M. pisze post na  jednej z zamkniętych grup dla kobiet. Tych w których znajdziemy “mydło i powidło”, ale głównie rozmowy o facetach. “Cześć dziewczyny, doradźcie, co zrobić…”. Dalej jest historia. 

WIDEO

player placeholder

Podeszła do niej na ulicy jakaś kobieta, szarpnęła ją za rękę i zwyzywała tak, jak zazwyczaj wyzywa się kobiety. Wysyczała też coś w stylu “nie udawaj, że nie wiesz, kim jestem”. M. nie wiedziała. Po kilku dniach doszło do niej jednak, kim mogła być nieznajoma – partnerką faceta, z którym miała krótki romans cztery lata wcześniej. Pytanie do grupy: czy powinna napisać tamtej, że nie chciała jej zranić? Może też powinna uświadomić jej, że on się nie zmienił – co jakiś czas do niej wypisuje, a kilka razy wysłał kartki z wakacji, na których byli razem.

Czego M. nie napisała: że była wtedy po ciężkim rozstaniu i to on zaczepił ją w restauracji. Że długo nie wiedziała, że on kogoś ma, myślała, że randkują. Że było lato i fajnie było pójść z kimś do kina na świeżym powietrzu. Że jest zwykłą dziewczyną, a nie wampem w czerwonych szpilkach. Że on był o 15 lat starszy i potrafił manipulować. Że płaciła na randkach za siebie i wreszcie – że to ona namawiała go na terapię par, gdy dowiedziała się o partnerce. Nie chciała go odbić, a oni na tę terapię poszli.

Zobacz także:

Trudno powiedzieć, jaka jest temperatura wrzenia komentarzy, ale tego, co zaczyna dziać się pod postem M., nie sposób opisać inaczej. “Takie jak ty…”, coś o “wskakiwaniu do łóżka”, pochwały dla walecznej partnerki, która powinna jej “mordę obić”, do tego standard: życzenia śmierci, wiecznej samotności, braku potomstwa i siedmiu plag egipskich. Całkiem, jak gdyby zbiorowa napaść na “tę drugą” miała uchronić społeczność przed przyszłymi zdradami. Im głośniej krzyczysz, tym bezpieczniejsza jesteś. Wszystko oczywiście w imię kobiecej solidarności. Ukamienowanie to też świetna przestroga dla innych potencjalnych kochanek, które “świetnie wiedziały, co robią”. 

Narządy myślące

On (bo zawsze jest jakiś on) w ludowej teorii odpowiedzialności najwyraźniej nie wiedział. Szedł przez życie jako rozkojarzony, bezbronny ssak średniej wielkości, aż nagle ktoś podsunął mu pod nos dekolt, a czasem i obiad. Przede wszystkim zaś tę mityczną uwagę, której w domu „nie dostawał”. Wtedy biedaczek stracił rozum. I nie ma się co dziwić, pani kochana, mężczyźni przecież „myślą penisem”.

Słyszałyśmy to już tyle razy, że nie brzmi jak obelga, tylko jak punkt piąty instrukcji obsługi. Niby wulgarne, niby pogardliwe, ale w praktyce działa jak immunitet. Jeśli mężczyzna myśli penisem, to po co wymagać od niego rozumu? Wysoki sądzie, może to jego ręka, ale to nie był on. “Taki już jest”, ktoś sprytniejszy musiał go zmanipulować i wmanewrować. 

To zdanie nie upokarza wyłącznie kobiet. Upokarza też mężczyzn, choć robi to w sposób dla wielu z nich bardzo wygodny. Odbiera im sprawczość tam, gdzie mogłaby się okazać zbyt dla nich kosztowna. Mężczyzna może być prezesem, ojcem, kierowcą, inwestorem i ekspertem od geopolityki, ale gdy chodzi o wierność, nagle staje się pierwotniakiem na nibynóżkach – zero funkcji poznawczych. Przepraszamy, instynkt.

W tej opowieści mężczyzna zdradzający jest trochę jak pies spuszczony ze smyczy. Może nasikać na cudzy trawnik i przewrócić doniczkę, ale przecież to nie jego wina, he’s just a dog, winny jest ten, kto zostawił furtkę otwartą.

Mamy więc winną, choć akurat mizoginistycznych przekonań na temat tego, że własnego faceta trzeba pilnować i że “musi dostać w domu, żeby nie szukał na mieście” (rzecz jasna obiadu), też nie brakuje.

