W którymś momencie życia zaczyna się nam wydawać, że miłość po 40., a co dopiero po 60. roku życia jest jak modelowe 8 godzin snu z wybudzeniem w odpowiedniej fazie: nadal możliwa, ale wymaga lepszej organizacji, mniej kawy i warunków, których nikt normalny nie ma. W młodości człowiek zakochuje się niejako przy okazji: w szkole, na studiach, imprezie, w pracy, w kolejce po piwo za pięć złotych, którego dziś nie tknąłby nawet z sentymentu. 

WIDEO

player placeholder

Później coraz rzadziej zdarzają się okazje do poznawania kogoś nowego, a co dopiero powoli, bez presji i kwestionariusza w głowie. Wszyscy mają już dzieci, kredyty, psy, rodziców, których trzeba zawieźć do lekarza i własne zmęczenie. Praca? Częściej wysysa, niż tworzy nowe kręgi towarzyskie. Na imprezach bywa się rzadziej, a jeśli już, to wszystkich się zna/są zajęci, albo jak ten podstarzały Kopciuszek ucieka się do domu przed północą, żeby głowa nie zamieniła się następnego dnia w dynię (ciężka i jakaś jakby opuchnięta). 

Stąd bierze się złudzenie, że z wiekiem tracimy zdolność do zakochiwania się. Tymczasem tracimy raczej okoliczności. 

Zobacz także:

Młodość produkuje okazje hurtowo, a do tego nie wymaga wielu wyjaśnień. Ktoś jest ładny, zabawny, pachnie papierosami i płynem do płukania, słucha tej samej muzyki i wystarczy (a czasem nawet wystarczy znacznie mniej). Później człowiek wymaga więcej nie z wybredności, ale dlatego, że więcej wie o ludziach, ale przede wszystkim o sobie. Może to i dobrze, ale skutecznie utrudnia bycie trafionym strzałą amora na podstawie dobrych perfum i błysku w oku. 

Osoba, która ma za sobą kilka związków rzadziej myli chemię z kompatybilnością, a ciągłe dramaty z głębią uczuć. Wiek nie jest może szczepionką na głupie decyzje – żeby wspomnieć wszystkie te historie o oszustach z neta, po których zostają tylko długi zakochanej kobiety – ale statystyki mylenia się co do ludzi maleją. W aż za dobrych perfumach rozpoznaje się nuty spalenizny. 

Może pewną rolę odgrywa tu i ostrożność. Kto dwa razy włożył palce w ogień i do dziś leczy blizny, może nie chcieć nawet sprawdzać, czy tym razem to tylko hologram. Rozsądne? Może i tak, ale rozsądek ma to do siebie, że w niektórych przypadkach jest nie tylko nudny, ale i smutny. 

Prawda w Manolo Blahnikach

Wiecie dlaczego tak wiele kobiet pokochało serial “Seks w wielkim mieście”? Wbrew pozorom wcale nie ze względu na nieszablonowe podejście do mody, Nowy Jork i pierwsze tak otwarte przedstawienie seksualności kobiet.

Chodziło raczej o przedstawienie życiowych sytuacji związkowych, które zdarzają się niezależnie od miejsca i czasu – facet-mamisynek, facet z problemami ze wzwodem, Piotruś Pan, bawidamek, facet, którego trzeba utrzymywać, czy nawet tak dobry i prostolinijny, że nie widzi się w nim tego czegoś – i można by jeszcze wymieniać długo.

Ważniejsze było jednak co innego. Fakt, że bohaterki (no, może z wyjątkiem Samanthy, której nigdy to nie interesowało), mimo kolejnych porażek się nie poddawały – wciąż wierzyły, że czeka je jeszcze w życiu coś dobrego. Nawet po rozwodzie, zdradzie czy odkryciu, że druga strona nie myśli o nich poważnie. To dlatego im kibicowałyśmy. 

Samantha w wersji romantycznej

Ciekawym przykładem nieustawaniu w szukaniu miłości jest Kim Cattrall, czyli serialowa Samantha. Kanadyjska aktorka była trzy razy zamężna, długo funkcjonowała jako popkulturowa patronka kobiecej niezależności, a w 2025 roku, mając 69 lat, poślubiła Russella Thomasa, z którym była związana od przeszło 9 lat.

Poznali się, gdy pracował przy produkcji BBC, potem przez jakiś czas utrzymywali relację na odległość, aż nadeszła pandemia, a pomysł by wspólnie ją spędzić zamiast zniechęcić ich do siebie pokazał im, że po latach obydwoje odnaleźli prawdziwą miłość – już bez dramatów, opartą na spokojnej obecności i wspieraniu się.

Cattrall mówiła o tej relacji nie jak gromie z jasnego nieba, który spadł na nią, kiedy już przestała czekać i “pokochała siebie”. Mówiła, że związek to praca, ale dobra praca. Miała tu na myśli, że nie chodzi o to, by ciągle gasić pożary i cieszyć się ulgą miesiąca miodowego, ale mieć partnera, z którym można pracować nad bliskością, a nie tracić czas i energię na spory. 

Po sześćdziesiątce, kilku małżeństwach, po karierze, która długo kazała wszystkim patrzeć na nią przez pryzmat jednej roli, brzmi jak trzeźwe rozpoznanie: nie każda miłość musi przyjść wcześnie, żeby była głęboka. I nie każda spóźniona jest nagrodą pocieszenia. 

