Gdy umiera ktoś powszechnie znany, a co do dopiero znany i lubiany, człowiekowi robi się dziwnie. Tym bardziej, gdy nie jest to internetowy celebryta relacjonujący swoją chorobę, ale osoba, którą uznawało się niejako za stały element rzeczywistości. Takimi osobami są zazwyczaj prominentni dziennikarze telewizyjni. Świetnie znamy ich twarze i głosy, nawet jeśli od kilku lat nie mamy w domu telewizora. Jeśli zaś go mamy, nie widzimy nawet, jak się starzeją – bo sami starzejemy się wraz z nimi.
WIDEO…
Pomijając, że trudno wychwycić zmiany, gdy widuje się kogoś kilka razy w tygodniu. Takie osoby wrastają w naszą codzienność, zwłaszcza, że wiele z nich towarzyszy nam w życiu dłużej niż niejedna kanapa w salonie czy stół kuchenny, przy którym dorastały nasze dzieci.
Potem nagle przychodzi informacja, że kogoś już nie ma, która nas mrozi. Całkiem, jak gdyby zmarł nasz dobry znajomy, z którym ostatnio rozluźniły się nam kontakty. Usiłujemy przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz się widzieliśmy, albo kiedy ostatnio rozmawialiśmy. I nawet jeśli dawno, trudno nam uwierzyć, że osoba, którą uważaliśmy za domyślny element rzeczywistości nie żyje.
Wydaje mi się, że w ten sposób można by spróbować opisać to, jak poczuła się większość z nas, gdy dowiedziała się, że nie żyje Andrzej Morozowski. Na antenie TVN24 po raz ostatni można go było oglądać w połowie kwietnia, a więc niespełna cztery miesiące wcześniej. Wrócił w marcu po półrocznej przerwie, jak się okazało – na zaledwie kilka odcinków programu.
Więcej niż "gadająca głowa"
Myślę, że podobnie jak wielu widzów, nie pamiętam, kiedy mignął mi na ekranie po raz ostatni. Zdziwiłam się, że miał 69 lat – głupio w tej sytuacji napisać “aż 69 lat”, ale chyba myślałam po prostu, że był młodszy. Albo to ja byłam starsza?
Świetnie pamiętam jego program “Teraz my!” prowadzony wspólnie z Tomaszem Sekielskim. Był emitowany przez zaledwie pięć lat, a mi wydawał się czymś oczywistym – w końcu zdążyłam w tym przedziale czasowym skończyć dwie szkoły i odebrać dowód osobisty. Ktoś inny brał wtedy ślub, posyłał dzieci do przedszkola, a potem do szkoły, albo nawet wziął rozwód i zakochał się ponownie.
Rzadko kiedy traktujemy “ludzi z telewizji”, a już zwłaszcza tych z programów informacyjnych i publicystycznych, jak jednostki. Są raczej tłem naszych własnych żyć. I pewnie dlatego ich śmierć tak porusza. W końcu “jeszcze wczoraj” ich widzieliśmy, całkiem jak gdyby przychodzili do nas na poranną kawę, albo wpadali jak co wieczór na kolację. Nagle zdajemy sobie sprawę, że właściwie nic o nich nie wiemy. Nawet, ile mieli lat.
Wczoraj dowiedziałam się nie tylko tego, co na antenie TVN24 mówiły o Andrzeju Morozowskim osoby, które z nim pracowały. Podobnie, jak wiele innych osób, wpisałam jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę. Dowiedziałam się też, gdzie chodził do liceum, że był z Warszawy, że jego mama uczyła języka polskiego. Zdziwiło mnie, że studiował Wiedzę o Teatrze na Akademii Teatralnej – dziwny kierunek jak na publicystę politycznego. A może i tam chodziło poniekąd o politykę? Na przełomie lat 70. i 80. teatr często był w końcu zawoalowanym głosem wolności.
Dowiedziałam się też, że nigdy nie poznał rodziny ze strony ojca – wszyscy zginęli w Holocauście. Ojciec, który po wojnie zmienił nazwisko na “Morozowski” zbiegł z Mińska Mazowieckiego, skąd pochodził, do ZSRR. Jako robotnik z biednej, wielodzietnej rodziny jeszcze przed wojną zainteresował się komunizmem, ale większą rolę odgrywało to, że był Żydem. Tacy, jak on, nie mogli sobie pozwolić na ucieczkę przed hitlerowcami do Izraela.