Post M. nie jest odosobnionym przykładem reakcji na hasło "ta druga", wystarczy wejść na dowolną kobiecą grupę na Facebooku. „Dziewczyny, dowiedziałam się, że mąż mnie zdradzał”. Pod spodem setki komentarzy: wspierających, rozsądnych, spranego sloganu „przytulam, kochana”. Tyle że zazwyczaj  znajdą się i głosy z cyklu: „Podaj jej profil”, „Napisz do jej matki” czy „Takie trzeba tępić”.

Takie – nie takich.

Język bardzo szybko zdradza dominujące w danym społeczeństwie przekonania. Mężczyzna, który był w związku, obiecywał, planował wakacje, wracał do wspólnego łóżka, może liczyć na „Pogubił się” i “Został omotany”. Kobieta, z którą zdradził, dostaje słownik epitetów jak z rzeźni – nie ma miejsca na niuanse, jest tylko mięso. 

Jasne, że kochanka też bywa winna – zakładając, że wie o związku, bo nie jest to z tajemniczych powodów pierwsza informacja, którą podają zdradzający. Nie chodzi o to, żeby odwrócić wektor i zrobić z niej patronkę źle ulokowanego pożądania. Chodzi raczej o proporcje. Bo i dlaczego obwiniamy o zdradę osobę, która na nic się z nami nie umawiała i nic nam nie obiecywała? 

Wierność nie jest obowiązkiem jednej kobiet wobec wszystkich kobiet, jest obowiązkiem osoby w relacji wobec partnera. Niby oczywiste, a wciąż wymaga przypominania na piśmie.

Może działa to też tak, że zdradzona kobieta potrzebuje konkretnej twarzy, na którą można przerzucić cały swój ból. Łatwiej wykorzystać do tego obcą osobę, niż tę, która wydawała się nam najbliższa, a zafundowała nam upokorzenie, utratę poczucia własnej wartości i obrazy w głowie, których żaden człowiek nie chciałby dostać. Łatwiej nienawidzić kobietę widzianą tylko na Instagramie niż człowieka, który rano szedł po bułki. To po prostu mniej bolesne – uznać, że przyszła obca i zabrała coś naszego. O wiele trudniej uporać się ze świadomością, że “nasze” być może było jedną wielką bujdą. 

Kochanka staje się workiem treningowym, w który walimy, żeby nie musieć patrzeć na niego i swoje życie. Można nazwać ją niecenzuralnie i na chwilę poczuć, że jest się górą. Można śledzić ją online i robić analizę interpretacyjną opisu pod zdjęciem z wakacji. Uznać, że ma zły gust, jest brzydsza albo wulgarna czy nijaka. “Co on w niej widział?” ma jednak krótkie nogi, bo często nie jest pytaniem o inną, tylko o nas same. 

Polowanie na kochanki

Zinternalizowana mizoginia rzadko nosi koszulkę z napisem „nienawidzę innych kobiet”. Częściej mówi zupełnie zwyczajne rzeczy. Że kobieta kobiecie wilkiem. Że mężczyzna to wiadomo – głupi, ale to zła kobieta była. Że my byśmy nigdy, ale to przenigdy tak nie zrobiły, bo "kim trzeba być".

Patriarchat nie musi nawet za bardzo się narobić, bo kobiety odwalają robotę za niego. Oceniają inne kobiety, rozdzielają certyfikaty przyzwoitości, a potem jeszcze wzruszają ramionami nad mężczyzną, jak nad dzieckiem, które zbiło wazon, a teraz biedne siedzi i płacze – i trudno powiedzieć, czy dlatego, że mu przykro, czy boi się kary. Chłop jest chłop – co zrobisz. 

Nie twierdzę, że zdradzona kobieta ma obowiązek reagować elegancko. Zostań upokorzoną, ale wykaż się dojrzałością, spokojem, pomyśl o innych. Problem zaczyna się wtedy, gdy prywatny ból zostaje przebrany za społeczną prawdę o kobietach. Bo od "nienawidzę jej, bo spała z moim partnerem” do "takie kobiety trzeba niszczyć” jest niedaleko. 

Najbardziej podejrzane w polowaniu na kochanki jest to, jak często służy ono oczyszczaniu zdradzających – gdy “ta druga” zostanie potworem, on może zostać człowiekiem, wadliwym, ale do naprostowania. 

Jeśli naprawdę wierzymy, że mężczyźni są tak bezradni wobec własnego pożądania, to nie wiem, czemu oddajemy im państwa, firmy i dostęp do bankowości elektronicznej. Jak pies raz wziął, to najpewniej będzie brać dalej.


Czytaj także: