Gust, a już zwłaszcza ten tyczący się wystroju wnętrz, ma tę niewdzięczną cechę, że większości z nas trudno uzasadnić swoje preferencje. “Nie podoba mi się” brzmi jak argument 5-latka, “zniosę wszystko, ale nie to” – histerycznie. Może i “nie chcę mieszkać w miejscu, które wygląda jak mikrokawalerka pod Radomskiem” ma w sobie pewną moc, ale nie wróży rychłego kompromisu. No i czy w ogóle o kompromis warto zabiegać?
Mieszkanie ogląda się w końcu codziennie. Niby podobnie jak partnera, ale w zasadzie to częściej. Rano, gdy akurat wstajemy o różnych porach, albo gdy wracamy zmęczeni i jednym z nielicznych wymagań co do życia jest to, żeby własna łazienka nie dokładała bodźców w postaci podświetlanego prysznica.
WIDEO…
Każdy, kto choć raz uwikłał się z partnerem w porządną awanturę o wystrój, wie, że to konflikt, który sprawia, że do głowy przychodzą myśli dotykające często o wiele głębszych, choć trudnych do precyzyjnego nazwania rejestrów.
– Wspólny gust ułatwia parze codzienne funkcjonowanie, ale nie jest warunkiem udanego związku. Znacznie ważniejsze jest to, jak para radzi sobie z różnicami i ewentualnymi konfliktami niż to, co im się podoba. Dla jednych estetyka jest jedynie kwestią preferencji, dla innych stanowi element tożsamości czy sposobu wyrażania siebie – mówi Żaneta Rachwaniec, psycholożka i socjolożka z Uniwersytetu SWPS i dodaje:
– Znaczenie wspólnoty gustu będzie zależało między innymi od tego, jak dużą wagę każda z osób przywiązuje do otoczenia, czy mieszkanie jest traktowane wyłącznie funkcjonalnie, czy jako przestrzeń budowania rodzaju opowieści o sobie, a także od poziomu elastyczności partnerów. Jeśli obie osoby nie widzą różnic jako jakiegoś rodzaju zagrożenia, odmienne upodobania rzadko stają się źródłem poważnych konfliktów.
Zgrzyty z wizualizacji
Niby nic niezwykłego – dla jednej osoby dom ma być wygodny (koniec listy wymagań). Dla drugiej to raczej scenografia życia – i nie piszę tego w negatywnym kontekście. Są ludzie, którym humor poprawi kawa w designerskiej czarce i tacy, którzy nawet nie zauważą, że ich kubek z napisem “Plast-tech – mistrzowie klejów do płytek” ma wyszczerbioną rączkę.
Tyle że przy trzecim “przecież to prawie to samo” nie słyszy się już rozmowy o panelach, tylko czuje się, że ktoś przypuszcza właśnie atak na nasze poczucie własnej wartości.
– Bardzo często nie chodzi wcale o zasłony ani podłogę. Tego typu konflikty stają się symbolicznym polem walki o władzę w związku, ale i poczucie bycia zauważonym. Pod spodem mogą kryć się pytania: Czy moje zdanie się liczy? Czy to również mój dom? Czy zawsze muszę ustępować?. Dlatego czasem para, która przez kilka godzin kłóci się o odcień drewna, emocjonalnie może dyskutować o szacunku, kontroli albo równowadze w relacji. Im bardziej nierozpoznane są te głębsze potrzeby, tym bardziej nieproporcjonalne w stosunku do tematu wydają się emocje – tłumaczy Żaneta Rachwaniec, dyrektorka fundacji Po Skrzydła.
Są też decyzje podejmowane niby po partnersku, ale z ukrytym założeniem, że jedna osoba (okej – ty, czytelniczko, jesteś tą osobą) ma gust, a druga tylko “jakieś tam swoje pomysły”.
Możesz szukać lampy codziennie po pracy przez miesiąc, patrzeć na budżet, kolorystykę i starać się iść na kompromis, a na koniec usłyszeć, że przecież w sieciówce budowlanej jest podobna, w dodatku pięć razy tańsza i “też świeci”. Albo twój partner chce zachować w waszym nowym salonie swoje stołki barowe z czasów studenckich, nawet nie zdając sobie sprawy, że ty nie chcesz nie tylko jego głupich stołków z 2005 roku, ale przede wszystkim blatu a la bar, przy którym można by je postawić.
W teorii rozwiązaniem będzie kompromis, ale w praktyce może się on skończyć zakupem czegoś, co nie podoba się specjalnie żadnej ze stron, ale wszyscy są już zmęczeni. Kanapa w demokratycznym kolorze listopada na Ursynowie albo dywan w stylu “byleby był”, który zostaje na sześć lat, ale lepsze to, niż wracać do awantury. Zdaniem psycholożki pierwszym krokiem, by uniknąć zgniłego kompromisu, jest zmiana kolein, w które wpadła dyskusja.
– Zamiast przekonywać partnera, że "kolor jest brzydki", warto zapytać: "Co ci się w nim podoba?" albo "Co chciałbyś, żeby nasze mieszkanie dzięki temu wyrażało?". Jedna osoba szuka przytulności, druga spokoju, trzecia prestiżu lub funkcjonalności. Kiedy odkrywamy potrzebę, znacznie łatwiej znaleźć rozwiązanie, które ją zaspokoi, nawet jeśli będzie wyglądało inaczej niż początkowo zakładaliśmy. Dobry kompromis nie polega na tym, że obie strony są równie niezadowolone. Polega na stworzeniu przestrzeni, w której każda z osób rozpoznaje choć część siebie – mówi Rachwaniec.
Choć rada na pierwszy rzut oka może wyglądać jak zadanie z grupowej terapii dla par, łatwiej zrozumieć predylekcję do ciemnych mebli, jeśli okazuje się, że naszej drugiej połówce kojarzą się z solidnością i czymś na lata – a to z kolei daje poczucie bezpieczeństwa. Stara komoda po babci bez lekkiego tuningu może nie pasować do nowoczesnego wnętrza, ale co, jeśli jest jedyną tego typu pamiątką rodzinną?
W przeciętnym mieszkaniu nie ma zazwyczaj wystarczająco wiele kątów na każdy z sentymentów domowników, ale w przeciętnie dobrym związku powinna być przestrzeń do negocjacji. Prawdziwa przestrzeń nie polega zaś na tym, że bierzemy osobę, którą rzekomo kochamy na przeczekanie, byleby nasze było na górze.
Bitwa pod Łazienką pod sztandarami Jysk
Dużo mówi też sposób, w jaki bronimy własnego gustu. Jedna osoba potrafi powiedzieć, że nie znosi danego koloru, ale rozumie, że dla drugiej strony może być ważny. Inna odbierze każdą różnicę jak zamach na własną tożsamość, jeśli nie hasło “jesteś beznadziejny/a”. Jest też typ “potulny” – przynajmniej z pozoru – godzi się na wszystko, a potem przez trzy lata będzie rzucać “a nie mówiłem/am”, a czasem syczeć, że “przecież nie ma tu nic do powiedzenia”. Taki tam typ samozwańczego cierpiętnika z nutką pasywnej agresji.
– O związku więcej niż sam gust partnerów mówi sposób, w jaki będą go bronili. Jeżeli potrafimy zainteresować się perspektywą partnera i jednocześnie zachować własne preferencje, może to świadczyć o elastyczności psychicznej i poczuciu bezpieczeństwa. Jeżeli natomiast każda różnica odbierana jest jako zagrożenie lub krytyka, być może estetyka pełni funkcję budowania tożsamości albo nawet kontroli. Wówczas ustępstwo przestaje być zwykłym kompromisem i zaczyna być przeżywane jako utrata części siebie. Nie oznacza to oczywiście, że silne preferencje są czymś złym i należy je porzucić “dla dobra związku”. Problem pojawia się wtedy, gdy nie pozostawiamy miejsca na odmienność drugiej osoby, a czasem nawet na jej symboliczną obecność w przestrzeni, która miała być przecież wspólna – tłumaczy psycholożka.
Hrabina ze spalonego dworu marzy o plafonach
Komuś, dla kogo formy wizualne są ważne, łatwo przykleić etykietę trudnego, wybrednego albo księżniczkującego. Tyle że to trochę tak, jak gdybyśmy negowali fakt, że partner jest nadwrażliwy na zapachy i trudno mu wytrzymać część z nich. Albo lepiej – że jest uczulony na kiwi, ale przecież “tylko trochę puchnie”, więc dlaczego by nie dodawać go do każdego smoothie.
Tak, jak są ludzie, którzy są w stanie odczuwać zadowolenie czy nawet przyjemność na widok dobrze zaprojektowanej deski rozdzielczej auta, tak są i tacy, którym szczęście daje możliwość otaczania się przedmiotami, które uważają za piękne czy ciekawe.
Tym bardziej w Polsce, gdzie nawet osoby, które nie pamiętają już PRL-u (przypomnijmy, że urodzeni w 1989 kończą w tym roku 37 lat) przez lata oglądały meblościanki i marzyły o remoncie pokoju z prawdziwego zdarzenia – a nie tylko nowym biurku i kolorze ścian. Weźmy meble z Ikei – jeszcze na początku lat 2000 były poza zasięgiem finansowym klasy średniej. Po wyprowadzce z domu większość z nas zaliczała kompromis za kompromisem i udawała, że nowy dywan i kilka poduszek sprawią, że poczują się u siebie.
W końcu nadchodzi moment, w którym nie musimy kierować się głównie ceną i nagle okazuje się, że marzenie o kształtowaniu otoczenia znów się oddala – tym razem “przez” ukochaną osobę.
Z drugiej strony estetyka potrafi pełnić funkcję kontroli w białych rękawiczkach. Intuicyjnie zdarza się nam to odczuć np. gdy wchodzimy do restauracji, w której nie czujemy się na miejscu – i wcale nie dlatego, że jest za droga. Może być zbyt “cool”, zbyt elegancka, albo niepokojąco minimalistyczna.
Nietrudno wyobrazić sobie podobną sytuację w związku – jedna osoba chciałaby wyrazić wnętrzem coś, co niekoniecznie oddaje to, jaka jest, ale raczej to, jaka chciałaby być. Łatwo to wyśmiać – że pozerstwo, że to “dla innych”, tyle że nikt z nas nie jest wolny od tego typu pokus. Bo i po co komu ubranie z logo marki, albo coś, czego zakup nie ma większego racjonalnego wyjaśnienia (np. drogi telefon marki wiadomej, o podobnych parametrach co tańsze odpowiedniki).
Z jednej strony możemy wspierać lokalne dziewiarki, a z drugiej stawia to nas w opozycji do osób, które “kupują ten szajs z Chin”. Ktoś, kto gotuje tylko w weekendy, może poczuć się wyjątkowo używając garnka marki o 101-letniej historii z gwarancją na 10 lat, bo spodobała mu się opowieść wokół produktu.
Dlatego pytanie “czy warto się o to kłócić?” bywa źle sformułowane. Odpowiedź może brzmieć “nie” a mimo to nie być tym, czym powinniśmy się kierować. Nie tylko dlatego, że lustro w pofalowanej ramie za 3 lata będzie niemodne.
– Warto ustąpić wtedy, gdy dana kwestia rzeczywiście nie ma dla nas większego znaczenia, a widzimy, że partnerowi daje dużo satysfakcji. Takie gesty umacniają poczucie zaufania i bliskość. Nie warto jednak machać ręką, gdy rezygnujemy wyłącznie po to, by uniknąć kłótni. Niewyrażona frustracja nie znika – zwykle wraca przy kolejnych decyzjach i z czasem prowadzi do poczucia, że "zawsze jest po jego/jej myśli". Pytanie, które powinniśmy sobie zadać, nie brzmi więc "Czy warto się o to kłócić?", ale raczej "Czy po tej decyzji nadal będę czuć, że to również mój dom?". Jeśli odpowiedź brzmi "nie", kompromis niczego nie załatwi – wyjaśnia Żaneta Rachwaniec.
W tle dochodzi jeszcze płeć, bo trudno udawać, że wojny o wystrój jej nie mają. Chłopców częściej uczy się, że rzeczy mają być solidne i praktyczne, a nie ładne. U dziewczynek poczucie estetyki od małego jest premiowane – i to nawet, jeśli weźmiemy coś tak mało istotnego dla późniejszego życia, jak prowadzenie zeszytu w podstawówce. Po chłopcach nikt nie oczekuje nawet “ładnego” pisma.
– Różnice oczywiście istnieją, ale nie wynikają z biologii, ani nie dotyczą wszystkich kobiet i wszystkich mężczyzn. Badania pokazują jednak, że kobiety częściej zwracają uwagę na detale i spójność estetyczną, natomiast mężczyźni częściej koncentrują się na funkcjonalności, trwałości czy praktycznym zastosowaniu przestrzeni. Dużą, jeśli nie największą, rolę odgrywa tu socjalizacja. Dziewczynki częściej zachęcane są do aranżowania przestrzeni, dbania o estetykę i dekoracje, podczas gdy chłopców częściej uczy się skupiania na rozwiązaniach technicznych. To sprawia, że część różnic jest efektem wychowania, a nie wrodzonych predyspozycji – wyjaśnia psycholożka z Uniwersytetu SWPS.
I choć nie sposób się z nią nie zgodzić, wiele par wciąż traktuje stereotypy jak ustawienia fabryczne. Ona ma “wymyślać”, on ma “zaakceptować”.
Nie ma tego brzydkiego, co by na dobre nie wyszło
Przy wyborze zasłon można sprawdzić nie tylko, czy pasują do ścian, ale też, czy druga strona jest dla nas ważna na tyle, że potrafimy jej wysłuchać z szacunkiem i zrozumieniem. I to nawet, jeśli jesteśmy absolutnie pewni, co do swoich racji.
Może się okazać, że taktyczny pojedynek w imię dobrego gustu jest tak naprawdę próbą dopasowania do nas kogoś, komu nie umiemy zrobić prawdziwego miejsca obok.
Niewiele pamiętam z “Kandyda” Woltera. Pamiętam natomiast, że po wielu przygodach (nie pytajcie jakich) i zapoznaniu się z szeregiem wielkich idei filozoficznych, zaprzestaje podróży i dochodzi do wniosku, że jedynym, na co naprawdę ma wpływ, jest jego własny ogródek. Oczywiście Wolter nie miał tu na myśli dwóch zagonów marchwi i doniczki z bazylią, tylko raczej odpowiedzialność za otoczenie.
Ja nie mam w zasadzie ani jednego, ani drugiego. Być może sednem problemu z porzuceniem marzenia o kształtowaniu przestrzeni wokół jest fakt, że z wiekiem zdajemy sobie sprawę, na jak wiele rzeczy nie mamy wpływu. Nie zrobimy nic z inflacją, rynkiem pracy i setkami innych zjawisk, ale w taki czy inny sposób możemy stworzyć własną przestrzeń. Ten cały ogródek.
Czasem uprawia się go z kimś, kto ma inną wizję rabatek, ale zazwyczaj tak jest łatwiej i milej niż samemu.
A jeśli nie jest – wiedz, że nie chodziło o zasłony.
Czytaj także:
- Japonia no logo. Jak prostota stała się wyznacznikiem dobrego gustu
- Polska kuchnia nie musi udawać włoskiej. Wystarczy, że zaczniemy uważać, że burak brzmi dumnie
- Zamiast all inclusive: Polacy płacą za samotność w koronach drzew



























