Duch przemówił ustami dziecka...

Wiktoria jest zwykłą małą dziewczynką. Kiedy zaczęła opowiadać o „czarnej pani”, która odwiedza ją we śnie, rodzice przestraszyli się, że z ich córeczką dzieje się coś złego. – Nie wierzyliśmy w żadne duchy, ale innego wyjaśnienia nie ma – mówią.
Duch przemówił ustami dziecka... fot. Grzegorz Szymański

Wiktoria Raszewska ma 5 lat. Od urodzenia mieszka z rodzicami na obrzeżach Łodzi. Zawsze była wesołym, pogodnym dzieckiem. Może tylko nieco bardziej wrażliwym niż większość jej rówieśników... Ale mniej więcej rok temu z dziewczynką zaczęło się dziać coś dziwnego.
– Często budziła się z krzykiem i opowiadała nam swoje koszmarne sny – wspomina Katarzyna Barczyk-Raszewska, mama dziewczynki.
– Mówiła, że we śnie przychodzi do niej „czarownica”. Zawsze ubrana na czarno, więc Wiktoria nazywała ją także „czarną panią”. Wpadliśmy z mężem w popłoch. Co dzieje się z naszym dzieckiem? Skąd jej się to wzięło? Przecież zawsze bardzo dbaliśmy, żeby mała nie oglądała w telewizji nieodpowiednich programów ani żadnych strasznych bajek dla dzieci. Nigdy nie rozmawialiśmy przy niej o śmierci. A teraz nagle ona zaczęła o tym mówić. Twierdziła przy tym, że to „czarownica” opowiada jej o śmierci...

W naszym domu zaczęły się dziać dziwne rzeczy
Być może samym snom rodzice nie daliby wiary. Może uznaliby wszystko za wytwór wybujałej dziecięcej wyobraźni, ale w tym samym czasie w domu zaczęły się dziać przerażające rzeczy. Bożena Raszewska, babcia Wiktorii, która opiekuje się dziewczynką, gdy jej rodzice są w pracy, mówi o otwierających się szafkach, samoczynnie włączającym się czajniku elektrycznym, cieniach przesuwających się po ścianach.
– Ale najgorsza była historia z żyrandolem – pani Bożena do dziś, wspominając tamto wydarzenie, ma dreszcze. – Spadł z sufitu, pół metra za mną! Sprawdzaliśmy to później z synem – żyrandol nie miał najmniejszych śladów uszkodzenia. Tego nie da się wytłumaczyć...
Kilka tygodni po tym zdarzeniu tata Wiktorii przyniósł do domu lokalną gazetę. Nie zwrócił uwagi, gdy dziewczynka zaczęła odwracać strony. „O, to jest czarownica. A co ona robi w gazecie?” – spytała nagle Wiktoria i wskazała paluszkiem na jedno ze zdjęć.
– Spojrzałem i nogi się pode mną ugięły – opowiada pan Grzegorz.
– „Gdzie jest Iwona” – głosił tytuł obok zdjęcia. Przeczytałem artykuł o poszukiwaniach młodej kobiety prowadzonych od lat przez jej ojca. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że z widzenia znałem tę dziewczynę. Ledwie ją pamiętałem, bo mieszkała w pobliżu bardzo krótko, ale przypomniała mi się w związku z nią inna historia. Niedługo po jej zaginięciu zrobiliśmy sobie z sąsiadami ognisko, na którym nieproszony pojawił się jej mąż. Kiedy po kilku głębszych zaczął się awanturować, postanowiliśmy z kolegą, że odprowadzimy go do domu. On się opierał. Chciał, żebyśmy z nim po-
rozmawiali, ale kolega stwierdził, że jego żona będzie się denerwować, więc musi wracać – wspomina Raszewski. – I on wtedy powiedział, że taką kobietę to by pociął na kawałki i do szamba wrzucił. Wtedy nie zwróciłem na to uwagi. Ot, takie gadanie pijanego – myślałem. Nie jestem nawet pewien, czy już wiedziałem, że Iwona zaginęła...
Kiedy okazało się, że „czarownica”, o której mówi córeczka, naprawdę istniała, państwo Raszewscy uznali, że sprawa zrobiła się poważna.
– I to wspomnienie pijanego faceta gadającego o szambie nie dawało mi spokoju – tłumaczy Grzegorz Raszewski. – W gazecie była wypowiedź ojca zaginionej i jego nazwisko. Postanowiliśmy do niego dotrzeć. Musieliśmy wyjaśnić, co dzieje się z naszą córeczką.

