Nie każda z nas świadomie nosi symbole, ale prawie każda rozumie, czym jest przedmiot, który coś znaczy: medalik, obrączka, bransoletka kupiona za pierwszą większą pensję. Biżuteria Krystyniak może być ozdobą, ale może też stać się małym prywatnym znakiem. Nie musi zmieniać życia, wystarczy, że przypomina kobiecie, że jej życie – z decyzjami, nadziejami i kolejnymi etapami – zasługuje na upamiętnienie.

WIDEO

player placeholder

Helena Łygas: To ten naszyjnik, który otrzymał w zeszłym roku Doskonałość Mody “Twojego Stylu”? (red. projektantka ma go podczas rozmowy na szyi).

Anka Krystyniak: Nawet w tym! Nagroda jest faktycznie za 2025 roku, ale ogłoszenie zwycięzców i gala miały miejsce w marcu. Ale tak, to sekretnik – akurat ten mój jest wykonany ze srebra rodowanego i ma trzy kamienie: szafir, rubin i chromodiopsyd (red. zielony kamień jaśniejszy od szmaragdu).

Zobacz także:

Da się coś włożyć do środka?

Jasne, że tak. Podczas podróży do Indii nosiłam nawet w środku tabletkę na malarię. Klientki śmiały się, że celnicy na lotniskach czasem proszą o pokazanie, czy nie mają tam jakichś nielegalnych substancji. W środku można schować np. małą karteczkę z intencją. 

A co masz w swoim?

Słowo “Zaufanie”. Miałam trudny rok w życiu prywatnym i to takie przypomnienie, żebym ufała sobie i swoim osądom. Myślę, że coś takiego – sama intencja i to, że widzisz sekretnik i przypomina ci się, co jest w środku – działa jak rodzaj amuletu.

Skąd pomysł na formę naszyjnika? 

Z Bliskiego Wschodu, którego kultura i sztuka są moim zdaniem bardzo niedocenione – a to przecież na tamtych terenach, w dorzeczach Tygrysu i Eufratu, narodziła się najstarsza ze znanych nam cywilizacji. W muzeum w Bagdadzie zachwyciły mnie starożytne amulety i pomyślałam, że chciałabym zrobić coś podobnego i żeby był to właśnie sekretnik. Ten typ biżuterii – do której można coś włożyć czy, jak sama nazwa wskazuje, ukryć – funkcjonował w kulturze europejskiej raczej jako zatrzaskiwany medalion. Projektowałam go inspirując się tym, co widziałam w Iraku, ale to wciąż moja interpretacja tematu.

Wydaje mi się też, że w bardzo wielu, jeśli nie w większości moich projektów symbole, kultury i ich estetyki się przenikają. Tak samo było z lunulami, naszyjnikami przedstawiającymi księżyc – ludziom często kojarzą się z Turcją, pewnie ze względu na flagę, a ja myślałam o nich bardziej jak o symbolu słowiańskim. Kiedyś w butiku jakiś pan, którego zaciągnęła do nas żona, na ich widok zaczął wykrzykiwać coś o “islamskiej propagandzie”. To o tyle zabawne, że księżyc albo bogini księżyca pojawiają się w większości dawnych kultur. Trudno, żeby było inaczej, skoro w każdym miejscu świata widać go na niebie, podobnie jak Słońce czy gwiazdy. 

Twoje lunule, ozdobione kolorowymi kamieniami, swego czasu były tak popularne, że nosiła je co trzecia moja znajoma, widziałam je też kilka razy na celebrytkach. Nie nudzą ci się?

Faktycznie, sprzedaliśmy ich już kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy. Nie powiedziałabym, że mi się znudziły, ale rzeczywiście czasem czuje się przesyt ciągłym robieniem tego samego wzoru. Odlewamy je z gotowej formy z wosku, ale każda z nich jest oplatana ręcznie nitkami i kamieniami. Na szczęście na tym etapie pracuję już z kilkoma osobami, to nie tak, że siedzę i jak Kopciuszek jubilerstwa robię ich dzień w dzień 30 z rzędu. 

