Anna Lewandowska ostatnio nie ma najlepszej passy wśród internautów. W zasadzie, czego nie opublikuje, spada na nią fala krytyki. Zaczęło się od wpisu, który zamieściła zaraz po ogłoszeniu transferu Roberta Lewandowskiego do amerykańskiej Major League Soccer, a dokładnie do zespołu Chicago Fire. Ania przyznała, że po ludzku boi się przeprowadzki, rewolucji w życiu ich rodziny, a przede wszystkim o dzieci, do tego będzie tęsknić za Barceloną, w której ma już wielu przyjaciół oraz własny biznes. Oberwało jej się za to, że odważyła się mówić o uczuciach i swoim strachu, bo przecież miliony na koncie zwalniają ją z tego prawa.
WIDEO…
Teraz znów spadła na nią fala krytyki. We wtorek 14 lipca odbyła się oficjalna prezentacja Roberta Lewandowskiego w barwach Chicago Fire. Kapitan reprezentacji Polski poleciał tam jednak sam, bo Ania w tym czasie przebywała w Warszawie. Mało tego! Wybrała się z przyjaciółmi na koncert, bo właśnie tego dnia na PGE Narodowym zagrał Bad Bunny. Jak ona mogła?! Przecież prawdziwa Matka Polka powinna wspierać męża i poświęcać się dla dobra rodziny. Tylko, czy to na pewno takie dobro, jeśli kobieta musi rezygnować z siebie na rzecz innych?
„Trzeba nie mieć wstydu”, a może mieć charakter?
Choć wydaje mi się, że w sieci nie zaskoczy mnie już zupełnie nic, wciąż nie mogę się nadziwić ludziom, którym chce się komentować życie innych. Rozumiem, że Lewandowscy to nasza polska power couple i dlatego powinni liczyć się z tym, że ludzie będą komentować ich poczynania. Jestem przekonana, że oni to wiedzą i są już do tego przyzwyczajeni. Trudno jednak przywyknąć do hejtu. Czy popularność musi przekładać się na słowną rzeź w komentarzach i wchodzenie z butami w cudze życie?
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że komentarze, które pojawiły się pod nagraniem Ani z koncertu, w dużej mierze przypominają mowę adwokata podczas rozwodu. Bo ci, którzy postanowili wbić „Lewej” szpilę, robią to pod przykrywką troski o „biednego, osamotnionego Roberta”.
- Ważne, że Robert sam w Chicago na prezentacji w nowym klubie.
- Super, że może Pani odreagować tę stresującą sytuację z przeprowadzką, podczas gdy Robert spędza samotnie pierwsze dni w nowym domu.
- Trzeba nie mieć wstydu, aby zostawić męża w ważnym dla niego dniu.
Istnieje takie bardzo mądre powiedzenie, że „wstyd to kraść”. I tego się trzymajmy. Bo zdecydowanie nie nazwałabym wstydem stawiania na siebie, pielęgnowania własnych potrzeb i spędzania miło czasu z przyjaciółmi. Wręcz przeciwnie, uważam, że trzeba mieć charakter, żeby wszem wobec cieszyć się tym i dzielić z innymi, jednocześnie zrywając ze stereotypowym wizerunkiem Matki Polki.
Matka Polka od poświęceń
Polki są uczone od małego, że muszą się poświęcać. Patrzą na swoje matki, które nieustannie rezygnują z siebie i własnych przyjemności. Zamiast kupić sobie bluzkę, która im się tak podoba, wybierają zakupy dla dzieci. Zamiast pójść poćwiczyć, spędzają czas z rodziną, bo mają wyrzuty sumienia, że będąc w pracy, zaniedbywały swoje pociechy. Nie wspominając już o drinku z przyjaciółką czy wieczornym koncercie. Bo przecież żonie i matce nie wypada.
Tu na moment bym się zatrzymała i zastanowiła nad tym, co to znaczy nie wypada... Czy nie wypada skupić się na własnych potrzebach, gdy wiemy, że nic złego nie dzieje się naszym bliskim? Nie wypada rozwijać własnej kariery, tylko trzeba być wciąż w cieniu męża? A może nie wypada kupić sobie drogiej torebki, jeśli ciężko pracowałyśmy, aby na nią zarobić? Bo przecież innych nie stać na takie luksusy…
Sama wielokrotnie słyszałam krytyczne głosy w stosunku do mojego stylu życia, choć nie jestem osobą publiczną jak Ania. A to „zatroskany” tata rzucił do słuchawki pytanie: „Ty znowu wychodzisz gdzieś sama?”. A to przyjaciółka podsumowała, że w sumie to się dziwi, że z mężem jesteśmy w stanie wyjeżdżać gdzieś bez siebie i spędzać czas osobno. A to inna znajoma wtrąciła swoje trzy grosze, czy na pewno wszystko u nas w porządku, bo widzi na relacjach, że spędzamy czas osobno. I moje ulubione - pytania dalekich znajomych, gdy pojawiam się gdzieś sama: „A gdzie zgubiłaś męża?”. Wtedy do głowy przychodzi mi tylko jedna odpowiedź: pytasz z troski, ciekawości, czy może szukasz sensacji?
