Od kilku dni media na całym świecie rozpisują się na temat niesamowitego wyczynu Polaka. Bartłomiej Kubkowski przepłynął Bałtyk, udowadniając, że człowiek jest w stanie pokonać ból i swoje słabości w drodze do celu. Takie ekstremum jest niewyobrażalne dla wielu z nas. Niektórzy zastanawiają się, po co sobie to zrobił. Motywacji może być bez liku. – Prawdziwa historia dzieje się dużo wcześniej – tłumaczy Edyta Litwiniuk, triathlonistka, trenerka i dietetyczka, która kilka lat temu została Ironmanką. Bo tu nie chodzi o to, że sportowiec lubi cierpienie. Każdy nosi w sobie wyjątkową motywację do stoczenia w swojej głowie walki. Bo właśnie psychika jest kluczowa w uprawianiu sportów ekstremalnych.
WIDEO…
„Po co sobie to robić?”
55 godzin płynięcia wpłat przez Morze Bałtyckie. Zwykłemu człowiekowi coś takiego wydaje się nie do wykonania. Jeszcze niedawno łapalibyśmy się za głowę, twierdząc, że nie da się tego osiągnąć. Ale Bartłomiej Kubkowski udowodnił, że odpowiednia motywacja może być kluczem do sukcesu.
- Są różne motywacje sportowców ekstremalnych – tłumaczy psycholog sportowy Andrzej Staszczuk, który prowadzi na Instagramie profil @psychologsportu. – Bardzo często mają potrzebę wyróżnienia się spośród swojej lokalnej społeczności poprzez sport. To podnosi ich status i daje społeczne profity jak podziw, szacunek. Innym razem czują potrzebę zrobienia czegoś wyjątkowego w swoim powtarzalnym życiu. Nadają temu wyjątkowy sens i ten pcha ich do pokonywania granic. Jeszcze inną motywacją jest przynależność do elitarnego grona osób, które robi coś wyjątkowego, właściwie niedostępnego dla pozostałej części społeczeństwa. W przypadku Bartłomieja Kubkowskiego silnym czynnikiem była motywacja prospołeczna – zbiórka pieniędzy dla Fundacji Cancer Fighters.
Warto podkreślić, że nigdy nie chodzi o chęć czucia bólu. To nie on jest w tym wszystkim kluczowy i uzależniający. Nie chodzi też o samą w sobie adrenalinę, choć ona może sprawiać, że ktoś, kto chce ją poczuć, spróbuje swoich sił w sportach ekstremalnych. Zawsze jednak jest ta jedna, osobista motywacja, która pomaga najpierw podjąć decyzję np. o udziale u ultramaratonie, a potem pokonania własnych słabości w drodze na metę. Doskonale wie o tym Edyta Litwiniuk, która ukończyła włoskiego Ironmana.
- Dla osób, które nie znają tej dyscypliny, Ironman to 226 kilometrów do pokonania jednego dnia – 3,8 kilometra pływania, 180 kilometrów jazdy na rowerze i na końcu pełny maraton, czyli 42 kilometry biegu. Kiedy we wrześniu 2024 roku ukończyłam Ironmana we Włoszech i po ponad jedenastu godzinach usłyszałam słowa: „You are an Ironman”, miałam łzy w oczach. Nie dlatego, że zdobyłam medal. Płakałam dlatego, że wiedziałam, ile pracy, wyrzeczeń i małych codziennych decyzji doprowadziło mnie do tego miejsca. Myślę, że właśnie dlatego ludzie wybierają takie wyzwania. Nie dlatego, że lubią cierpienie. Chcą sprawdzić, kim są wtedy, kiedy robi się naprawdę trudno. Bo w codziennym życiu bardzo często uciekamy od dyskomfortu. A sport wytrzymałościowy uczy, że rozwój zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się wygoda.
Tylko w momencie, kiedy kończy się wygoda, zaczyna się walka z bólem i własną głową, która krzyczy – „dość”. A jednak ta sama głowa podpowiada „idź dalej”. I drogą do tego, aby chęć przetrwania wygrała, jest prowadzenie ze sobą wewnętrznego dialogu.
Kiedy ciało mówi „nie", a głowa krzyczy „dalej"
- Najczęściej następuje długa relacja z bólem, kontaktem ze swoim ciałem, próbami odwrócenia uwago od tego co przeszkadza w wykonaniu zadania. Następuje w cudzysłowie „walka" ze sprzecznościami, bo ciało mówi „nie", a głowa krzyczy „dalej". W momentach krytycznych, dochodzi do intensywnej walki między sygnałami fizjologicznymi a wolą. Mózg, działając jako „centralny gubernator", próbuje zmusić organizm do zatrzymania się w celu ochrony homeostazy, wysyłając sygnały bólu i zmęczenia. Sportowiec musi świadomie nadpisać te sygnały za pomocą technik poznawczych – tłumaczy psycholog Andrzej Staszczuk.
Zwykły człowiek traktuje ból jako sygnał alarmowy, żeby odpuścić. Sportowcy, którzy decydują się na ekstremum, trenują po to, aby wiedzieć jak ten ból przezwyciężyć. Bo dla nich to spodziewany i akceptowalny element procesu. A co dzieje się z ciałem podczas 55-godzinnego wysiłku jak w przypadku Bartka?
- Gdy sportowiec decyduje się kontynuować wysiłek mimo wyczerpania, w jego mózgu zachodzi skomplikowana gra neurochemiczna. Pierwotna reakcja na stres uruchamia oś HPA, powodując wyrzut adrenaliny i noradrenaliny, co pozwala na mobilizację zasobów energetycznych. Jednak utrzymanie wysiłku przez 55 godzin wymaga zaangażowania innych systemów. Mózg uwalnia endorfiny i endokannabinoidy (wewnętrzne opioidy), które działają jak naturalne środki przeciwbólowe, wywołując zjawisko „euforii biegacza" i tłumiąc sygnały z mięśni. Jednocześnie kora przedczołowa musi nieustannie hamować impulsy z ciała migdałowatego, które domaga się przerwania niekomfortowej sytuacji. To wymaga ogromnych nakładów energii mentalnej – podkreśla psycholog i dodaje, że wówczas kluczowe może okazać się prowadzenie wewnętrznego dialogu. - Czasami są to proste zwroty jak „już dawałeś sobie radę ze zmęczeniem", albo „przetrwaj to jak mistrz" – pomaga. Dość dobrze działa odwracanie uwagi na rzeczy zewnętrzne jak trasa, otoczenie, ludzie. Ja przede wszystkim zalecam przekierowanie uwagi na zadanie do wykonania.
Podobne podejście do tematu ma Edyta Litwiniuk, która podkreśla, że też regularnie prowadzi w swojej głowie dialog, gdy czuje, że organizm mówi „stop”.
- Myślę, że każdy z nas taki dialog prowadzi, tylko nie zawsze go zauważa. Najczęściej przypominam sobie, żeby oddychać, zaufać temu, co już zrobiłam i nie wymagać od siebie perfekcji. Mówię: „spokojnie, jesteś przygotowana”, „skup się na tym, na co masz wpływ”, „zrób kolejny krok”. To są bardzo proste zdania, ale one naprawdę pomagają – tłumaczy.
Edyta zdradziła też, że jest w stanie z własnego doświadczenia powiedzieć, co pomogło jej przekroczyć własne granice. Przez kilkanaście godzin wysiłku człowiek przechodzi przez różne etapy, które są niezwykłym doświadczeniem. Doświadczeniem pokazującym, że świat w rzeczywistości jest bardzo prosty.
- Po wielu godzinach dzieje się coś bardzo ciekawego. Przestajesz myśleć o wyniku. Nie zastanawiasz się już, ile zostało do końca. Liczy się tylko następny krok, następny łyk wody, kolejny oddech. Świat nagle bardzo się upraszcza. Na co dzień żyjemy bardzo szybko. Myślimy o tym, co było wczoraj, co będzie za tydzień, martwimy się rzeczami, na które często nie mamy wpływu. Podczas wielogodzinnego wysiłku jesteś tylko tu i teraz. I to daje niesamowity spokój – podkreśla Edyta. – Kiedyś próbowałam z tą głową walczyć. Dzisiaj już nie walczę. Raczej staram się ją uspokoić. Mówię sobie: „Oddychaj. Nie myśl o całym dystansie. Zrób jeszcze tylko kawałek”. To są bardzo proste komunikaty, ale one naprawdę działają.
Niemożliwe nie istnieje
W głowie sportowca, który decyduje się na wzięcie udziału w Ironmanie, ultramaratonie czy na takie ekstremum jak przepłynięcie Bałtyku wpław, nie może istnieć słowo „niemożliwe”. Istotne jest nastawienie, że wszystko jest możliwe i proces przygotowania do tej finałowej walki, jaką jest realizacja celu. Bo to właśnie ta droga jest najważniejsza i ją sportowcy wspominają najbardziej – a nie sam moment startu w kompetycji i przekroczenia mety.
- Nigdy nie myślałam kategoriami rzeczy niemożliwych. Gdybym pierwszego dnia pomyślała o 226 kilometrach do pokonania, pewnie sama bym się przeraziła. Zawsze skupiałam się na kolejnym kroku. Najpierw był pierwszy trening, pierwszy triathlon, kolejne zawody. Każdy etap przygotowywał mnie do następnego – tłumaczy Edyta Litwiniuk. – To jest coś, co bardzo często powtarzam również kobietom, z którymi pracuję. Nie patrzcie od razu na metę. Nie zastanawiajcie się, jak przebiec maraton, jeśli dzisiaj boicie się wyjść na pierwszy spacer. Wystarczy zrobić pierwszy krok. Potem drugi. A po kilku miesiącach okazuje się, że jesteście w miejscu, które wcześniej wydawało się kompletnie nieosiągalne. Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałabym, że najważniejsze jest przekroczenie mety. W końcu po to trenujemy, po to przygotowujemy się przez wiele miesięcy i o tym marzymy. Dzisiaj jednak wiem, że meta trwa dosłownie chwilę. Odbierasz medal, robisz kilka zdjęć, emocje powoli opadają i wracasz do codzienności. Natomiast człowiekiem, którym stajesz się podczas przygotowań, zostajesz już na zawsze.
Podczas tych przygotować sportowiec pokonuje kolejne kroki, ale też przekracza kolejne granice, które pojawiają się w jego głowie i ciele. A rozpoznanie tych granic pomiędzy zdrowym przekraczaniem swoich możliwości a ignorowaniem ważnych sygnałów, które wysyła organizm, jest niesamowicie trudne. Szczególnie wtedy, gdy na horyzoncie widnieje cel, jaki chcemy osiągnąć.
- Przekraczanie powinno być oparte o przygotowany metodycznie trening, który jest przemyślany i zaplanowany oraz połączony z odpowiednią odnową i regeneracją. Dobrze jest mieć rozpisane „red flagi" czyli sygnały, że należy zwolnić. Na pewno permanentne zmęczenie psychiczne i fizyczne jest takim objawem, wysoka drażliwość i co raz częstsze mniejsze lub większe urazy, kontuzje – tłumaczy psycholog.
O tym, jak ważne jest słuchanie swojego organizmu mimo wszystko, przekonała się Edyta Litwiniuk. Gdy brała udział w Inromanie w Teksasie, w pewnym momencie rozbolała ją noga i po 8 godzinach walki musiała zejść z trasy. To było trudne doświadczenie, ale jednocześnie niezwykle cenna lekcja, która hartuje ducha sportowca.
- Przede wszystkim trzeba pozwolić sobie tę porażkę przeżyć. Dzisiaj bardzo często słyszymy, że trzeba być silnym, pozytywnie nastawionym i natychmiast wyciągać wnioski. A przecież jeżeli coś było dla nas naprawdę ważne, to naturalne jest, że będzie boleć. Ja również płakałam. Byłam zła, rozczarowana i przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego właśnie mnie to spotkało. Później przyszły miesiące, kiedy nie myślałam już o kolejnych zawodach. Szczerze mówiąc, były dni, kiedy zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek będę mogła wrócić do biegania. Najtrudniejsze nie było nawet to, że nie ukończyłam zawodów. Najtrudniejsze było odzyskanie zaufania do własnego organizmu. Osoba, która przez całe życie czuła się silna i sprawcza, nagle zaczęła bać się sygnałów wysyłanych przez własne ciało. To było dla mnie ogromne doświadczenie i jednocześnie ogromna lekcja pokory. Najważniejsza lekcja przyszła dopiero wtedy, kiedy musiałam zatrzymać się na chwilę i na nowo nauczyć się ufać swojemu ciału. I właśnie dlatego wierzę, że największym zwycięstwem w życiu nie zawsze jest przekroczenie mety. Czasami największym zwycięstwem jest odzyskanie siebie.
Każdy profesjonalny sportowiec wie, że w życiu nie zawsze się wygrywa. Edyta przekonała się o tym w Teksasie. Bartek, zanim dopłynął do drugiego brzegu Bałtyku, również miał 4 nieudane podejścia do swojego wyzwania. O ile w przypadku sportów drużynowych często rozkłada się to na ekipę, o tyle w sportach indywidualnych i ekstremalnych smak porażki trzeba przełknąć w pojedynkę. To szczególnie bolesne po miesiącach przygotowań i starań o stanięcie na mecie. Ale często to właśnie ta porażka może być najcenniejszą lekcją, która pozwoli nabrać dystansu i wrócić na start silniejszym i bardziej odpornym psychicznie.
Czytaj także:
- Fit Mama Edyta Litwiniuk o tym, jak dbać o siebie, będąc mamą na pełen etat. „Mamy powinny nauczyć się egoizmu”
- Jak ona mogła?! Anna Lewandowska znów w ogniu krytyki. Bo Matka Polka musi wspierać innych kosztem siebie
- W turystyce strachu nie chodzi o adrenalinę, tylko o prawdę. Szukamy tego, co autentyczne



























