterką dnia.

Dzieci zapłaciły za poniesione straty. Ze względu na niską szkodliwość czynu, nie zostałam ukarana, tylko skierowano mnie do psychologa. Chodziłam do niego wiele razy. Kacper i Kasia też z nim rozmawiali. A potem pomogli mi załatwić pracę na pół etatu.

Jeszcze później Kaśka z mężem sprzedali mieszkanie i kupili nowe, niedaleko mojego. Często się teraz widujemy. Coraz rzadziej spotykam się z psychologiem, bo jakoś przeszła mi ochota na kradzieże. Któregoś dnia po sesji terapeutycznej weszłam do sklepu z rajstopami. Wzięłam jedno opakowanie do ręki.. tak łatwo można by…
– Przepraszam, kupuje pani te rajstopy? – zapytała ekspedientka.
– Nie, nie, już odkładam. Do widzenia!
Uśmiechając się, wyszłam ze sklepu.

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Jadę na pierwsze wakacje ze swoim facetem i wstydzę się włożyć bikini. Nienawidzę swojego ciała”„Mój syn należy do społeczności LGBT. Przestańcie mówić mi, że nie jest człowiekiem”„Koledzy mojego faceta śmieją się, że jestem gruba i brzydka”