Oczekuje się od kobiet, że będą zawsze wspierać najbliższych - nawet wtedy, jeśli miałoby to się odbyć kosztem ich potrzeb. Historycznie i kulturowo jesteśmy postawione w roli opiekunki ogniska domowego, która ma dźwigać na swoich barkach problemy dzieci, męża, rodziców, ale sama nie ma prawa poskarżyć się na swój los.
Przez takie podejście czujemy się zobowiązane do tłumaczenia decyzji, które odbiegają od społecznych standardów - tacie, siostrze, przyjaciółce, wreszcie społeczności internetowej. Oprócz tego, chcąc zrobić coś dla siebie, odczuwamy permanentne wyrzuty sumienia, że zaniedbujemy bliskich. I ostatecznie często rezygnujemy z wielu własnych przyjemności, aby oszczędzić sobie przykrych komentarzy i po prostu nie musieć się tłumaczyć - bo to dodatkowo wyczerpuje psychicznie.
„Miłość to nie pluszowy miś”, a wsparcie to nie trzymanie za rękę
Jak myślicie? Czy dzieci wolą widzieć swoją mamę szczęśliwą i zrelaksowaną, która wspiera je i ich tatę z uśmiechem na ustach? Czy jednak przygnębioną, przemęczoną, zaniedbaną i zirytowaną na cały świat, który nie daje jej wsparcia? To właśnie to słowo jest tu kluczowe. Internauci zarzucili bowiem Ani brak wsparcia Roberta, zapominając, że wsparcie to nie trzymanie za rękę, tylko coś znacznie większego i odbywa się na co dzień, a nie od święta.
To jak walentynki - mówi się, że miłość warto okazywać sobie na co dzień, nie tylko od święta. A wsparcie to uczucie między dwojgiem ludzi, nie coś na pokaz niczym post na Instagramie. I powinno płynąć z obu stron. Bo cały czas oczekuje się od Ani, że będzie wspierać Roberta, ale czy odwrotnie też internauci kładliby taki nacisk? Czy Robert byłby oceniany, że nie jest na ważnym wydarzeniu w życiu Ani, bo akurat gra mecz? To częste w życiu zawodowych piłkarzy, że czasami muszą opuścić istotne momenty w życiu swojej rodziny. Ale on pracuje, prawda? A ona tylko się bawi…
Myślę, że mimo wszystko możemy spać spokojnie. Wygląda na to, że Robert i Ania mają wszystko doskonale poukładane i czują wzajemne wsparcie - bez względu na okoliczności.
- Spokojnie, moja największa fanka kibicuje mi z każdego miejsca na ziemi - czasem z trybun, czasem przed telewizorem, w drodze na koncert, bo sama ma mnóstwo pracy. Dumny z niej jak zawsze! Wytańczyłaś się za nas dwoje - napisał Robert w odpowiedzi na przykre komentarze.
Uff, całe szczęście, że to napisał, bo już połowa Polski myślała, że rozwód czyha za pasem. Aż chciałoby się rzec, brawo Robert! Ale to niesamowicie smutne, że czuje się zmuszony do tłumaczenia się ze wsparcia swojej żony. Bo to ich sprawa, kto kogo wspiera, na jakich zasadach żyją i w jakim momencie są ze sobą na 200%, a w jakim tylko na 100. I czas uszanować, że jego podejście jest zupełnie naturalne, bo to normalne życie, a nie bohaterski czyn na miarę Kapitana Marvela polskiej reprezentacji.
Nie ma znaczenia, czy jesteś Anią Lewandowską, na której poczynania patrzy cała Polska, Kasią pracującą w warszawskiej korporacji, czy Krysią z małej miejscowości – masz prawo do decydowania o sobie i patrzenia najpierw na siebie, a potem na innych. Szczególnie wtedy, gdy nie robisz tym nikomu krzywdy. I o tym powinni pamiętać wszyscy, którzy czują się zobowiązani do umoralniania kobiet – czy to w internecie, czy w życiu prywatnym. Zajrzyj na własne podwórko, żyj po swojemu, a innym daj decydować o sobie. Ani Robert Lewandowski, ani Staś Kowalski spod Lublina nie potrzebują, żeby ktoś wypowiadał się w ich imieniu pod postami ich żon.
Czytaj także:
- Ich troje: Mandaryna, Wiśniewski i ty. Nasza reakcja na zejście się pary wiele o nas mówi
- Hotel przegrał z Książulem? Dlaczego bardziej ufamy twórcom niż markom?
- Sądowy certyfikat z bycia tatą. Rozwód Opozdy pokazuje, że czasem ojcostwa trzeba się nauczyć



























