Ewa Woydyłło nie powiedziała ponoć nic złego. Potem jednak przeprosiła. Między jednym a drugim wydarzeniem nie minęło wiele godzin, w których zmieściła się jednak cała polska szkoła “przykro mi, że tak to odebrano”. Takie tam przeprosiny w wersji demo: bez skruchy, za to z pakietem ochronnym dla własnego autorytetu.

WIDEO

player placeholder

Afera wokół jej wypowiedzi o Idze Świątek (a także Arynie Sabalence i Darii Abramowicz  – choć one nie podburzyły aż tak opinii publicznej) zdążyła już obiec internet i wrócić. Kto chciał, ten przeczytał cytaty. Kto nie chciał, i tak trafił na nagłówki, bo nazwisko Świątek działa w Polsce jak alarm samochodowy pod blokiem. W najkrótszej wersji: psycholożka i terapeutka wypowiedziała się o tenisistce jak gdyby komentowała niewybrednie kolejny sezon rodzimego reality show. Mało szacunku, łatwo ferowane sądy i trochę uprzedzeń narodowościowych (Sabalenka) w tle. 

Potem przyszły wyjaśnienia w tonie “przecież nic złego nie powiedziałam” i/lub “nie zrozumieliście” (np. tego, że określenie Świątek mianem “głupiutkiej” było wyrazem troski). Coś jak gdyby rozlać zupę na czyjś obrus, po czym wyjaśnić, że zupa była zdrowa, a obrus powinien być plamooporny. 

Zobacz także:

Woydyłło nie jest pierwszą osobą publiczną, która nie umiała od razu przeprosić. To dziś w Polsce niemal kompetencja medialna: powiedzieć coś, zdziwić się reakcją, wyjaśnić intencje i wspomnieć o hejcie. Tyle że w jej przypadku fałszywe tony są głośniejsze.

Mówimy w końcu o osobie, która od lat uczy innych języka emocji. W wywiadzie dla jednego z portali rozwodziła się nad terminem “dobromyślność” rozumianym jako powstrzymywanie się od krytykowania i oceniania. Piękny termin. Gorzej, że okazuje się, że promowany termin nie obejmuje sytuacji, w której można publicznie się na kimś powyzłośliwiać.

Psychologia z kanap telewizji śniadanowej

Woydyłło często mówi z pozycji kogoś, kto wie lepiej, bo widział więcej, żył dłużej i zawodowo rozpoznaje ludzkie mechanizmy. Nie jest też tajemnicą, że eksperci sięgający po frazę “to zależy” (a zazwyczaj jednak zależy), nie robią szczególnych karier medialnych. Media potrzebują konkretu i emocji. Niuanse marnują czas antenowy i rozpraszają uwagę. 

Czasem umiejętność walenia prosto z mostu daje klarowność, kiedy indziej jednak sprawia, że cudze doświadczenie zostaje potraktowane instrumentalnie. Sabalenka miała zdaje się ilustrować pewien model siły, a żeby nie było nazbyt strasznie została wykpiona jako “ruska baba”. Iga to tu figura ambitnej małolaty, która może i umie grać, ale poza tym nie wie, co robi. Całkiem jak gdyby życie kobiet ze światowej czołówki tenisa było fabułą serialu dla nastolatek, gdzie od pierwszej sceny wiadomo, która to “ta wredna”. 

Pomijając już zrobienie z Darii Abramowicz postać z bajki o doradczyni, która odbiera królewnie moc (ot, zawodowa solidarność). Świątek od lat mówi o znaczeniu pracy mentalnej, a sama Abramowicz tłumaczyła publicznie, że w sztabie robi to, czego oczekuje od niej zawodniczka. Wokół ich relacji narosło już zresztą masę teorii spiskowych. 

W takim momencie głos psycholożki mógłby tonować atmosferę, choćby przypominając, że sportowcy nie są wspólną własnością kibiców i ekspertów od mowy ciała z internetu. Mógłby też pokazać, jak ostrożnie mówić o relacjach, których nie znamy od środka. Zamiast tego dostaliśmy kolejny odcinek zgadywania, co dzieje się w życiu Igi Świątek, tylko wygłaszany ex cathedra, bo przecież przez wielką legendę psychologii (co z tego że zajmującą się przez lwią część kariery raczej uzależnieniami, nie zaś psychologią sportu). 

Nie pierwszy raz Woydyłło pokazuje słabo maskowaną złośliwość, lub, w najlepszym razie, sądzenie książki po okładce. Już kiedyś w rozmowie z “Tenis Magazynem” przyznała, że nie przepada za Azarenką i Sabalenką, bo nie lubi tenisistek i tenisistów, po których widać, że dla wygranej mogliby “zabić przeciwnika”. Efektowne zdanie, redaktor z pewnością ucieszył się, że ma mocny cytat.

Tyle że kobiety w sporcie od lat rozlicza się dodatkowo z tego, czy ich ambicja wygląda wystarczająco family friendly. Jedna jest za głośna, druga nie za ładna. Trzecia wygląda tak, jakby chciała wygrać, co w sporcie najwyraźniej bywa podejrzane. I to wszystko mówi matka dwóch córek, uważająca się w dodatku za feministkę. 

Każdy ma prawo nie lubić czyjegoś stylu gry, drażni łatwość, z jaką z niechęci robi się charakterystykę człowieka. Jeszcze bardziej drażni zdziwienie, gdy ludzie słyszą w tym coś przykrego. To, że nieemaptyczne, niezniuansowane frazy padają ze strony kobiety z doktoratem z psychologii już nawet nie drażni, to raczej sytuacja spod znaku “śmiech na sali”.

Proszę, dziękuję, p...

Przeprosiny są interesujące właśnie dlatego, że często testują całą opowieść danego człowieka o własnej dojrzałości, odpowiedzialności i świadomości. Łatwo mówić innym, żeby brali odpowiedzialność za siebie, co innego wziąć odpowiedzialność za zdanie, które poleciało w świat i zaczęło żyć własnym życiem.

Woydyłło twierdzi, że chciała wesprzeć Igę, chciała zatroszczyć się o jej dobrostan, powiedzieć coś o psychologii w sporcie. Problem z dobrymi intencjami polega jednak na tym, że bardzo szybko zaczynają przypominać immunitet (no i wiecie, co się nimi brukuje). Skoro chciałam dobrze, moje zdanie automatycznie staje się troskliwe. No sorry, ale tak to nie działa. 

Język troski też potrafi być protekcjonalny. Może głaskać po głowie tak, że zostaje siniak. Terapeutka i publicystka powinna wiedzieć o tym najlepiej.

Niewydarzone przeprosiny są lepszym tematem niż sama wypowiedź o Świątek, bo odsłaniają coś więcej niż jedna wpadka. Pokazują typ autorytetu, który bardzo chętnie uczy innych samoświadomości, ale własne zdanie traktuje jak prawo naturalne. Jeśli zostało źle odebrane, winny jest odbiór. Jeśli pojawił się sprzeciw, trzeba dopowiedzieć kontekst. Przeprosiny? Dopiero, gdy zrobi się prawdziwy skandal, a kontekst nie zostanie uznany przez gawiedź. 

Nie ma obowiązku zachwycać się każdym publicznym przejawem pracy psychologicznej w sporcie, ale jest różnica między krytyką a dorabianiem człowiekowi szeregu intencji i ocenie jego kompetencji na podstawie paru kadrów i min. Zwłaszcza gdy mówi osoba, której zawód opiera się na świadomości, że człowiek nie jest jednowymiarowy.

Ewa Woydyłło sama dała nam narzędzie do oceny tej sytuacji. Dobromyślność. Szkoda, że najtrudniej zastosować je wtedy, gdy mikrofon jest włączony, a człowiekowi wydaje się, że z racji wieku, dorobku i tonu głosu stoi ponad resztą. 

Zabrakło pokory, a może bardziej empatii? 


Czytaj także: