Gdy temperatura na zewnątrz przekracza 30 stopni, w sklepach RTV i AGD kończą się wiatraki. Wysycenie polskich domów nie jest jeszcze widać wystarczające. Ostatnie lata to też przejście z myślenia o klimatyzacji jako snobistycznym wymyśle, do postrzegania jej jako ustrojstwa, które wcześniej czy później trzeba będzie kupić.
WIDEO…
W walce z globalnym ociepleniem rodacy niechętnie przesiadają się z samochodów do komunikacji, ale skrupulatnie zamykają okna, zaciemniają pokoje i coraz częściej pamiętają o filtrach i regularnym nawadnianiu, a nawet elektrolitach.
Jest jednak jedna rzecz, którą trudno porzucić Polakom, którzy dorobili się domu z mikroskopijnym choćby ogródkiem – trawnik. A raczej jego koszenie i podlewanie.
Argumenty mówiące o tym, że wszelkiego rodzaju łąki to mikrosystem organizmów żywych trafiają do niewielu osób (vide wypalanie traw wczesną wiosną).
Właścicieli ogródków zdaje się nie obchodzić jednak i fakt, że bujna roślinność obniża temperaturę odczuwalną. Biorąc pod uwagę, że w Polsce co roku padają kolejne rekordy ciepła, zapalczywość w tym aspekcie dziwi szczególnie.
Przy cosobotnich dźwiękach kosiarki i dumie z utrzymania nienagannego trawnika, kryje się jednak o wiele więcej niż osobista preferencja.
Po nitce do kłębka
Mimo wszystkich innych osiągnięć brytyjskiego ogrodnictwa, jego najważniejszym i najbardziej ikonicznym wkładem w naszą codzienność , pozostaje trawnik.
Trawniki stały się nieodzownym elementem projektowania ogrodów w XVIII wieku. Twórcy osiemnastowiecznych założeń krajobrazowych stylizowali ogrody tak, by udawały wiejską idyllę, gdzie ważnym elementem była krótko przystrzyżona murawa. Krajobraz widziany z oddali wyglądał w końcu jak jednolita plama koloru, nie zaś chaszcze. Tak więc trawę w bezpośrednim sąsiedztwie domu trzeba było ścinać, by uzyskać jednolitą powierzchnię.
Koszenie trawy, która była wówczas przede wszystkim paszą dla zwierząt, było ostentacyjnym znakiem bogactwa. Od tamtej pory trawnik niezmiennie pozostawał symbolem aspiracji społecznych.
Nowoczesna historia trawnika rozpoczęła się w XIX wieku, wraz z wynalezieniem i upowszechnieniem kosiarek. Kosiarka została wynaleziona w latach 30. XIX wieku, niejako jako produkt uboczny rewolucji przemysłowej w przemyśle włókienniczym. Rozwój technologii i ekspansja przedmieść, sprawił, że posiadanie własnego trawnika przestało być wyłącznym przywilejem elit. Z czasem już nie sam trawnik, ale właśnie kosiarki stały się oznaką statusu społecznego.
Pielęgnacja trawnika ma tę przewagę nad ogrodnictwem, że nie wymaga specjalistycznej wiedzy o roślinach. W praktyce zajmuje miejsce gdzieś pomiędzy ogrodem a zabudową, to świat prostych linii i wyraźnie oddzielonych krawędzi, bez miejsca na bujność. To ogrodnictwo dla osób, które wolą mieć kontrolę niż niespodziankę.
Murawy a la boiska piłkarskie wyjątkowo dobrze przyjęły się w Stanach. W amerykańskiej kulturze przedmieść zadbany trawnik stał się jednym z symboli marzenia o własnym domu. Tłem dla sąsiedzkich rytuałów, znakiem porządku, spokoju, bezpieczeństwa i dobrego życia. Jednocześnie wypielęgnowane podwórka z krótko przyciętą trawą to strefy ekologicznie martwe. Co ciekawe, takie prowadzenie przydomowego ogródka jest wymuszane przez stowarzyszenia właścicieli domów i miejskie przepisy regulujące, jak wysoka może być trawa i jak często należy ją przycinać. Taki rygor może dotyczyć nawet kilkudziesięciu milionów Amerykanów.
Stany to więc kraj, gdzie można posiadać broń palną, a jednocześnie nie można decydować o tym, co posadzi się na własnym podwórku. Amerykańska kultura wyrasta z przekonania o wartości indywidualizmu i nienaruszalności prawa własności. Zakłada, że każdy powinien móc urządzać swoje życie na własnym terenie po swojemu, bez ingerencji sąsiadów czy państwa, które narzucałyby swoje wyobrażenia. Jak wiele innych sporów wpisanych w amerykańską kulturę, również historia trawnika opiera się na paradoksie.
Korzenie amerykańskiej obsesji na punkcie idealnie utrzymanego trawnika są zaskakująco płytkie. Zwyczaj ten został bowiem stosunkowo niedawno zapożyczony z europejskiej kultury. W średniowiecznej Anglii i Francji obrońcy zamków wycinali roślinność wokół fortyfikacji, aby zapewnić sobie dobrą widoczność i wcześniej dostrzec zbliżających się napastników. Ten zabieg niechcący stworzył estetykę, która z czasem odrodziła się w postaci starannie utrzymanych trawników otaczających arystokratyczne rezydencje.
"The Great Lawn"
Osadnicy walczyli z naturą i o trawnikach raczej nie myśleli. Jednak na przełomie XIX i XX wieku, wraz z rozrostem elit w ciągu zaledwie kilku dekad starannie utrzymany trawnik urósł do rangi fetyszu statusu społecznego. W “Wielkim Gatsbym” główny bohater tak bardzo nie może znieść kontrastu między perfekcyjnie utrzymanym ogrodem swojej posiadłości a zaniedbanym trawnikiem przylegającym do domu Nicka Carrawaya, że wysyła własnych ogrodników, by doprowadzili go do porządku.
Po II wojnie światowej, gdy dzięki rządowym programom kredytowym miliony wracających z frontu żołnierzy mogły pozwolić sobie na zakup własnego domu, normą stał się model niemal bliźniaczo podobnych przedmieść, obowiązkowo otoczonych pasem szmaragdowo zielonego trawnika. Zdaniem Abrahama Levitta, architekta i dewelopera, który stworzył pierwsze planowane osiedla, będące wzorem amerykańskich przedmieść, zadbany trawnik był wizytówką domu. Ramą, w którą można oprawić marzenie o domku na przedmieściach.
Trawnik a sprawa polska
W tym miejscu można zapytać, co ma piernik do wiatraka, a raczej – co mają amerykańskie przedmieścia do polskich trawników. I okazuje się, że całkiem sporo. Dzisiejsi 40- i 50-latkowie wyrośli w podziwie dla amerykańskiej kultury i stylu życia. Oglądaliśmy domy Kevina (samego w domu), “Przyjaciół” czy “Gotowych na wszystko” i patrzyliśmy na nieosiągalne wówczas w Polsce wzorce. Jednym z nich był trawnik, czy może raczej “lawn”.
Po roku 2000 domy zaczęły stawiać co majętniejsze osoby, a z braku pomysłu czy może ze względu na wyobrażenia ich ogrody przypominały te w Simsach – równy trawnik i tuje dookoła. Ten model powielają dziś nawet deweloperzy specjalizujący się w budowie podmiejskich bliźniaków – w wielu przypadkach trawnik okolony tujami jest elementem projektu.
Ludzie, którzy spędzili 30 lat życia w bloku, wreszcie mają kawałek ziemi. Troska o trawnik i tuje jest tu więc oczywista. Trudno oddać we władanie upałom coś, w co włożyło się godziny pracy i wysiłku. Równie trudno porzucić coweekendowy zwyczaj koszenia, gdy daje tyle satysfakcji. I choć większość z trawnikarzy wstydziłabym się powiedzieć to na głos – strzyżenie i podlewanie to ich hobby.
Próby kształtowanie natury towarzyszyły nam od zarania dziejów, a natura odpowiadała na nie nieustannie próbą wymknięcia się spod kontroli. Koszenie trawnika jest więc niemal modelowym obrazem naszej relacji z przyrodą. W społeczeństwie niedawno (w stosunku do historii ludzkości) uprzemysłowionym dbanie o trawnik może być nie tylko symbolem statusu, ale odwieczną potrzebą okiełznania przyrody. A przy okazji walką z chaosem, którą stosunkowo łatwo wygrać.
Czytaj także:
- Lekarka o tzw. kortyzolowej twarzy i trendzie neuro-glow: „Skóra nie jest próżna. Wybiera przetrwanie zamiast piękna"
- Jak zakochać się po 40., a nawet 50.? Osoby, które znalazły późno miłość, łączy jedno
- Japonia no logo. Jak prostota stała się wyznacznikiem dobrego gustu



