Twoja biżuteria kosztuje od około 200 do kilku tysięcy złotych, więc rozstrzał cenowy jest spory, nie ma tu wysokiego progu wejścia. Kto nosi twoją biżuterię? 

Chciałam, żeby po moją biżuterię mógł sięgnąć każdy, do kogo ona przemawia. I celowo mówię “przemawia”, a nie “podoba się” – chociaż to oczywiście podstawowa sprawa. Gdy zaczynałam prowadzić markę, a nie jak wcześniej coś tam sobie dłubać w srebrze, chciałam, żeby był to trochę powrót do pierwotnych funkcji biżuterii, która była pełna symboli mających chronić, albo pomagać spełniać różnego rodzaju intencje. Zauważyłam, że wiele moich klientek tak ją właśnie traktują – jako amulet. Coś, co ma się często przy sobie, a nie zakłada tylko, gdy pasuje do danej sukienki czy okazji. 

Czyli biżuteria z gatunku afirmacji i manifestacji?

Nie chodzi tu o wiarę, że bransoletka z monetami przyciągnie pieniądze, raczej o fizyczne przypomnienie danej intencji. Gdy zakładałam markę w 2012 roku, nikt jeszcze nic nie manifes  tował – chyba, że na proteście – ale myślę, że ludzie w różnych sytuacjach życiowych mają w sobie taką potrzebę. Przecież kiedyś na maturę co druga osoba chodziła z maskotką czy jakimś symbolem “przynoszącym szczęście”, jak słoń z podniesioną trąbą czy czterolistna koniczynka. Tak samo jak obrazek świętego Krzysztofa czy różaniec zaplątany wokół lusterka auta. To też jest bardzo “amuletowe” – kładziesz w aucie jakiś przedmiot w nadziei, że uchroni się przed wypadkiem. Niedawno napisała do mnie pani, która szła na oddział onkologiczny i koniecznie chciała zabrać ze sobą naszyjnik-lunulę. Na poziomie logicznym nie wierzy się, że tego typu symbole chronią, ale ich “mocą” jest to, że o czymś przypominają. Wiele kobiet wraca do mnie w ważnych dla nich momentach życia.

Część twoich wzorów została skopiowana i jest dostępna u chińskich gigantów sprzedających online, zastanawiam się, jak to wpływa na markę. Tym bardziej, że wiele osób woli “to samo” w tańszej wersji i nie widzi w tym problemu – wystarczy spojrzeć na liczbę podrobionych markowych torebek na polskich ulicach.

Mogłabym teraz mówić o jakości wykonania i o materiałach używanych do produkcji przez Chińskie fabryki, ale to coś, co wszyscy wiemy. Dziś łatwiej niż kiedykolwiek wziąć czyjś projekt i zrobić formę do odlewu przy pomocy AI i drukarki 3D. Ale nawet przy dobrej jakości, która zdarza się bardzo rzadko, to nie będzie to samo. Ręcznie robione rzeczy mają w sobie coś niezwykłego – po drugiej stronie jest osoba, jej czas, skupienie i jakiegoś rodzaju energia, przynajmniej ja tak to czuję.

Pracując, często myślę o nieznajomej osobie, która będzie nosiła jakąś rzecz. Myślę, że dziewczyny, które do mnie wracają, też tak to czują – jeśli robisz z czegoś swój talizman, albo statement piece – coś charakterystycznego, co będziesz mieć ze sobą co dnia, nie chcesz, żeby to było byle jakie. Mam też wrażenie, że pokazuję jakiegoś rodzaju znaczenie symbolu, ale dalsza część opowieści jest już po stronie osoby, która nosi daną rzecz. 

A jaka jest opowieść lunuli?

To symbol z kultury słowiańskiej, wiązany z kobietami i kobiecością – fazy księżyca są tu kojarzone z fazami cyklu. Od nowiu do pełni. Co ciekawe, ta symbolika w jakiś sposób rezonuje z kobietami, które niekoniecznie ją znają. Wiele dziewczyn sięga po ten symbol, gdy starają się o dziecko, albo na przykład po rozstaniu, gdy szukają siebie na nowo. Nie chcę też brzmieć, jak gdybym była przewodniczką jakiejś mistycznej sekty – po prostu widzę tendencje, które odbiegają od prostych decyzji zakupowych spod znaku “to jest fajne”. 

Gdy rozmawiałyśmy po raz pierwszy 10 lat temu wszystko robiłaś sama, nie miałaś jeszcze sklepu stacjonarnego, a z prowadzeniem strony pomagał ci partner – jak to teraz wygląda?

Powiedziałabym, że jesteśmy niewielką manufakturą. Oprócz mnie i mojego obecnie już męża, pracuje z nami kilka osób. Jakiś czas temu było nas nieco więcej, ale małym, autorskim markom idzie raz lepiej, raz gorzej. Musiałam też nauczyć się pracować z ludźmi po latach robienia wszystkiego samej – co nie było dla mnie łatwe. Popełniłam oczywiście masę błędów, bo np. za bardzo skracałam dystans, albo zatrudniałam osoby, które chciały realizować własne wizje – co oczywiście jest super, ale niekoniecznie kiedy pracujesz dla innego artysty, który ma swoją wizję.

A skąd zwrot w stronę pracy w czystym złocie i rozszerzenia oferty o takie kamienie szlachetne, jak rubiny i diamenty diamenty?

Sprawa jest banalna – gdy zaczynałam robić biżuterię kilka lat po studiach, byłam przekonana, że zajmę się modą, jako że studiowałam projektowanie ubioru i biżuterii. Tej ostatniej jakoś nie traktowałam poważnie. Gdy moje projekty zaczynały się sprzedawać, nie chciałam mieć nawet sklepu online. Mąż namawiał mnie tak długo na założenie strony, że w końcu zrobił to za mnie.

Na początku nie wiedziałam, co się sprzeda, a co nie, ile zarobię w danym miesiącu, więc po prostu nie było mnie stać na kupowanie większej ilości złota – używałam go tylko do pozłacania, bo nie każda kobieta lubi srebrną biżuterię. W pewnym momencie marka doszła do poziomu rentowności, który pozwolił mi na pracę w czystym złocie, albo właśnie na zakup diamentów. Myślę też, że podobnie jest z częścią stałych klientek, których 10 lat temu niekoniecznie było stać na złotą biżuterię. W pewnym sensie dojrzałyśmy do złota razem.

Mówiłyśmy już o chińskich multibrandach, które podrabiają twoje projekty. Coś z tym robisz?

Tak, aczkolwiek bardzo trudno jest dociekać swoich praw u źródła, problemy mają nawet duże marki, czy patrząc szerzej – kraje UE. Temu czy Aliexpress opłaca się nie brać odpowiedzialności za swoich podwykonawców. Współpracuję z kancelarią, która reprezentuje mnie w sporach z tzw. polskimi markami sprzedającymi moje projekty.

Polskimi markami?

Ktoś rejestruje działalność, zakłada sklep internetowy, wymyśla nazwy dla produktów, a czasem robi własne opakowania i sprzedaje np. za 250 zł kolczyki sprowadzone z Chin, gdzie kosztują 20 zł. Albo skopiowane z moich projektów i wycięte laserowo ze srebrnej blachy – co jest dużo tańsze w produkcji. Czysty zysk. Jeśli moje wzory są podrobione i sprzedawane, na terenie Polski i Unii jestem w stanie to ukrócić – choć i to nie zawsze. Prawo w Polsce i UE bardzo słabo chroni własność intelektualną. Robię to trochę dla idei, bo nie lubię być oszukiwania, ale nie sądzę, żeby przy chińskiej produkcji dało się dziś ukrócić kradzież projektów na dobre. Doprowadzam do usunięcia moich wzorów z jednego sklepu, a za dwa miesiące inna osoba, w innej części Polski, wpada na ten sam pomysł. Skopiować albo kupić taniej, sprzedać drożej.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że część takich osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że kradnie cudzą pracę, po prostu “są przedsiębiorczy”. Wciąż mamy w Polsce problem z rozumieniem, że rzeczy, którymi się otaczamy, ktoś zaprojektował?

Myślę, że to jest szerszy problem – są ludzie, którzy są kreatywni i chcą stworzyć coś własnego, a są tacy, którzy potrafią jedynie iść na skróty. Każdy ma wybór, ale ja jednak spełniam się w kreowaniu rzeczywistości i jestem w tym dobra. Uważam, że tylko robiąc nowe rzeczy, można się ciągle rozwijać.

Wiele twoich wzorów, które pamiętam sprzed 10 lat jest dostępna, inne znikają – dlaczego?

Niektóre dziś już po prostu nie pasują do mnie i marki – wciąż mam np. kolczyki z warszawskimi syrenkami, a nie mam już polskich orzełków. Chodzi chyba jednak przede wszystkim o to, że moda nie do końca się ima się symboli, więc moje starsze projekty nie wyglądają jak przebrzmiałe trendy z 2012 roku. Oczywiście może być moda na jakiś symbol – np. księżyca czy motywu z tarota, ale uważam, że wiele osób sięga po nie, bo czują, że są im bliskie.

Są rzeczy, które podobają się nam niezależnie od tego, co jest modne – możesz lubić fioletowy i nosić sweter w tym kolorze od 15 lat. Jeśli kupisz, dajmy na to, bladożółty, bo jest modny, ale nie czujesz się w nim dobrze, za dwa lata nie będziesz chciała w nim chodzić. Nie chcę tu potępiać mody, sama ją bardzo lubię, ale nie chcę tworzyć w zgodzie z nią,  mam inną filozofię.

Przerabiasz swoje wcześniejsze wzory?

Oczywiście – czasem mam na nie po prostu nowy pomysł i uważam, że to jest w tej pracy wspaniałe, wymyślanie, co można nowego z formą, która jest już pozornie skończona. Ale było też tak, że przed którąś Gwiazdką zrobiliśmy zapasy pod sprzedaż na prezenty i danego modelu zostało nam więcej, niż sądziłam, że zostanie. Dodawałam już do biżuterii emalię, teraz będziemy przerabiać jeden z wzorów dodając kamienie półszlachetne. 

Nauczyłaś się kalibrowania biznesu?

To dobre określenie, dla mnie lepsze niż skalowanie. Bo kalibracja to de facto dostosowywanie się – był czas, kiedy Lunule sprzedawały się jak świeże bułeczki i trzeba było skalibrować pod to biznes, zatrudniając koleje osoby. Potem był czas, kiedy kalibrowałam firmę w drugą stronę. Biznesu ciągle się uczę, zwłaszcza w ostatnich kilku latach.

Mówisz o pandemii?

Nawet nie – pandemię przeżyliśmy dość dobrze, polskie brandy modowe dobrze zaadaptowały się do nowych okoliczności, ludzie oszaleli też na punkcie zakupów online, Zresztą wtedy to była jedna z nielicznych możliwości osłodzenia sobie zamknięcia w czterech ścianach. Na pewno ciekawe czasy w tym biznesie są teraz – wysyp marek biżuteryjnych jest bardzo okazały, na rynek wchodzą też młodzi twórcy, z nową energią i pomysłami. Muszę się rozwijać dalej, żeby nadążyć i całkiem się z tego cieszę. Na pewno nauczyłam się hamowania części swoich pomysłów, które – z różnych powodów – mogłyby się nie spodobać. 

A robisz takie, które mają się spodobać?

Jestem artystką, to złożona kwestia – tworzę to, co czuję i co mi się podoba, ale żebym mogła zarobić na chleb, musi spodobać się też innym. Myślę, że moja biżuteria nie siądzie każdemu, nawet gdybym robiła po swojemu najmodniejsze w danym sezonie motywy. Siłą rzeczy widzę jednak, że dany motyw staje się popularniejszy.

Nie poszłabym w ekstremalny minimalizm i geometrię, nie czuję tego. Z drugiej strony projektuję teraz kilka rzeczy z motywem róży – lubię go, uważam, że jest ponadczasowy, a jednocześnie zdaję sobie sprawę, że od kilku sezonów jest w trendach, więc może być na niego większy popyt niż np. na biżuterię z grzybkami, które wymyśliłam sobie tak ot. Ja w ogóle nie lubię bawić się w modowy kalendarz – u mnie nie ma kolekcji wiosna/lato i jesień/zima. Jest to, co aktualnie czuję.

Kilka lat temu pewnie w ogóle odrzuciłabym sam pomysł robienia czegoś zgodnego z modą, a teraz biorę to za plus. Jeśli chcesz zachować niezależność twórczą nie tracąc rentowności, musisz mieć od czasu do czasu jakieś “hity”, bo one sprawiają, że możesz robić coś bardziej kreatywnego i nie martwić się o pieniądze. Od jakiegoś czasu robię też projekty indywidualne i bardzo to lubię. To głównie pierścionki zaręczynowe i obrączki, w których spotyka się wizja pary i mój styl. Ale wykonałam też kilka szalonych naszyjników na zamówienie. 

Dojrzałaś do myślenia biznesowego?

Tak i nie, myślę, że zmienia ci się optyka widzenia, kiedy odpowiadasz za finanse nie tylko swoje i ewentualnie męża, ale masz też pracowników. Bardzo długo nie chciałam niczego liczyć – cieszyłam się, że rzeczy się sprzedają, i uważałam, że jestem tylko od projektowania i wykonywania. Rozmawiałyśmy chwilę wcześniej o tym, że zaczęłam pracować ze złotem – droższe materiały musisz mieć dokładnie policzone.

W myśleniu biznesowym wbrew pozorom dużą rolę odgrywa pokora – świadomość, że coś może się nie udać, że nie każdy mój pomysł jest świetny. Chodzi tu też o patrzenie na wiele czynników na raz, a nie tylko na produkt. Projekt może być dobry, ale jednocześnie nie trafiać do odbiorców. Musisz myśleć i patrzeć szerzej. Zmienia się też świat, konsumenci i realia, a to także wpływa na biznes. Wiem już sporo, ale jeszcze długa droga przede mną.

Myślałaś kiedyś, skąd u ciebie ta fascynacja symboliką i Bliskim Wschodem?

Na pewno nie jest stricte turystyczna, choć kocham podróżować. Interesują mnie najstarsze cywilizacje, ich wierzenia i symbole, a gdy podłapię jakąś zajawkę, wchodzę w nią głęboko. Gdy interesowałam się Starożytnym Egiptem, trafiłam na wykopaliska polskich archeologów przy świątyni Hatszepsut, która powstała w XV wieku przed naszą erą, czyli jakieś 1400 lat przed panowaniem Kleopatry. W tak starych obiektach jest coś – z braku lepszego słowa – magicznego.

Pierwsze skojarzenie ze starożytnością to dla Europejczyka Grecja, powiedzmy, że w okresie hellenistycznym. A między początkami cywilizacji starożytnego Egiptu, a tamtą Grecją jest większy dystans czasowy niż między nami, a Średniowieczem. I to nie “trochę” większy, tylko 3-5 razy większy. Fascynuje mnie też obserwowanie tego “zatrzymanego” w stosunku do Europy świata, który nie jest ułożony pod turystów – mówię tu np. o Afganistanie albo Iranie, wiadomo, że Egipt to inna bajka.

Fascynuje mnie też chyba to, jak niewiele wiemy o innych kulturach, mając jednocześnie wrażenie, że wiemy sporo. Kilka lat temu chciałam pojechać do Indii i miałam oczywiście całą listę rzeczy, które chciałabym zobaczyć. Uznałam, że zapiszę się na zajęcia a propos na UW, żeby więcej dowiedzieć się o regionie i pamiętam taką dziecięcą fascynację zupełnie innym światem, o którym okazało się, że nie masz pojęcia. Myślę, że gdybym poszła na zajęcia, dajmy na to, o Nowym Jorku, też dowiedziałabym się ciekawych rzeczy, ale to jednak zupełnie inny kaliber. Czegoś możesz nie wiedzieć, ale nie dziwi cię sam fakt istnienia danej historii, bo jest z twojego kręgu kulturowego. 

Jak definiujesz duchowość?

Wiesz co, chyba nie definiuję i nie chcę tego robić. Widzę jak przeżywają ją ludzie, uczestniczyłam w obrzędach różnych religii, żeby jej doświadczyć, wiem tylko, że to naturalna potrzeba każdego człowieka, którą realizujemy na różne sposoby.
 


Czytaj także: