Opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Film Zelenki jest jednocześnie urokliwy i nieefektowny, mądry i niespecjalnie przenikliwy, błahy, a zarazem finezyjny.
Ten zbiór splecionych finezyjnie tragikomicznych historii z bohaterem Petrem (świetny Ivan Trojan), który dla odzyskania ukochanej gotów jest ugotować jej obcięte włosy, nie jest ani „manifestem pokolenia”, ani portretem społeczeństwa postkomunistycznego, jak chcieliby niektórzy. Zelenka ucieka i przed historycznym, i społecznym, i pokoleniowym „upupieniem” swojej historii.
Pokazuje rzecz prostą: współczesny świat, w którym szaleństwem staje się tęsknota za miłością i bliskością. Tęsknota niekiedy komiczna, groteskowo wykrzywiona (szef zakochany w manekinie), schowana za powierzchowną irytacją drugą osobą (matka Petra dopatrująca się u swojego męża wszelkich chorób od parkinsona po starczą demencję).
Ale jest też w „Opowieściach...” inne, pozytywne szaleństwo. To moment wyjścia poza stereotypy, normy i polityczną poprawność. Może być nim bieganie po ulicy i straszenie przechodniów okrzykiem „booo!” albo też niewzruszona wiara w „ożywającą” kołdrę. Rodzaj pożądanego dziwactwa i nieefektowności, która fascynuje. Powierzchowna gładkość jest Zelence obca, więc oszczędnie dawkuje emocje i brawurowo porusza się między zachwycającą pomysłowością i tytułową „zwyczajnością”. Film jest więc jednocześnie urokliwy i nieefektowny, mądry i niespecjalnie przenikliwy, błahy, a zarazem finezyjny. Nie od dziś Czesi znani są przecież ze skłonności do paradoksów.

Paweł T. Felis

„Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”, reż. Petr Zelenka, Czechy 2005, Gutek Film
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)