Najbardziej trafne zdanie pada w środku tego ciągu wpisów, niepozornie, prawie na marginesie: "Ja nie jestem tylko twarzą z telewizji". To zdanie jest kluczem do całej sprawy, bo nazywa dokładnie to, co się dzieje, kiedy ktoś rozpoznaje czyjąś twarz z ekranu. W głowie widza zachodzi po cichu pewna zamiana: skoro znam tę twarz, skoro widuję ją regularnie, bezpłatnie, w moim własnym salonie — to jakoś do mnie należy. A jeśli należy do mnie, to mogę ją oceniać tak, jak ocenia się rzecz, którą się kupiło i którą można zwrócić, jeśli nie spełnia oczekiwań.
WIDEO…
Tyle że twarz nie jest produktem, a twarzą człowieka, który akurat wykonuje zawód polegający na tym, że pokazuje się publicznie — a to nie to samo, co zgoda na cokolwiek innego. Rozpoznawalność to nie jest umowa cywilnoprawna, w której ktoś podpisuje zrzeczenie się prawa do bycia ocenianym z szacunkiem. A jednak w polskim internecie wciąż funkcjonuje niepisane założenie, że skoro występujesz w telewizji, to twoja twarz przestaje być prywatna w sposób, w jaki jest prywatna twarz kogokolwiek innego — że stajesz się dobrem wspólnym do recenzowania, centymetr po centymetrze, jak napisała Hyży.
To rozróżnienie — między krytyką pracy a oceną ciała — jest w tej sprawie najważniejsze i najczęściej się je zaciera, czasem nawet celowo. Można oceniać program, który ktoś prowadzi. Można ocenić stylizację, montaż, poziom rozmowy z gośćmi. To wszystko mieści się w umowie, jaką osoba publiczna zawiera z odbiorcami, świadomie wybierając ten zawód. Ale moment, w którym setki nieznajomych ludzi zaczynają rozkładać na czynniki pierwsze linię żuchwy, kąciki ust i "poduchę" pod okiem, przestaje być oceną pracy. Bliżej tu do medycznego wyroku wydawanego bez badania, bez wykształcenia, bez dostępu do jakiejkolwiek dokumentacji — a mimo to z pełnym przekonaniem o własnej racji. Hyży zresztą dokładnie to zauważyła, pytając wprost, kto z komentujących pokaże jej lekarza, który wskazał ten rzekomy zabieg. Diagnoza wzięła się z niczego poza samą chęcią postawienia diagnozy.
I tu przechodzimy do liczb, które sprawiają, że ta historia przestaje być tylko historią jednej gwiazdy. Z opublikowanego niedawno raportu "W zgodzie ze sobą? Kobiety wobec presji, hejtu i porównań" wynika, że 62 procent Polek doświadczyło w internecie hejtu, a wygląd jest najczęstszym jego powodem — odpowiada za niemal 30 procent wszystkich takich ataków. To oznacza, że mechanizm, który spadł na Hyży w skali medialnej, tysiące zwykłych kobiet przeżywają codziennie w znacznie mniejszym, ale wcale nie mniej bolesnym wymiarze — pod własnymi zdjęciami wakacyjnymi, pod selfie z okazji urodzin, pod zwykłym postem sprzed lustra. Różnica polega tylko na liczbie widzów, nie na naturze samego zjawiska. Kobieta rozpoznawalna dostaje ten sam komunikat co kobieta anonimowa: twój wygląd jest tematem otwartym do dyskusji, niezależnie od tego, czy o to prosiłaś.
Jest jeszcze jeden wątek w tej sprawie, który uderza mocniej niż wszystkie pozostałe razem wzięte, bo trudno się od niego odciąć jakąkolwiek intelektualną analizą. Hyży pisze, że ma dorastającą córkę, która korzysta z internetu i która — jak każde dziecko rozpoznawalnego rodzica — prędzej czy później natrafi na te komentarze. Wejdzie pod rolkę własnej matki i przeczyta, że jej twarz jest "przerobiona", "dziwna", że "coś sobie zrobiła". A potem wróci do domu i spojrzy na tę samą twarz przy stole, przy kolacji, tak jak patrzyła na nią całe życie. Hyży pyta w tym miejscu, czego wtedy uczy się jej córka — i to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Bo uczy się prawdopodobnie tego, że kobieca twarz nigdy nie jest po prostu twarzą . "Za stara, za młoda, za zrobiona, za naturalna" — matematyka, która nigdy nie wychodzi na zero. Zawsze podlega ocenie, zawsze jest punktem wyjścia do dyskusji o tym, co jest z nią "nie tak", i że nie ma znaczenia, czy należy do mamy, do sąsiadki, czy do niej samej za dziesięć lat.
To jest chyba najbardziej niewygodna część tej historii. Każdy taki komentarz zostawia ślad gdzieś dalej, w głowie kogoś, kto go przeczyta, zanim jeszcze zrozumie, że nie musi się z nim zgadzać. Rozpoznawalność miała być nagrodą za pracę, nie za zgodę na bycie rozbieraną na części. A jednak w praktyce działa dokładnie odwrotnie — im więcej ludzi zna twoją twarz, tym mniej masz do niej prawa. I to nie jest problem jednej gwiazdy telewizyjnej. Według tej reguły ocenia się dziś kobiety, niezależnie od tego, ile osób je ogląda.



























