Recenzja brzucha zamiast CV

Zanim Marie-France van Heel stała się tematem memów o „brzuchu premierowej", była – i wciąż jest – dyrektorką marketingu z ponad trzydziestoletnim stażem. Studiowała na Fitzwilliam College w Cambridge, gdzie w 1989 roku poznała swojego przyszłego męża. Jak ustalił „Sky News", jej ówczesny wykładowca twierdził, że inni studenci uważali, iż Burnham „wygrał los na loterii", zaczynając się z nią spotykać. Pracowała przy projektowaniu logotypów i kampaniach wizerunkowych dla Sky i BBC, podobno pomagała też opracować charakterystyczne, rysunkowe plakaty wyborcze męża w okręgu Makerfield. W 2008 roku założyła własną firmę konsultingową, później objęła stanowisko dyrektorki strategii w agencji Heavenly. Dziś jest dyrektorką marketingu w Iduna – spółce zarządzającej dużą częścią sieci ładowania pojazdów elektrycznych w Manchesterze – i zasiada w zarządzie organizacji humanitarnej Plan International, współpracującej między innymi ze szpitalem Great Ormond Street, fundacją Marie Curie i Alzheimer's Society. Gdy jej mąż był burmistrzem Manchesteru, musiał formalnie wyłączyć się z decyzji dotyczących elektromobilności, żeby uniknąć zarzutu o konflikt interesów – Konserwatyści zresztą próbowali zarzucić jej niezadeklarowanie udziałów, bezskutecznie. To nie jest życiorys osoby, która „stoi obok", ale osoby, której praca miała realny wpływ na politykę lokalną, zanim ktokolwiek zdążył ocenić jej talię.

WIDEO

player placeholder

Ciało, które przetrwało więcej niż niejedną kampanię wyborczą

O ciele van Heel rzeczywiście warto rozmawiać – tylko w zupełnie innym kontekście. W 2010 roku, po śmierci swojej siostry Claire, która zmarła na raka piersi w wieku 39 lat i diagnozach u matki oraz drugiej siostry, van Heel przeszła profilaktyczną podwójną mastektomię po potwierdzeniu, że jest nosicielką mutacji BRCA1. Burnham mówił wtedy w rozmowie cytowanej przez „Sky News", że decyzja żony była „wyzwalająca, a nie przygnębiająca". Od tamtej pory van Heel regularnie biega w charytatywnym Race for Life organizowanym przez Cancer Research UK. Jej ciało nosi w sobie historię strachu, żałoby i świadomej decyzji, która mogła uratować jej życie. A i tak jedynym pytaniem, jakie ktoś zadał publicznie w lipcu, było to o kształt brzucha pod jedwabiem.

Trzy języki, cztery kraje dzieciństwa i zero pytań o to w mediach

Van Heel mówi trzema językami. Dorastała między Holandią, Belgią i kolejnymi krajami, zanim jako studentka trafiła do Wielkiej Brytanii. Doświadczenie dorastania w kilku kulturach to zresztą fundament, na którym zbudowała później międzynarodową karierę w marketingu. W relacjach z 20 lipca ten wątek jednak się nie pojawił. Zamiast tego dostaliśmy zbliżenie na fałdę materiału.

Zobacz także:
Marie-France Van Heel, żona nowego premiera Wielkiej Brytanii, przekracza próg Downing Street 10
Kin Cheung - Pool/Getty Images

Sukienka, która naprawdę miała coś do powiedzenia – tyle że nie o brzuchu

Ironia całej sytuacji polega na tym, że w garderobie van Heel faktycznie jest o czym pisać – tylko nie o centymetrach w pasie. Liliowa suknia Victorii Beckham, w której pojawiła się na Downing Street, i wcześniejszy zielony komplet od Marks & Spencer, w którym stanęła obok męża podczas ogłoszenia zwycięstwa (i który błyskawicznie się wyprzedał), to według analizy „AOL" świadomie zbudowany manifest stylu: Beckham, czyli „druga pierwsza dama brytyjskiej mody”, obok dostępnej cenowo klasyki z wysokiej ulicy. To jest dokładnie ten rodzaj historii, który uwielbiają magazyny modowe – tyle że skończyło się na liczeniu centymetrów pod tkaniną, zamiast na przeczytaniu komunikatu, który ta kobieta świadomie wysłała.

Sukienka jako lustro, w którym widzimy głównie siebie

Najbardziej niewygodna część tej historii nie dotyczy nawet mediów, tylko nas samych. Jak celnie zauważono w komentarzu „Marie Claire" poświęconym tej sprawie, o ile chętnie krzyczymy „patriarchat!", gdy kobiety są osaczane sztywnymi standardami urody, o tyle to najczęściej inne kobiety pierwsze oceniają stylizacje rówieśniczek. Autorka felietonu pyta wprost: „Must we be so predictably reductive?" – czy naprawdę musimy być aż tak przewidywalnie płytkie? To pytanie boli bardziej niż jakikolwiek komentarz o kroju sukienki, bo każe nam spojrzeć nie na van Heel, tylko na siebie.

Kobieta, która nie stanęła na scenie

Van Heel – w przeciwieństwie do wielu poprzednich żon premierów – nie wyszła na scenę razem z mężem po ogłoszeniu jego zwycięstwa. Widziano ją, jak opuszcza salę pod rękę z Burnhamem, ale bez pozowania do zdjęć na pierwszym planie. To drobny szczegół, ale mówiący wiele: kobieta z realną władzą decyzyjną w firmie zarządzającej infrastrukturą całego miasta, zasiadająca w zarządzie organizacji humanitarnej, sama decyduje, ile z siebie chce publicznie pokazać. My i tak wybraliśmy zbliżenie na brzuch.

Zamiast recenzji stylizacji – rachunek sumienia

Marie-France van Heel nie potrzebuje naszej obrony – potrzebuje, żebyśmy przestały robić z niej temat zastępczy. Ma dyplom z Cambridge, trzy języki, trzydzieści lat kariery, miejsce w zarządzie organizacji pomagającej dzieciom i chorym, trójkę dzieci, bliznę i najwyraźniej sporo cierpliwości, skoro wciąż pojawia się publicznie mimo tego, co się o niej pisze. Pytanie nie brzmi już, czy sukienka dobrze na niej leżała. Pytanie brzmi, dlaczego wciąż jest to jedyne pytanie, jakie potrafimy zadać.


Przeczytaj także:

Dyktat laminacji. Czy kształt brwi stał się gorsetem współczesnej kobiecości?

Nie all inclusive i drinki z palemką. Dziś kobiety potrzebują duchowych wakacji bez męża i dzieci