W 2014 roku Sophia Amoruso - założycielka amerykańskiej marki odzieżowej Nasty Gal - wydała książkę #GIRLBOSS. Tytułowe słowo błyskawicznie stało się światowym fenomenem, a hasztag podbił media społecznościowe dziesiątkami milionów postów. Postać młodej kobiety w eleganckim garniturze, z estetycznym kubkiem kawy w ręku i skórzanym planerem pod pachą, stała się nową ikoną feminizmu nastawionego na indywidualny sukces rynkowy. Obiecywała kobietom wszystko: niezależność finansową, wolność od korporacyjnych struktur oraz status prezeski własnego życia.
WIDEO…
W anglojęzycznym świecie ten mit rozpadł się jednak na przełomie dekad. Ikoniczne twarze ruchu mierzyły się z głośnymi kryzysami wizerunkowymi. Marka Nasty Gal wpadła w kłopoty finansowe po oskarżeniach o złe traktowanie pracownic, a z wyzysku i dyskryminacji zasłynął nowojorski klub dla kobiet The Wing, którego założycielka Audrey Gelman podała się do dymisji w cieniu skandalu. W amerykańskim internecie słowo girlboss przestało być powodem do dumy, stało się synonimem powierzchownego marketingu, który pod hasłami wyzwolenia ukrywał zwykłą pogoni za zyskiem.
Polski fenomen
Gdy na Zachodzie krytykowano girlbossing za wspieranie korporacyjnego konsumpcjonizmu, w Polsce trend trafił na wyjątkowo podatny i pragmatyczny grunt.
Z najnowszych danych badania Global Entrepreneurship Monitor (GEM), opublikowanych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), wynika, że w zakresie dojrzałego biznesu Polska jest europejskim fenomenem. W grupie przedsiębiorstw dojrzałych (działających na rynku ponad 3,5 roku) firmy prowadzi 12,4% Polek oraz 13,3% Polaków. Powstała w ten sposób luka płci wynosi zaledwie 0,9 punktu procentowego, jest to najniższy wynik w całej Europie, gdzie we wszystkich innych państwach przewaga mężczyzn prowadzących dojrzałe firmy jest znacznie bardziej widoczna.
Podobnie rzecz ma się w przypadku młodych firm (do 3,5 roku na rynku), gdzie własny biznes prowadzi 2,3% kobiet i 2,6% mężczyzn. Co więcej, Polki i Polacy wykazują niemal identyczne postawy biznesowe - aż 74% kobiet i mężczyzn dostrzega w swoim otoczeniu szanse na biznes (co jest najbardziej optymistycznym wynikiem w Europie), a samoocena kompetencji czy poziom obawy przed porażką różnią się między płciami o mniej niż 1 punkt procentowy.
Dane GEM pokazują przy tym wyraźnie pragmatyczny charakter polskiej przedsiębiorczości. Główną motywacją do zakładania firm w Polsce pozostaje potrzeba zapewnienia sobie utrzymania w sytuacji braku odpowiednich ofert pracy na etacie, a w drugiej kolejności - chęć wzbogacenia się i osiągania wysokich dochodów (co kobiety wskazywały nawet nieznacznie częściej niż mężczyźni).
Własna działalność stała się więc dla wielu Polek konieczną odpowiedzią na sztywność rynku pracy, lukę płacową czy trudności w godzeniu życia prywatnego z zawodowym. W efekcie wokół tego zjawiska wyrosła cała gałąź cyfrowej gospodarki. Polskie przedsiębiorczynie masowo zaczęły inwestować w wiedzę sprzedażową, kupując ebooki, kursy marketingu internetowego i gotowe szablony graficzne. Na rynku pojawiło się zapotrzebowanie na nowe zawody cyfrowe - od wirtualnych asystentek, przez specjalistki od komunikacji w mediach społecznościowych, po menedżerki marek osobistych. Równolegle dynamicznie rozwijał się sektor autorski: kameralne pracownie projektowe, gabinety kosmetologiczne czy niszowe marki odzieżowe. Przekaz trafił w punkt: Nie czekaj na awans czy sprawiedliwe traktowanie od szefa. Sama stwórz swoje miejsce pracy.
Ciemna strona samowystarczalności
Szybko okazało się jednak, że przejście na własny rachunek niesie ze sobą ukryty koszt psychologiczny. Zamiast obiecanej wolności, wiele kobiet stworzyło dla siebie miejsce pracy, w którym szefem okazała się ich własna, nieznosząca sprzeciwu presja.
Zamiast równowagi pojawiło się zacieranie granic między życiem prywatnym a zawodowym, gdy twarz i styl życia stają się głównym produktem, każda godzina przeznaczona na bezczynny odpoczynek zaczyna budzić poczucie winy. Dochodzi do tego kultura ciągłej obecności w sieci, gdzie algorytmy premiują regularność, a krótsza przerwa w publikowaniu treści przekłada się na realne spadki przychodów. Całość domyka syndrom samowystarczalności: chwytliwe hasło „wszystko zależy od Ciebie” zdejmuje odpowiedzialność z otoczenia i przenosi cały ciężar powodzenia przedsięwzięcia wyłącznie na barki jednej kobiety.
Pułapka z instagramowej rolki
Wystarczy przejrzeć grupy na Facebooku zrzeszające polskie przedsiębiorczynie czy spędzić kwadrans na polskim Instagramie, by dostrzec powtarzający się schemat. W sieci królują rolki o przełamywaniu barier, estetyczne kadry z poranną kawą i wszechobecny przekaz, że przejście „na swoje” jest jedynym dowodem na prawdziwą wolność zawodową.
Historia powtarza się w dziesiątkach wpisów i komentarzy: po latach na etacie pojawia się impuls, by założyć własną agencję, studio projektowe czy markę osobistą. Przez pierwsze lata towarzyszy temu pełny rytm girlboss, praca po 12 godzin dziennie, ciągłe relacjonowanie swoich sukcesów w sieci i budowanie wizerunku kobiety, która bez trudu łączy obsługę klientów z dbaniem o markę osobistą.
Kryzys przychodzi dyskretnie, w postaci problemów ze zdrowiem, bezsenności i poczucia, że własna doba została całkowicie podporządkowana wymogom algorytmów. „Jeśli zwolnisz choć na chwilę, oznacza to, że się nie nadajesz” - to jedno z najczęstszych przekonań, które kobiety wyciągają z dyskusji w sieci. W efekcie zamiast obiecanej w rolkach wolności, budują dla siebie biznesową klatkę z całodobowym dyżurem.
Przełomem dla wielu z nich okazuje się moment rezygnacji ze ścigania się na cyfrowe wskaźniki: odrzucenie presji codziennego manifestowania aktywności w mediach społecznościowych, rezygnacja z mniej rentownych projektów i podniesienie stawek. Zamiast ścigać się o tytuł „kobiety, która robi wszystko sama”, zaczynają wprowadzać sztywne godziny pracy i delegować zadania.
Kobieta sukcesu 2.0
Kobieta sukcesu nowej ery nie odrzuca ambicji ani niezależności finansowej, zmienia jedynie sposób zarządzania swoją energią. Dzisiejsze hasło „Wybieram siebie” staje się bardzo konkretną praktyką codzienności.
Zamiast grafiku wypełnionego po brzegi, priorytetem staje się mądra architektura czasu, w której prawdziwą miarą sprawnie działającej firmy jest możliwość wyjazdu na urlop bez ciągłego sprawdzania powiadomień w telefonie. Zmienia się także sama definicja statusu: ciężar przesuwa się w stronę cichego luksusu, gdzie ostentacyjne pokazywanie sukcesu w sieci i epatowanie atrybutami zamożności ustępują miejsca wewnętrznej stabilności oraz spokojowi psychicznemu.
Ostatecznie heroizm ustępuje miejsca dojrzałym granicom. Nowy sukces opiera się na umiejętności delegowania zadań, rezygnacji z relacji biznesowych, które drenują z energii, oraz na budowaniu pozycji na ugruntowanych kompetencjach, a nie na ciągłym, wyczerpującym udowadnianiu swojej wartości.
Trend girlboss spełnił w Polsce ważną rolę, dał kobietom odwagę do wzięcia spraw we własne ręce. Dziś jednak wchodzimy w etap dorosłości tego pojęcia. Dojrzały sukces nie potrzebuje już głośnych haseł ani poklasku w mediach społecznościowych. Smakuje najlepiej wtedy, gdy zapewnia realne bezpieczeństwo, wolność i przestrzeń na życie poza pracą.
Czytaj także:
- Czy dążenie do doskonałości jest niezdrowe? O perfekcjonizmie
- Ma z mężem rozdzielność majątkową, 180 mln zł na koncie i ani jednej wypowiedzi dla prasy. Oto, co wiadomo o Grażynie Karkosik
- Biżuteria, która mówi. Anka Krystyniak o amuletach na codzienne życie



