Długie dojrzewanie do szanowania rodziny

Martin Scorsese w zbiorowej wyobraźni funkcjonuje głównie jako człowiek od gangsterów i filmów, które potrafią czasem trwać tyle co niektóre związki. Reżyserowie rzadko goszczą na łamach tabloidów, o ile nie spotykają się z aktorkami, dlatego mało kto zdaje sobie sprawę, że był już pięciokrotnie żonaty.

Pierwsze małżeństwa rozpadały się jedno po drugim, ale nie zrobił z tego nigdy legendy o artyście, którego nikt nie rozumiał. W GQ mówił o straconych momentach z rodziną, i że przy starszych córkach wiele go ominęło. To rzadkie u wielkich reżyserów, którzy zazwyczaj wolą mówić o miłości do kina i “cenie sztuki”, całkiem jak gdyby rachunków nie płacił nikt poza nimi samymi. 

Z pierwszą żoną związał się, gdy miał zaledwie 22 lata, a z czasem okazało się, że dla obojga było to za wcześnie. Mimo prawnej pełnoletniości, wciąż jeszcze byli dziećmi, które dopiero szukały swojej drogi. Koniec małżeństwa przypieczętowało pojawienie się dziecka – on wyjeżdżał na plan, a ona zostawała sama z córką. Jego drugą żoną była dziennikarka Julia Cameron – będąc z nią kręcił film “New York, New York”, jak na ironię opowiadający o związku artystów, który niszczą ich ego i ambicje. Podobnie stało się z nim i Julią. 

W związek z aktorką Isabellą Rossellini wszedł w momencie, w którym prawdopodobnie nikt nie powinien się wiązać, a co dopiero brać ślubu. Scorsese dopiero co wyszedł z uzależnienia, zmagał się wtedy z depresją i miewał napady agresji, w których demolował pokoje hotelowe. Małżeństwo przetrwało trzy lata. Kolejna żona była producentką filmową, z którą pracował i po rozwodzie.

Z obecną żoną, redaktorką w wydawnictwie literackim, jest związany od końca lat 90. Ich córka Francesca urodziła się, gdy był już po 50. Scorsese mówił później, że dziecko w późnym wieku uczy bardzo dużo o miłości i że Franceska dostała od niego znacznie więcej czasu i uwagi, niż starsze córki. Widać to zresztą w jego dzisiejszym wizerunku: obok człowieka od „Taksówkarza” i „Chłopców z ferajny” pojawił się starszy pan nagrywający czasem TikToki z 26-letnią dziś córką. 

Człowiek, który przez dekady budował życie wokół własnej pracy, z czasem zrozumiał, że rodzina i bliskość z własnym dzieckiem nie są dodatkiem do biografii. Czasem dopiero ona pokazuje, ile w tej biografii było luk.

Przyjaźń z byłym i otwartość na nowe

Melanie Griffith wniosłaby do tej rozmowy poprawkę, że późne uczucia nie muszą kończyć się małżeństwem, wspólnym nazwiskiem ani sesją zdjęciową. Griffith była żoną cztery razy, w tym dwukrotnie Dona Johnsona, później Stevena Bauera i Antonio Banderasa. Z tym ostatnim przyjaźni się do dziś, mimo że rozwód był trudny. Wcale nie ze względu na dramaty, ale dlatego, że z pozoru wszystko było okej. Tyle że czuła, że “utknęła” i zatraciła siebie. Dziś będąca już sporo po 60. Griffith mówi, że chętnie by się zakochała, ale kolejnego ślubu już nie potrzebuje. To mniej chwytliwe niż “nigdy nie jest za późno”.

Późne zakochanie nie jest dowodem na to, że los jednak wynagradza cierpienie. Czasem przychodzi, czasem nie. Czasem człowiek po czterdziestce zachowuje się w relacji równie nierozsądnie jak studentka, tylko ma lepszą pościel i więcej do stracenia. Doświadczenie nie gwarantuje mądrości, tylko po prostu większy zbiór danych w głowie. 

Relacje są brutalnie praktyczne. Sprawdzają się nie w deklaracjach, tylko w użyciu. Pokazują, czy umiemy prosić, odpuścić bez robienia z siebie męczennicy i przyjąć, że ktoś nie jest od wypełniania braków po wszystkich poprzednich ludziach. Można się przy tym sparzyć, ale sparzyć można się też pracą, przyjaźnią i zabiegiem kosmetycznym. Nie wszystko, co ryzykowne, jest z definicji nierozsądne.

Z wiekiem nie tyle maleje zdolność do zakochiwania się, ile rośnie próg wejścia. Mniej osób nas naprawdę interesuje. Mniej rzeczy da się przykryć samym urokiem. Trudniej wmówić sobie, że “jakoś to będzie”, jeśli już kilka razy wiadomo było, jak było. 

Najgorsze, co można zrobić po rozczarowaniach, to uznać, że spokój polega na zamknięciu wszystkich drzwi. Owszem, wtedy nikt nie wejdzie z brudnymi butami. Tylko że w pewnym momencie można się zorientować, że razem z ryzykiem wyzbyliśmy się też ciekawości i nadziei. Stąd już prosta droga do zgorzknienia.

 


Czytaj także: