W polskiej przestrzeni publicznej po raz kolejny powrócił temat, który budzi ogromne emocje. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Minister Funduszy i Polityki Regionalnej przedstawiła koncepcję, według której o wieku emerytalnym kobiet miałoby decydować macierzyństwo.

WIDEO

player placeholder

W myśl tej propozycji matki zyskałyby prawo do wcześniejszego kończenia aktywności zawodowej. Z kolei kobiety bezdzietne pracowałyby dłużej - na analogicznych zasadach jak mężczyźni, czyli do 65. roku życia. Obecny powszechny wiek emerytalny dla wszystkich kobiet wynosi 60 lat.

Argumentacja rządu? Rosnąca długość życia, trudna sytuacja demograficzna oraz chęć docenienia wysiłku włożonego w wychowanie nowych podatników. Wystarczy jednak wejść na dowolną grupę dyskusyjną czy forum internetowe dla kobiet, by zobaczyć, jak ta propozycja odbija się w rzeczywistości.

Zobacz także:

System znowu nas dzieli

Wśród tysięcy wpisów rzadko pojawia się wątek „wygodnictwa” czy chłodnego wyboru kariery zamiast rodziny, o który tak chętnie podejrzewa się bezdzietne kobiety. Dominują niedowierzanie, żal i poczucie głębokiej niesprawiedliwości.

- Sama od dwóch lat walczę o ciążę. Jak przeczytałam o tym pomyśle, po prostu usiadłam i zapłakałam - pisze Agnieszka. - Zamiast realnej pomocy tworzy się podział na te lepsze, które dostaną nagrodę, i te gorsze, które w nagrodę za ból i puste konto po klinikach leczenia bezpłodności dostaną jeszcze kilka lat dodatkowej harówki.

Inne internautki zwracają uwagę na fakt, że takie podejście zupełnie ignoruje ich finansowy i społeczny wkład w państwo.

- Mam 41 lat, nie mam dzieci i prawdopodobnie już mieć nie będę - komentuje Ania. - Od 20 lat co miesiąc płacę pełne składki ZUS i wysokie podatki. Z moich pieniędzy finansowane są żłobki, darmowe podręczniki i 800 plus. Nigdy nie protestowałam, bo na tym polega solidarność społeczna. Ale wmawianie mi teraz, że daję społeczeństwu mniej i muszę pracować do 65. roku życia, jest po prostu bezczelne.

Biologia, o której milczą politycy. Co mówią twarde dane?

Pomysł uzależnienia wieku emerytalnego od posiadania potomstwa opiera się na milczącym założeniu, że bezdzietność to czysta kalkulacja.

Tymczasem dane medyczne rysują zupełnie inny obraz polskiego społeczeństwa. Z opublikowanego Narodowego Testu Płodności (Raport 2024) wynika, że problem ze zdrowiem reprodukcyjnym deklaruje w Polsce aż 20% ankietowanych, z czego w samej grupie kobiet wskaźnik ten rośnie do 25%.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zalicza niepłodność do chorób cywilizacyjnych, a w Polsce aż 42% kobiet, które napotkały trudności w staraniach o dziecko, usłyszało oficjalną diagnozę niepłodności lub bezpłodności od lekarza ginekologa.

Raport wyraźnie pokazuje, że droga do macierzyństwa jest dla wielu Polek wieloletnim maratonem:

  • Co czwarta osoba (24% kobiet) starająca się o dziecko walczyła o nie od 1 do 2 lat.
  • Kolejne 24% kobiet poświęciło na starania od 2 do 3 lat.
  • U co piątej osoby (20%) okres starań wynosił 6 lat i więcej.

Za tymi liczbami kryją się konkretne schorzenia, z którymi kobiety zmagają się na co dzień. Zespół policystycznych jajników (PCOS), torbiele jajnika, mięśniaki macicy. Do tego dochodzi potężny problem zaburzeń tarczycy.

Dodatkowo niepłodność bywa powiązana ze zdrowiem partnera - jak wskazuje raport, u 5% mężczyzn diagnozuje się np. żylaki powrózka nasiennego.

Ukryta kara i inwigilacja prywatności

Zderzenie twardych danych medycznych z propozycjami polityków ujawnia drastyczną lukę w sprawiedliwości społecznej. Kobiety dotknięte niepłodnością ponoszą potężne koszty emocjonalne, zdrowotne i finansowe. Prywatna diagnostyka i procedury leczenia uszczuplają ich oszczędności w wieku produkcyjnym.

Propozycja uzależnienia wieku emerytalnego od posiadania dzieci oznacza, że państwo zamiast zaoferować wsparcie, nakłada na te osoby dodatkową sankcję. Za to, że ich organizm odmówił posłuszeństwa lub medycyna okazała się bezradna, zapłacą koniecznością pracy o pięć lat dłużej.

Na forach kobiety stawiają też fundamentalne pytanie o kwestie techniczne i etyczne: jak państwo zamierzałoby egzekwować takie przepisy?

- Czy urzędnik w ZUS-ie będzie badał moją kartę zdrowia? - pyta Kasia, na grupie na Facebooku. - Będziemy nosić zaświadczenia od lekarzy, że naprawdę próbowałyśmy, ale nie wyszło? Przecież to jest drastyczne przekroczenie granic prywatności.

Umowa społeczna czy inżynieria reprodukcyjna?

System emerytalny w państwie prawa powinien opierać się na jasnej, przejrzystej umowie: pracownik wpłaca składki proporcjonalne do swoich zarobków, przepracowuje określony czas i na tej podstawie otrzymuje świadczenie.

Dodatkowo kobiety bezdzietne na starość znajdują się w trudniejszej sytuacji opiekuńczej. Brak potomstwa oznacza brak bezpośredniego wsparcia ze strony rodziny w wieku podeszłym, opłatę za prywatną opiekę czy leki muszą pokryć w pełni z własnego, wypracowanego kapitału. Zmuszanie ich do dłuższej pracy i ograniczanie prawa do odpoczynku osłabia ich jedyne zabezpieczenie na starość.

Uzależnianie praw emerytalnych od biologii i liczby urodzonych dzieci nie naprawi polskiej demografii. Do tego potrzeba dostępnych mieszkań, stabilności ekonomicznej, elastycznego rynku pracy i powszechnego dostępu do leczenia niepłodności. Pomysły różnicowania wieku emerytalnego ze względu na dzietność nie budują wsparcia dla rodziców, tworzą jedynie głębokie, krzywdzące podziały wśród samych kobiet.


Czytaj także: