Odkąd tylko serial „1670” pojawił się na platformie Netflix, podbił serca widzów, ponieważ okazał się być satyrą na temat naszego społeczeństwa. Wielu bardziej dosadnych krytyków twierdziło nawet, że jest to nasze odbicie lustrzane. Ja jeszcze na początku byłam daleka od takich twierdzeń. O ile „1670” od początku obnażał polskie przywary i potrafił celnie pokazać rzeczywistość przez pryzmat historii, o tyle dopiero oglądając 3. sezon, naprawdę poczułam, że ten serial jest w stu procentach o Polakach. Jest jeszcze bardziej prawdziwy, a przede wszystkim teraźniejszy. Bo choć osadzony w XVII wieku, dosadnie wskazuje nam bolączki obecnej Rzeczypospolitej.
WIDEO…
„Nie chcę zamknąć oczu kochanie”, żeby nie przegapić ani sekundy
Muszę przyznać, że obawiałam się o ten sezon. Pod koniec 2. odsłony serialu miałam poczucie, że stracił on swój dynamizm i zastanawiałam się, co nowego twórcy pokażą nam w kolejnych odcinkach. Tym razem powrót do Adamczychy wymagał od nich nowych zabiegów. Nie do końca były one widoczne w pierwszych trzech odcinkach, co sprawiło, że nieco straciłam nadzieję na szczęśliwy finał. Kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem, ale bez większych porywów radości. Aż przyszedł odcinek czwarty, pełen absurdów, które nie mogły być prawdziwsze, a także odniesień do współczesności. I poczułam, że dopiero zaczynamy festiwal pysznej zabawy.
W nowym sezonie serialu wyraźnie widać, że twórcy postawili na więcej odniesień do współczesności. Możemy się zatem poczuć jak mieszkańcy Adamczychy. Bo choć oni wciąż tkwią w XVII wieku, ich absurdalne przygody są dosadnym odzwierciedleniem tego, jak my funkcjonujemy jako społeczeństwo, a czego dziś za absurdalne wcale nie uznajemy.
Gdy zatem od czwartego odcinka „1670” nabiera dynamizmu, czujemy się jak na rozpędzonym rollercoasterze. Jakby twórcy wystrzelili nas z katapulty razem z chłopem Mirkiem. A to wszystko w rytm „I don’t want to miss a thing” Aerosmith. Nie można tu nie wspomnieć o tym, że nowy sezon „1670” to majstersztyk, jeśli chodzi o nawiązania do innych dzieł popkulturowych. W owym czwartym odcinku próba zabawy konwencją i odwołania do kultowego już „Armageddonu” jest połechtaniem serc wszystkich milenialsów. A jednocześnie nawiązaniem do kosmicznego środowiska z marzeń Elona Muska. Bo każdy wielki magnat jakieś marzenia ma – czy to Jan Paweł, czy Musk.

Czy mężczyzna może być Panną?
Odniesień do rzeczywistości i popkultury jest bez liku, ale trzeci sezon „1670” to przede wszystkim kryzys tożsamości dobrze nam znanych bohaterów. Wydaje nam się, że już niczym nas nie zaskoczą, ale ich próba „odnalezienia siebie” w trudnych XVII-wiecznych realiach pozwala nam spojrzeć na te postaci z zupełnie innej strony – bez ról społecznych, łatek, przywilejów. A to prowadzi do ciekawych wniosków również na temat nas samych.
Gdy w Adamczysze pojawia się tajemnicze pismo z horoskopem na ostatniej stronie, wszyscy mieszkańcy nagle stają się „zodiakarami”. Zaczynają tłumaczyć swoją rzeczywistość przez pryzmat znaków zodiaku, co prowadzi do wielu absurdalnych sytuacji, ale jednocześnie otwiera twórcom kolejne drzwi. Pokazują oni, że w tym serialu nie musimy śmiać się wyłącznie z małostkowości szlachty, podziałów społecznych i polityki. Możemy pójść o krok dalej, obnażyć problemy współczesnego świata, pokazując je w krzywym zwierciadle. W ten sposób twórcy złamali kilka tematów tabu i przenieśli nas znów do lat 90., gdy mogliśmy śmiać się ze wszystkiego. Ale tym razem robimy to w dobrym smaku. Bo, żeby śmiać się ze wszystkiego, trzeba umieć. A trio Buchwald-Rużyłło-Kądziela pokazuje, że oj potrafią oni w to, potrafią.
Nie oznacza to jednak, że brakuje tu wątków politycznych. Historycznie jesteśmy w momencie, gdy wszyscy sąsiedzi Polski są do niej wrogo nastawieni. Medium przepowiada rozbiory, a chłopi coraz bardziej buntują się przeciwko szlachcie. Wróg czyha zatem na zewnątrz i od środka. I tu kluczową rolę odegra pewien Lachożerca, którego doskonale już znamy. Ale w tym wydaniu pokochamy go jeszcze bardziej.
Mądry Polak po szkodzie
„1670” to plejada wspaniałych aktorów, którzy z sezonu na sezon wnoszą się na wyżynę swojego kunsztu. Absolutnym odkryciem tego serialu jest Michał Sikorski, który powraca w roli księdza Jakuba – jeszcze bardziej zwariowany, jeszcze mocniej zacietrzewiony, doskonale nakręcający całą fabułę. Jest oczywiście Jan Paweł grany przez Bartłomieja Topę, który wciąż będzie stawiał na siebie, ale kryzys tożsamości go nie ominie, a być może to właśnie w jego przypadku będzie najgłębszy. Bo kimże jest szlachcic bez swojego przydomku?