Google i "Morozowski żona dzieci"
Po śmierci znanych i lubianych, ich wykształcenie i historia przodków obchodzą nas jednak co do zasady mniej, niż ich życie prywatne. Swoją uwagę kierujemy niejako naturalnie ku życiu prywatnemu. Czy miał żonę? Czy osierocił dzieci?
Nie sądzę, że jest w tym coś zdrożnego. Zwykła ludzka ciekawość, a może i chęć znalezienia kogoś, komu moglibyśmy w tej sytuacji współczuć. Dziwnie jednak widzieć kilka strzępów informacji podawanych przez wszystkie media na prawach “nowych newsów”. Tym bardziej, że wszystko, co oficjalnie wiadomo, można streścić na nie więcej niż stronie maszynopisu.
Państwo Morozowscy – a nawet nie Morozowscy, bo żona dziennikarza, pewnie jako rozpoznawalna dziennikarka ekonomiczna i gospodarcza, posługiwała się nazwiskiem panieńskim – nigdy nie udzielili wspólnego wywiadu “Vivie” ani “Gali”, nie wrzucali też ckliwych wyznań do sieci.
Wiadomo, że poznali się w Sejmie – on pracował wtedy jako dziennikarz Radia Zet, ona pisała do “Gazety Wyborczej”. Wiadomo, że Agata Nowakowska skończyła socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, a po 25 latach w jednej redakcji, odeszła z mediów i pracowała jako rzeczniczka prasowa sieci drogerii Rossmann, a także jako naczelna wydawanego przez nich drogeryjnego magazynu.
Sam Morozowski śmiał się, że po tym jak zgubił obrączkę, odnalezioną finalnie przez żonę, trafiła ona do szkatułki, by nie zgubił jej ponownie – tym razem poza domem. O wspólnym życiu pary wiadomo było niewiele ponad to, że zdarza im się spierać o kwestie polityczne, a także, że dziennikarz, który miał stwierdzoną dysleksję, pisał często do żony sms-y, by upewnić się, co do pisowni poszczególnych wyrazów.
O ich prywatności paradoksalnie więcej powiedział Tomasz Sekielski, który rzucił kiedyś w jednym ze wspólnych wywiadów obu panów, że w domu rządzi Agata.
Mało faktów, jak na tytuły mówiące o “wielkiej miłości”, całkiem jak gdyby chodziło o parę celebrytów, afiszujących się ze swoimi uczuciami.
W tej rodzinnej układance jest jeszcze Jan – jedyny syn pary. Urodził się w drugiej połowie lat 90., gdy Andrzej Morozowski był już po czterdziestce. Jako dziecko przebywał przez kilka miesięcy w Centrum Zdrowia Dziecka. Warunki panujące w szpitalu, gdzie poza aparaturą z czerwonymi serduszkami nic nie wskazywało na to, że PRL dobiegł końca, zszokował parę i tak miał narodzić się pomysł zorganizowania Charytatywnego Balu Dziennikarzy, którego pierwsza edycja odbyła się w 1998 roku. O samej chorobie syna Agata Nowakowska powiedziała później, że bardzo ich zbliżyła.
Morozowski o synu mówił właściwie tylko, gdy Sekielski zapytał go o poglądy polityczne Jaśka. Dziennikarz przyznał, że określiłby je jako narodowościowe, choć niekoniecznie prawicowe.
I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o życie prywatne Andrzeja Morozowskiego.
Przedwcześnie zmarł świetny, rzetelny dziennikarz, lubiany przez kolegów za poczucie humoru i kompas moralny. Do tego mąż i ojciec.
Nawet, jeśli reszta nie jest milczeniem, może nie zawsze powinna być klikaniem.
Czytaj także:
- Bartek przepłynął Bałtyk, ale po co sobie to zrobił? Największy sukces w takiej chwili odnosi głowa
- Sezon na jagodzianki? Jeszcze nie tak dawno temu był związany z Matką Boską
- Jak zakochać się po 40., a nawet 50.? Osoby, które znalazły późno miłość, łączy jedno



























