Dowiedziałaś się kiedyś, że znajomi byli w sobotę na rowerach albo na imprezie z relacji na Instagramie?
WIDEO…
A może dostałaś propozycję nie do odrzucenia – wyjazd do Włoch po kosztach. Gorzej, że dowiedziałaś się tydzień przed terminem, bo jakiś spryciarz zdał sobie sprawę, że można położyć jeszcze kogoś na kanapie i obniżyć koszt wynajmu.
Niby miło, ale nikt nie konsultował z Tobą ani kierunku, ani terminu.
Albo: jesteś osobą, z którą gada się (po raz setny to samo) o toksycznej matce i kolejnym chłopaku, który „nie wie, czego chce”. A kiedy to ty masz gorszy moment, musisz przypominać o spotkaniu, które i tak w 5 na 10 przypadków nie dochodzi do skutku.
Filler or floating?
O osobach traktowanych w ten sposób mówi się filler friend albo backup friend (przyjaciel wypełniający/zapasowy). Osoba od +1, gdy nikt inny nie może, albo gdy komuś akurat się nudzi. Nie dzwoni się do niej jako pierwszej z nowinami ani nie snuje wspólnych planów. Słowem: człowiek drugiego (jeśli nie trzeciego) wyboru.
Gdyby chodziło tu o brak sympatii albo niewyjaśnione konflikty, sprawa byłaby prostsza. Można by zerwać znajomość, ewentualnie wrzucić na stories cytat z cyklu “nie mam w sobie przestrzeni na…” (i rzecz jasna chronisz swoje wewnętrzne dziecko).
Przyjaciółka zapasowa najczęściej jest lubiana – po prostu nie jest tak ważna jak inne osoby – nie jest niczyim numerem jeden. I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto swojego “numeru jeden” nie ma. Są przyjaciółki funkcjonalne: od dyskusji o ciuchach, od chodzenia razem na jogę czy siłownię, te, które widzi się raz na pół roku i po spotkaniu nigdy nie rozumie się, dlaczego tak rzadko. Poza tym jest ONA – BFF, bestie, twój absolutny numer jeden i reszta znajomych bez wyraźnej kwalifikacji czy numerka w poczekalni.
Jest też drugi, nieco podobny termin: floater friend albo floating friend. To osoba dryfująca między grupami: znajomych z dawnej pracy, ludzi ze studiów, przyjaciółek przyjaciółek. Wszędzie kogoś zna, ale nie nie ma gwarancji, że ktoś zauważy jej brak.
Wolny elektron, który ma dojścia do wielu cudzych światów, ale nie ma w nich bazy noclegowej. To ktoś, kto nie jest oznaczany na wspólnych zdjęciach i często słyszysz “Aaa, nikt ci nie powiedział? Myślałam, że wiesz”.
Mit "podobnej energii"
O przyjaźniach zawieranych w dorosłości często mówimy: “miałyśmy ten sam vibe”, “zaiskrzyło”, całkiem jak gdyby bliskość nie wiązała się z logistyką. Tyle że tę ostatnią dość trudno oszukać.
Jeffrey Hall z University of Kansas wyliczył, że do tego, by przejść od zawarcia znajomości do uznania kogoś za dobrą koleżankę, potrzeba około 50 godzin.
Niby niewiele, ale jeśli założymy, że jedno spotkanie to 2 godziny, potrzeba ich aż 25. Piszę “aż”, bo trudno wyobrazić mi sobie nawet, żeby dorosłe, pracujące osoby spotykały się z jedną z wielu koleżanek raz w tygodniu (no chyba że po wspólnych zajęciach). W pracy? Nie liczy się, chodzi o quality time, a nie wspólne utyskiwanie na drukarkę i rozmowę, co na obiad.
Wracając do badań Halla: do przyjaźni potrzeba około 90 godzin, zaś do ekstremalnie bliskiej relacji (na potrzeby tego tekstu uznajmy, że chodzi o koronę BFF) – aż 200. I może to dlatego tak trudno jest znaleźć przyjaciółki jak z serialu “Seks w Wielkim Mieście”. Bo i kto ma w dorosłym życiu czas (a w zasadzie i pieniądze) na wspólne lunche i drinki po pracy kilka razy w tygodniu. Ludzie po 30. mają partnerów, dzieci, psy, kredyty, terapię w środy, pilates w piątki i poczucie, że w weekend muszą odespać i wypucować mieszkanie. Po prostu nie mamy kiedy wyhodować przyjaźni"
Do tego, jeśli grupa znajomych zna się z pierwszej pracy albo z czasów, gdy wszyscy pili najtańsze prosecco i uważali, że 27 lat to późna dorosłość, ma swoją własną mitologię i żarty, których nikt z zewnątrz nie załapie. Ktoś płakał na schodach w klubie w 2010, ktoś rozstał się z Maurycym w 2015 i teraz "Maurycy” oznacza konkretny typ mężczyzny. Możesz być lubiana i zabawna, ale jeśli przyszłaś później, to ot tak nie zostaniesz członkiem zarządu paczki.
Magia wspólnego wroga
Do tego dochodzi zjawisko znane jako homofilia – i nie oznacza nic zdrożnego ani też zamiłowania do wszystkich ludzi. W skrócie chodzi tu o to, że ludzie często przyjaźnią się (ale też np. wchodzą w relacje biznesowe) z osobami, które odbierają jako podobne do siebie. Liczy się tu wiek, status, etap życia, gust estetyczny (a czasem też filmowy i muzyczny), sposób spędzania wolnego czasu czy poglądy polityczne (a wymieniać można by jeszcze długo).
Badanie "Interpersonal chemistry through negativity” (w wolnym tłumaczeniu: przyciąganie międzyludzkie przez pryzmat negatywizmu) z 2006 roku potwierdziło jeszcze jeden, zaskakujący fakt. Dzielenie tej samej, negatywnej opinii o innych ludziach zbliża o wiele bardziej niż dzielenie opinii pozytywnej. Możemy np. nie lubić (wspólnie!) karierowiczów, wściekać się na osoby roztrzepane, albo obgadywać Mariolę z księgowości – w obu przypadkach będzie to bardziej więziotwórcze.
Podłe i wykluczające? Reprezentatywne grupy badanych nie miewają takich cech. Chodzi tu raczej o pewną ekonomię czasu i komfortu, którą stosujemy nie do końca świadomie. Osobie z podobnym backgroundem i poczuciem humoru pewnych rzeczy nie musimy tłumaczyć – i być może to mają na myśli osoby mówiące, że “po prostu kliknęło”. Nie chodzi o mistyczne braterstwo dusz, ale o łatwość w kontakcie i rozumienie kontekstów.
Rezerwowa na własne życzenie
Filler friend bywa kimś, kto nie tyle "nie pasuje”, ile w jakimś ważnym dla reszty aspekcie mocno odstaje – bezdzietna wśród matek, w związku w grupie singielek, niepijąca tam, gdzie ludzie zacieśniają więź przy winie. Pierdoły? Jeśli zbierze się kilka takich cegiełek, można nimi podwyższyć próg wejścia do danej mikro-społeczności.
Są też osoby, które sprowadzają się do roli "wypełniacza" niejako na własne życzenie. Zawsze dostępne, wyrozumiałe, „nierobiące problemu”, gdy ktoś odwoła spotkanie trzeci raz z rzędu. Interesują się, współczują i zadają pytania pomocnicze, ale nie patrzą, czy ktoś zadaje takie pytania im. W kulturze, która kocha bezproblemowe kobiety, łatwo pomylić bycie dobrą przyjaciółką z byciem wygodną. Stoisz tam, gdzie cię postawiono, pasujesz do reszty i nie wymagasz podlewania.
Czasem filler friends się boją – mówić o swoich poglądach, zażartować (a co jeśli to nieśmieszne?). Nie dają się do końca poznać, a z taką osobą trudno budować bliskość, czy nawet poczuć słynny “vibe”.
Nie pomaga fakt, że ludzie kiepsko rozpoznają wzajemność przyjaźni. Badanie opublikowane w "PLOS ONE” pokazywało, że często przeceniamy to, czy osoba, którą uznajemy za przyjaciela, widzi nas w ten sam sposób. Dla ciebie to bliska koleżanka, a dla niej — świetna osoba na kawę raz na dwa miesiące.
Dobre rady ciotki Heli
Bycie filler friend trzyma w niepewności. Trudno zadać pytanie, czy “coś jest nie tak”, skoro gdy się pojawiasz, wszyscy się cieszą. Nikt cię nie ghostuje ani nie rzuca krzywych wspomnień.
Strategią dla przyjaciółki-zapchajdziury może być skorzystanie z zasobów floating friend. Osoba dryfująca między grupami ma coś, czego nie ma ktoś przyspawany do jednej grupy i dwóch niby-przyjaciółek: dostęp do wielu universów, w większości z których nie pamiętają jej jako „tej nieśmiałej z liceum”. W nowym środowisku można wreszcie przestać grać rolę, która przylgnęła do nas dawno, dawno temu.
Czasem wystarczy nie odmówić komuś, kto powie: „Też idziesz na ten koncert? Idę ze znajomymi, chodźmy razem”. Czasem nie traktować współkursantów na cotygodniowych zajęciach jak elementu wystroju sali, nieco przeszkadzającego w “rozwoju osobistym”. Albo zapytać na grupie sąsiedzkiej, czy ktoś ma psa i chciałby iść do parku na godzinę, żeby psy się wybawiły. Podobnych pomysłów jest mnóstwo. Zapytajcie GPT.
Z kolei floating friend nie musi być kimś bez swojego miejsca. Może przyjrzeć się temu, gdzie czuje się najlepiej i tam zostać, zamiast krążyć między kolejnymi grupami znajomych.
Przyjaźń po trzydziestce to nie serial “Friends” czy wspomniany już “Seks w Wielkim Mieście”. Zamiast utyskiwać na swój (połowicznie) samotniczy los, można otworzyć się na zarzucanie sieci towarzyskich: na koleżankę koleżanki, osobę z pracy, z którą świetnie gada się nad firmowym ekspresem, kogoś z kim spotykasz się raz na ruski rok, a przecież można spróbować częściej. Generalnie: warto spróbować.
Czytaj także:
- Kochanka, kłamstwa i posty na grupach. Polujemy na "tę drugą", a facetom dajemy immunitet
- Wydała 13 albumów o niespełnionej miłości. Taylor Swift wyszła za mąż, kończąc historię z licznymi (ex)bohaterami
- Tysiące znajomych, tylko kilku prawdziwych. Tak ewoluowało pojęcie kobiecej przyjaźni



