Cudowna Katarzyna Herman i jej Zofia to klasa sama w sobie. Wystarczy kilka tekstów tej bohaterki, abyśmy śmiali się do rozpuku. I Martyna Byczkowska, która wciela się w rolę córki głównych bohaterów. Jej postać przypomina nieco tzw. bananowe dziecko, które romantyzuje wieś i próbuje połechtać własne ego pod płaszczykiem troski o innych. Aniela w tym sezonie chce skupić się na sobie, starając się wyciszyć swoje uczucia do Macieja. Przez to oczywiście rzuca się w wir „altruizmu" i wpada na pomysł stworzenia szkoły dla chłopów. Tylko jej starania przynoszą efekty odwrotne do zamierzonych. I szybko się okazuje, że ta młoda szlachcianka musi zapłacić za swój błąd, bo jej własne idee sprzemierzają się przeciwko niej.
Zarówno Aniela, jak i Jan Paweł II udowadniają w tym sezonie, że mądry Polak po szkodzie. Coś, co sami znamy ze swojej codzienności. Bo dziś jest w nas znacznie więcej sarmaty, niż może nam się wydawać.

Polska jak długa i szeroka tak pełna współczesnych sarmatów
Choć czasy szlacheckie już dawno minęły, Polacy wciąż mają do odrobienia lekcję z „sarmatyzowania”. Bo wciąż zdarza nam się uciekać od „inności”, ale jednocześnie być pierwszym do jej oceniania – czy to jeśli chodzi o osoby innej orientacji, wyznania, czy pochodzenia. Bywamy szczerzy do bólu wobec bliskich, a potem czekamy, aż kłótnie „rozejdą się po kościach”. Dusimy wszystko we własnym sosie jak u Dulskich, a poza domem zgrywamy pozory i tańczymy tak, jak ktoś nam zagra. Adamczycha jest odzwierciedleniem współczesnej Polski, choć chcielibyśmy, żeby było inaczej.
3. sezon „1670” zwiększył mój apetyt na więcej. Patrząc na odbicie polskiego społeczeństwa, wiem, że jeśli twórcy będą kontynuować to, co zaczęli w tej odsłonie, czwarta może być jeszcze mocniej wciągająca i jeszcze bardziej słodko-gorzka. Ale cóż nam pozostało? W końcu, jak to rzekł jeden z chłopów, żeby zmienić rzeczywistość, warto zrobić teatr. To w takim razie mi pasuje takie zmienianie rzeczywistości. Bo jeśli ktokolwiek po seansie „1670” spojrzy w lustro i zajrzy nieco głębiej, to już będzie ogromny sukces tej produkcji.
Czytaj także:
- Obejrzałam z mężem „Zaproszenie”. Ten film powiedział nam dużo o tym, czego każde z nas boi się w związku
- Tajemnice nie są złe, ale do czasu. Czy „DRAMA” sprawi, że związki posypią się jak domki z kart?
- Ewa Woydyłło i przeprosiny z opóźnionym zapłonem. Tak właśnie kajają się osoby publiczne



























