Hotel 18+. I nagle rozumiesz, dlaczego to robi różnicę

Manor House jest hotelem dla dorosłych i jako matka powiem coś, za co zupełnie nie zamierzam przepraszać: to naprawdę robi różnicę.

Uwielbiam rodzinne wyjazdy, ale urlop z dzieckiem i odpoczynek tylko we dwoje to po prostu dwie różne "dyscypliny sportowe". Tutaj rytm dnia od początku jest inny. Przy basenie jest spokojnie, posiłek może trwać tak długo, jak masz ochotę, a jedyną osobą, której plan trzeba brać pod uwagę, jesteś ty sama. Ewentualnie partner, ale umówmy się - dorosły człowiek powinien sobie poradzić. I właśnie ta dorosłość miejsca okazała się dla mnie jednym z jego największych luksusów.

Najbardziej zaskoczył mnie dom, w którym nie ma kantów

Gdybym miała wskazać jedną rzecz, którą zapamiętałam z Manor House najbardziej, byłyby nią Domy Kopułowe.

Już z zewnątrz wyglądają trochę jak przeniesione z innej rzeczywistości. Są okrągłe, rozmieszczone wokół większej, centralnej kopuły i zupełnie nie przypominają klasycznych hotelowych pokoi. Najciekawiej robi się jednak po wejściu do środka.

Dom Kopułowy

Właściwie nie ma tu ostrych kątów. Ściany płynnie przechodzą jedna w drugą, przestrzeń jest miękka, obła i zaskakująco przytulna. Dopiero kiedy znalazłam się w środku, pomyślałam, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do życia w prostokątach.

Manor House przypisuje architekturze kopuł właściwości sprzyjające wyciszeniu i regeneracji. Ja mogę powiedzieć coś znacznie prostszego: bardzo wypoczęłam w tej przestrzeni. Po kilku godzinach przestałam nawet zauważać, że mieszkam w czymś, co z zewnątrz przypomina trochę statek kosmiczny.

Punktem przyciągającym wzrok w Domu Kopułowym była pionowa głęboka wanna w salonie Duo Ofuro, inspirowana tradycyjnymi japońskimi kąpielami. W takiej wannie siedzi się bardziej pionowo niż w naszej klasycznej, zanurzając ciało w ciepłej wodzie. Jest duża, spokojnie mieszczą się w niej dwie osoby, więc jeżeli przyjeżdżamy z partnerem, możliwości wykorzystania tego rozwiązania pozostawiam wyobraźni czytelniczek.

Do kąpieli przygotowane są specjalne sole, a z wanny można oglądać telewizję. Wiem, że w tym miejscu powinnam zapewne napisać o medytacji przy blasku świec. Ja włączyłam telewizor i było mi znakomicie.

W łazience z kolei grała spokojna muzyka relaksacyjna. Tak mi się spodobała, że wieczorem zostawiłam ją włączoną. Potem poszłam spać i nadal grała w tle. W końcu została ze mną na całą noc.

To właśnie takie rzeczy najbardziej pamiętam z tego wyjazdu. Nie wielkie hasła o wellbeingu, tylko małe momenty, podczas których ciało samo orientuje się, że może trochę odpuścić.

Jak przypomniałam sobie o... oddychaniu

Domy Kopułowe rozmieszczone są wokół większej, centralnej kopuły. To wspólna przestrzeń, w której odbywają się zajęcia związane z relaksem i pracą z ciałem. Ja trafiłam na jogę oddechu.

Brzmi banalnie. Przecież oddychamy przez całe życie i raczej nie potrzebujemy instrukcji obsługi. A jednak podczas zajęć dotarło do mnie, jak płytki staje się oddech, kiedy przez większą część dnia funkcjonujemy w pośpiechu.

Kilkadziesiąt minut skupienia tylko na nim wystarczyło, żebym wyszła spokojniejsza. Bez wielkiego olśnienia i spektakularnej przemiany. Po prostu ciało było bardziej rozluźnione, a głowa jakby trochę mniej zatłoczona.

Centralna kopuła Manor House

I chyba właśnie takich doświadczeń oczekuję dziś od dobrego wyjazdu regeneracyjnego. Nie chcę wracać jako "nowa ja". Stara ja jest całkiem w porządku. Chciałabym tylko, żeby była trochę bardziej wypoczęta.

Basen, który pachnie... niczym

Kolejne zaskoczenie przyszło na basenie. Właściwie poczuł je jako pierwszy mój nos.

Manor House rozwija własną koncepcję Biowitalnego SPA, a jednym z jej elementów jest szczególne podejście do wody. Hotel określa ją jako "żywą wodę". Ja najbardziej doceniłam jej bardzo przyziemną zaletę: po wyjściu z basenu nie pachniałam chlorem.

Basen w Manor House

Basen jest bezchlorowy, więc nie zostaje na skórze i włosach ten charakterystyczny zapach, który zwykle przypomina o pływaniu jeszcze długo po powrocie do pokoju. Dla mnie to jedna z tych rzeczy, o których wcześniej nawet nie pomyślałabym jako o luksusie. A jednak właśnie z takich drobiazgów coraz częściej składa się mój komfort.

Zabieg, po którym naprawdę zwolniłam

Oczywiście pojechać do SPA i nie skorzystać z zabiegu byłoby z mojej strony rażącym brakiem profesjonalizmu. Wybór jest spory - od różnych rodzajów masaży po bardziej nietypowe propozycje, jak masaż dźwiękiem.

masaż dźwiękiem

Wybrałam refleksologię stóp. Przyznam, że podchodziłam do niej dość pragmatycznie. Dużo chodzę, stopy wykonują codziennie kawał roboty, więc nawet jeśli potraktuję refleksologię wyłącznie jako formę masażu, powinno być przyjemnie.

Było cudownie. Nie potrzebowałam żadnych dodatkowych obietnic. Jako doświadczenie relaksacyjne ten zabieg zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wyszłam z gabinetu w tym charakterystycznym stanie, kiedy człowiek zaczyna chodzić wolniej, mówić ciszej i zdecydowanie traci zainteresowanie tym, co dzieje się w skrzynce mailowej. Na szczęście nigdzie nie musiałam się spieszyć.

A najpiękniejszy moment wydarzył się w parku

Manor House otacza rozległy zabytkowy park. Zwiedziłam go, pospacerowałam, pozaglądałam w różne zakątki, a później zrobiłam coś znacznie mniej ambitnego. Wzięłam książkę i się położyłam. Czytałam, czasem odkładałam książkę i patrzyłam przed siebie. Właściwie nic się nie działo. Dzisiaj brzmi to niemal jak luksus. Jesteśmy tak przyzwyczajone do wypełniania czasu, że nawet odpoczynek potrafimy zamienić w zadanie. Skoro wyjazd, wypada coś zobaczyć. Skoro hotel, warto wykorzystać atrakcje. Skoro wolna godzina, dobrze byłoby przynajmniej nadrobić książkę, podcast albo serial. A ja tam przez chwilę po prostu leżałam. I właśnie ten moment został ze mną mocniej niż wiele spektakularnych atrakcji z dużo dalszych podróży.

Odpoczynek też zmienił się przez ostatnie lata

Dopiero później przeczytałam, że na takie wyjazdy istnieje już określenie: *quietcation*. To jeden z tych angielskich terminów, które początkowo brzmią jak pomysł działu marketingu, a po chwili człowiek myśli: właściwie coś w tym jest.

park w Manor House SPA

Chodzi o podróżowanie, którego celem jest odpoczynek od nadmiaru bodźców i powrót do własnego rytmu. Manor House wpisuje się w ten trend właściwie naturalnie. Szczególnie latem, kiedy w ramach wakacyjnych pobytów można korzystać z organizowanych aktywności, ale wcale nie trzeba zamieniać ich w grafik, który będzie się realizowało z zegarkiem w ręku.

Mnie najbardziej spodobała się właśnie możliwość wyboru. Mogłam pójść na jogę, popływać albo skorzystać z zabiegu, a potem przez pół popołudnia leżeć z książką w parku. Bez poczucia, że coś mnie omija.

Longevity? Coraz bardziej rozumiem, skąd ta moda

W Manor House można też wybrać pięciodniowy pobyt Longevity. To słowo robi ostatnio zawrotną karierę, ale sama idea jest znacznie mniej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Coraz mniej interesuje nas przecież samo "wyglądanie młodo", a coraz bardziej to, żeby jak najdłużej mieć energię i dobrze czuć się we własnym ciele.

Hotel zbudował program wokół swojej koncepcji Biowitalnego SPA, łącząc regenerację, ruch i pracę z ciałem. I chociaż można długo rozmawiać o nowych trendach wellness, mnie po tym wyjeździe najbardziej przekonują rzeczy najprostsze.

Dobry sen. Głębszy oddech. Ruch, który sprawia przyjemność. Kilka godzin spędzonych poza zasięgiem codziennego pośpiechu.

Może właśnie dlatego joga oddechu i książka w parku zrobiły na mnie większe wrażenie niż najbardziej wyszukane nazwy zabiegów.

Ktoś przez chwilę pomyślał za mnie

Manor House jest miejscem przyjaznym weganom i osobom z alergiami, co przy specjalnej diecie oznacza przede wszystkim mniej rzeczy do pilnowania. I chyba właśnie w tym widzę wspólny mianownik całego pobytu. Ktoś przez chwilę pomyślał za mnie.

Coraz mniej imponuje mi luksus mierzony liczbą gwiazdek, marmurem w łazience czy wielkością lobby. Znacznie bardziej doceniam miejsca, w których ktoś przewidział, czego mogę potrzebować, zanim sama zacznę to organizować.

Po dwóch dniach w Manor House nie stałam się nowym człowiekiem. Na szczęście, bo wcale nie miałam takiego planu. Za to siedziałam w japońskiej wannie pośrodku salonu, zasypiałam przy muzyce płynącej z łazienki, ćwiczyłam oddech pod wielką kopułą, pływałam w basenie bez zapachu chloru i spędziłam kawał popołudnia z książką w parku.

Kiedy wracałam do domu, pomyślałam, że może właśnie tak wygląda dziś prawdziwy luksus.