Od 1947 roku, gdy 21-letnia wówczas Marilyn Monroe po raz pierwszy pojawiła się na srebrnym ekranie, pracowała nieustannie – od epizodycznych ról aż do osiągnięcia statusu najbardziej rozpoznawalnej twarzy swoich czasów. Po dekadzie od debiutu, jako świeżo upieczona (choć już po raz trzeci) mężatka, wynajęła z Arthurem Millerem dom nad morzem i odcięła się od Hollywood na dwa lata.
WIDEO…
Powróciła w komedii “Pół żartem, pół serio”, gdzie stworzyła jedną ze swoich najlepiej ocenianych ról, mimo że miała za sobą poronienie, a jej małżeństwo wisiało na włosku. Choć film okazał się kasowym sukcesem i zbierał świetne recenzje, prasa nie omieszkała wytknąć Monroe, że od ostatniego filmu wyraźnie się postarzała i nie powinna grać już naiwnych trzpiotek. Dla aktorki, która bała się starzenia tak bardzo, że spała w staniku, żeby “biust jej nie obwisł”, to musiał być cios.
Pół żartem, pół staro
Marilyn miała wtedy 33 lata, a więc mniej niż Selena Gomez czy Emma Stone, które są dziś uważane za aktorki młodego pokolenia. Pomijając seksizm lat 50., Monroe z tamtego okresu rzeczywiście wygląda nieco starzej niż jej współczesne rówieśniczki.
I nie jest to kwestia konkretnych osób, ale raczej zmiany pokoleniowej – współczesne 30-, 40- czy 50-latki w niczym nie przypominają swoich matek, gdy były w ich wieku. Przeciętna 38-latka nie postrzega dziś samej siebie jako “kobiety w średnim wieku”, podobnie zresztą jak jej otoczenie. Trudno też wyobrazić sobie, że ktoś ustępuje 55-latce miejsca w tramwaju, myśląc o niej per “babcia”.
Na tym gruncie wyrastają wszelkiego rodzaju social mediowe trendy – jak choćby ostatni, w ramach którego kobiety urodzone w latach 80. i 90. piszą, że wyglądają tak młodo, bo “stare już były”, pokazując przy tym swoje współczesne zdjęcia zestawione z tymi sprzed 15 czy nawet 25 lat – i faktycznie coś w tym jest.
Można oczywiście powiedzieć, że ta różnica to tylko kwestia fryzur (komu oprócz modelek pasują asymetryczne grzywki?), nienaturalnych kolorów włosów (pamiętacie bakłażanowy miedziany albo czerwony rudy?), słabej oferty kosmetyków kolorowych w przystępnych cenach (dziś marka wypuszczająca utleniający się podkład czy marzący się tusz najpewniej by splajtowała). Tyle że nie jest to wyłącznie kwestia trendów, które dla większości kobiet nie są szczególnie twarzowe.
Pogoń za utrzymaniem młodego wyglądu – towarzysząca kobietom od bardzo dawna (wspomnijmy tu choćby Telimenę – tak, tę Telimenę) – spotkała się wreszcie z możliwościami rodem z bajek, gdzie zła królowa czy inna wiedźma “zabiera” młodej dziewczynie urodę.
Ageless generation
Paris Hilton (lat 45) wydaje się rówieśniczką Sabriny Carpenter (27 lat), zaś Kris Jenner wygląda na jakieś 10 lat starszą od swojej córki Khloe Kardashian, mimo że urodziła ją mając 29 lat.
W 2000 roku medycyna estetyczna była zarezerwowana dla najbogatszych, w dodatku wciąż budziła kontrowersje; była postrzegane jako jakiegoś rodzaju “nieuczciwość” i powód do wstydu. Najpopularniejszy preparat wygładzający czoło? W Stanach został dopuszczony do oficjalnego użytku dopiero w 2002 roku – dziś w Warszawie ceny poprawienia jednej partii twarzy (np. lwiej zmarszczki – tej pomiędzy brwiami) zaczynają się już od 450 złotych – to mniej więcej tyle, ile zrobienie dwa razy pedicure’u.
Do tego doszła większa i coraz bardziej powszechna wiedza na temat pielęgnacji skóry. Weźmy głupi SPF – jeszcze 15 lat temu mało która kobieta zdawała sobie sprawę, że to właśnie promienie UVA najmocniej przyspieszają starzenie skóry – i to nawet bardziej niż używki, których negatywny wpływ jest znany od dawna. Do tego doszła znajomość składników aktywnych i ich działania (niech pierwszy rzuci serum, kto nie słyszał nigdy o hialuronie, witaminie C albo peelingu enzymatycznym).
Jasne, że to wszystko kwestia marketingu z jego wiecznym poszukiwaniem nowości i kreowaniem potrzeb, tyle że kobietom wciska się produkty maści wszelakiej od lat. Zmiana polega na tym, że konsumentki stały się na tyle świadome, że nie omamią ich już hasła w rodzaju “innowacyjne składniki”. Dziś chcemy wiedzieć, co to za składniki i sprawdzamy, jak działają jeszcze przy drogeryjnej półce.
Za tymi wszystkimi zmianami najwolniej nadąża tzw. opinia publiczna. Wspomniana już wyżej Kris Jenner czy Małgorzata Rozenek-Majdan z twarzami spod znaku “brzmi znajomo” nie budzą (delikatnie mówiąc) entuzjazmu, mimo że robią to, na co większość osób publicznych nie ma odwagi – przyznają się, że przy swoich gładkich licach majstrowały.
Z drugiej strony, gdy w sieci pojawiają się zdjęcia kobiet, które stronią od zabiegów medycyny estetycznej i trzymania restrykcyjnych diet – jak np. aktorka Kelly McGillis, która zagrała obok Toma Cruise’a w pierwszej części filmu “Top Gun”, albo 62-letnia matka Zendayi – najpopularniejsze komentarze wskazują na rzekome zaniedbanie. Całkiem, jak gdyby kobieta nie miała prawa PO PROSTU się zestarzeć. Cóż, w tych czasach najwyraźniej nie ma. Rozkrok postrzegania kobiet “w pewnym wieku” zupełnie mnie jednak nie dziwi.
To tak, jak z ubraniami – kobieta (bo nie mężczyzna) w krótkiej kiecce i z dekoltem wciąż jest ubrana “niestosownie do okazji”, jaka by ta okazja nie była. Nosisz płaskie buty i nie lubisz obcisłych ubrań – ubierasz się zbyt męsko albo “jak zakonnica”. Złoty środek może i w większości aspektów życia zły nie jest, ale w przypadku wyglądu to balansowanie na linie społecznej akceptacji i walczenia o ew. aprobatę. Oczywiście można powiedzieć, że kobiety nie muszą tego robić, ale szczerze powiedziawszy – powinny.
Nie jedno i nie dwa badania pokazują, że kobiety wyglądające w sposób “adekwatny” do stanowiska wciąż zarabiają więcej, i to w porywach do 30 proc., niż koleżanki na analogicznych stanowiskach niespełniające podobnych oczekiwań (oczywiście o ile je dostaną – stanowiska, nie oczekiwania).
Część starszych badań koncentruje się na makijażu czy noszeniu do pracy butów na obcasie jako czynnikach działających na korzyść danej kobiety, ale, szczerze powiedziawszy, mam wrażenie, że dziś przybrało to nieco inne oblicze.
To już nie walka o pozycję “atrakcyjnej asystentki prezesa”, ale raczej o równorzędne stanowiska – kobiety mogą je dostać, ale oprócz kompetencji wciąż liczy się to, czy potrafią się ubrać i uczesać.
Kolega z rady nadzorczej może chodzić do fryzjera raz na pół roku i nosić spodnie sprzed 10 lat, kobieta musi wyglądać i poważnie, i nowocześnie, i niemęsko (ale jednocześnie nie “kobieco” w stereotypowym tego słowa znaczeniu). Słowem: bieg przez płotki, które są podwyższone, mimo że i tak masz gorsze miejsce startowe (potencjalny macierzyński, PMS, opieka nad dziećmi, podejrzenia o “karierę przez łóżko”, itd., itp.).
Wiek jest tu kolejną przeszkodą dodaną przez gatekeeperów (stróżów obowiązującego porządku – osób, które utrudniają dostęp do stanowiska czy pozycji, bo mogą – red.).
Łatwo mówić o pięknym starzeniu się, gdy patrzymy na Lidię Popiel, Helenę Norowicz czy Beatę Tyszkiewicz – kobiety, które zachwycały urodą i jako 25-latki.
Z godnością, czyli jak?
Na naszych oczach zmienia się sama definicja tego, co to znaczy “starzeć się z godnością”. Jeszcze kilkanaście lat temu kobiety 40+, które ubierały się jak 20-latki, były wyśmiewane, żeby wspomnieć choćby powiedzenie “z tyłu liceum, z przodu muzeum”. Dziś negatywnie komentuje się już prędzej kobiety, które dodają sobie lat strojem.
Nikogo nie dziwi już 50-latka w jeansach i adidasach, zatarła się wyraźna granica między tym, co “młodzieżowe”, a co “dorosłe”. Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdy młode pokolenie uwielbia modę vintage, a do mainstreamu wchodzą takie trendy jak “grandmacore” (ubrania wyglądające jak z szafy babci, np. rozpinane kamizelki-baranki, bardzo duże okulary czy buty-kapcie).
Gdy Kris Jenner z okazji 70. urodzin zafundowała sobie ekstremalną metamorfozę twarzy, udzieliła obszernego wywiadu “Vogue Arabia”, w którym mówiła, że to jej prywatna wersja starzenia się z godnością – czuje się młodo i tak też chce wyglądać, bo po prostu woli siebie w tej wersji – i nie ma to nic wspólnego z nieakceptowaniem upływającego czasu.
Subiektywizm powszechny
Do tego dochodzi jeszcze subiektywne postrzeganie własnego wieku, które nie jest bynajmniej oznaką niedojrzałości, a dość powszechnym zjawiskiem. Badania przeprowadzone przez Nicole Lindner i Briana Noska z wydziału psychologii Uniwersytetu stanowego Wirginii pokazują, że nastolatki i młodzi dorośli co do zasady czują się starsi, niż wskazywałaby ich metryka. Sytuacja zmienia się – jakżeby inaczej – wraz z wiekiem.
Około 70 proc. respondentów, którzy przekroczyli 30. rok życia, postrzega siebie jako młodszych, zazwyczaj o kilka lat. Pewnie sporo w tym zmieniającej się demografii – dziś w Polsce średni wiek zajścia w pierwszą ciążę przypada między 28 a 30 rokiem życia. W krajach takich jak Szwecja, Czechy czy Francja to już 32 lata. Czuciu się młodziej sprzyja też, jak na ironię, trudna sytuacja na rynku mieszkaniowym – w większych miastach singlom w okolicy 30. roku życia trudno wynająć samodzielnie mieszkanie. A jak tu czuć się dojrzale, gdy mieszka się z koleżanką, całkiem jak na studiach?
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – z badań (Keyes i Westerhof, Emory University) wynika, że subiektywne postrzeganie się jako osoby młodszej przekłada się na mniejsze ryzyko depresji czy zaburzeń lękowych. To jednak nie wszystko – “czucie się młodo” obniża ryzyko demencji, przekłada się na krótsze okresy rekonwalescencji, a istnieją przesłanki, że i na odporność. Być może w przypadku upływu czasu to nie “w zdrowym ciele zdrowy duch”, ale “młody duch – zdrowe ciało”.
Kolejny trend obrazujący przesunięcie w postrzeganiu wieku to filmiki, na których kobiety po 35. opowiadają, jak zaczęły od nowa – zmieniając ścieżkę kariery, przeprowadzając się na drugi koniec świata, czy po prostu całkowicie zmieniając nawyki i znajomych. Nie inaczej było z Kris Jenner – przez lata była niepracującą żoną i matką, by po 50. stać się bizneswoman i managerką swoich pięciu córek.
Gdy zaczynasz w tym wieku od nowa i to z takimi sukcesami, trudno nie czuć się młodszą niż w akcie urodzenia. Śmieszne? Raczej godne pozazdroszczenia – życie trwa o wiele dłużej niż zaliczenie wszystkich punktów niepisanego “planu”, który po zdobyciu wykształcenia, pracy i założeniu rodziny zostawia wiele kobiet bez mapy “co dalej” i przekonaniem, że nie mają już na co czekać (ew. na wnuki).
Młodość, oprócz błędów i naiwności, to także ciekawość, chęć eksperymentowania, odwaga (nawet jeśli podszyta niekiedy głupotą), ale przede wszystkim wiara, że to, co najlepsze, jeszcze przed nami.
Być może największą zmianą nie jest to, że 40-latki wyglądają dziś jak dawne 30-latki. Chodzi raczej o to, że przestały uważać swoje życie za historię, której najważniejsze rozdziały zostały dawno napisane.
Czytaj także:
- „Żyjemy w mentalności, albo idealnie, albo wcale”. Dlatego Polki boją się zaufać longevity
- Baba Lena ma 90 lat i samotnie zwiedza świat. Kim jest podróżująca babcia?
- W longevity chodzi nie tylko o wygląd. Dr Agnes Frankel: „To przede wszystkim nauka odpuszczania sobie”



