Ojciec Iwony na krótko uwierzył, że wyjechała
Iwona była energiczną młodą kobietą. Skończyła studia na kulturoznawstwie, była instruktorką aerobiku, pomagała ojcu handlować sprowadzanym zza granicy towarem, często też  wyjeżdżała do Niemiec do pracy.
– Była ambitna i zdolna. Chciała coś osiągnąć – opowiada jej ojciec, Adam Puzio. – Dlatego nie byłem zadowolony, gdy wyszła za mąż. Wprawdzie zięć był wykształcony, skończył studia na AWF-ie i prowadził zajęcia ze studentami szkoły teatralnej, ale nie bardzo mi się podobał. Starszy od niej o kilkanaście lat, a bez żadnego dorobku... Ale machnąłem na to ręką. Niechby tylko żyli szczęśliwie – wspomina pan Adam.
Po ślubie kupił córce willę na obrzeżach Łodzi. Iwona zajęła się remontem, w którym pomagał jej ojciec.
– Ten dom kosztował mnie majątek – opowiada. – Ale na co miałem wydawać ciężko zapracowane pieniądze, jak nie na dziecko? Zięć nie dołożył nawet złotówki, dlatego zapisałem dom tylko na Iwonkę...
Gdy remont się skończył, Iwona przestała wyjeżdżać do pracy za granicę. Zresztą, to właśnie w rodzinnym mieście znalazła sobie wymarzone zajęcie.
– Dostała pracę w pierwszej łódzkiej komercyjnej stacji telewizyjnej – opowiada pan Adam. – Taka była dumna i szczęśliwa. Pamiętam, jak całą rodziną zasiadaliśmy przed telewizorem, by oglądać przygotowane przez nią materiały. Mówiła, że to właśnie chce robić w życiu...
We wtorek, 10 listopada 1992 roku pan Adam widział córkę po raz ostatni. Razem z mężem przyszła do rodziców na obiad. Kiedy następnego dnia zapytał o Iwonę, zięć zareagował bardzo dziwnie.
– Pamiętam, że bez żadnego powodu zaczął krzyczeć, że pewnie uciekła za granicę. Moja córka uciekła za granicę? Trudno mi było w to uwierzyć – dziwi się ojciec.
Mimo niepokoju pan Adam nie zawiadomił policji od razu.
– On tak mną zakręcił, że chyba uwierzyłem w ten jej wyjazd. Wcześniej zawsze mnie uprzedzała, ale pomyślałem, że może się pokłócili i dlatego tak nagle wyjechała – wspomina.
Dni mijały, Iwona nie dawała znaku życia i ojciec zaczął się niepokoić. Mąż Iwony twierdził, że pytał o nią w pracy i u znajomych, ale pan Adam sam postanowił to sprawdzić. I wtedy okazało się, że w żadnych z tych miejsc, o których mówił zięć, nikt Iwony nie szukał.
– Wydało mi się to podejrzane – wzdycha pan Adam. – Na dodatek, gdy wypytywałem zięcia o szczegóły, mówił co innego niż dzień czy dwa wcześniej.  To mnie zastanowiło i dlatego zgłosiłem zaginięcie córki.   
Policyjne śledztwo niczego nie wyjaśniło. Nie znaleziono ani ciała, ani żadnego prawdopodobnego wyjaśnienia. Funkcjonariusze poszukujący jakichkolwiek śladów po Iwonie sprawdzili niemal całą posesję. Bez skutku. A o starym, od dawna już nieużywanym szambie, zapomniał nawet pan Adam...
Piętnaście lat po tragedii ojciec Iwony nie rezygnował. Nie miał już nadziei, że córka żyje, ale chciał, żeby chociaż miała grób... I wtedy odnaleźli go rodzice Wiktorii i opowiedzieli o jej snach.

Czy to duch zaginionej poprowadził Wiktorię?
– Może potraktowałbym to jak dziecięce fantazje, ale przyszli do domu Iwony z córeczką – wzdycha pan Adam.
– Mała czuła się jak u siebie. Znała różne zakamarki i bezbłędnie wskazywała co gdzie stało! – dodaje zdumiony.
Ostatecznie uwierzył, kiedy dziewczynka zatrzymała się przed lustrem.
– Powiedziała, że to lustro czarownicy, że ona się w nim przegląda – mówi pani Katarzyna. – A to rzeczywiście było lustro z pokoju Iwony...
Słuchając opowieści rodziców Wiktorii, pan Adam nabrał pewności, że szczątki córki muszą być na terenie domu. Przez rok zabiegał o ponowne przeszukanie, tym razem ze sprawdzeniem szamba. Dwa miesiące temu ekipa wkroczyła na teren posesji.
– Po kilku godzinach na dnie zabetonowanego zbiornika odnaleźli kości! – mówi pan Adam.
– Wydaliśmy decyzję o ponownym przeszukaniu posesji, bo pojawiły się nowe zeznania w sprawie, która została umorzona – tłumaczy prokurator rejonowy, Dariusz Śliwkiewicz. – Teraz czekamy na wyniki ekspertyzy dotyczącej znalezionych kości – dodaje.
Były mąż Iwony nie chciał z nami rozmawiać. Twierdzi, że wszelkie zarzuty wysuwane przez pana Adama to pomówienia. Nigdy też nie był w tej sprawie oskarżonym.
Niemal dokładnie w chwili wznowienia śledztwa skończyły się koszmarne sny Wiktorii. „Czarownicę” zobaczyła we śnie jeszcze tylko raz.
– Córka mówiła, że „czarna pani” po raz pierwszy była kolorowo ubrana i że uśmiechała się do niej... – opowiada nam pan Grzegorz.


Grzegorz Szymański
Fot. Grzegorz Szymański

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)