Gdy kilka tygodni temu Patrycja Galińska skontaktowała się ze mną, natychmiast przykuła moją uwagę. Jak to całkiem sama wyjechała do Australii? Jak Polka jest w stanie odnaleźć się w tak egzotycznym kraju, w którym trudno zrozumieć mieszkańców ze względu na ich specyficzny akcent, a do tego czyha na ciebie milion groźnych gatunków zwierząt? Węże i pająki to jedno, ale Patrycja opowiada, że do tego dochodzą groźne krokodyle, rekiny i meduzy. A co z milutkimi kangurami i misiami koala? Australijczycy mają o nich swoje zdanie. Zobacz, jak wygląda życie Polki w Australii na co dzień.
WIDEO…
„Miałam zostać 6 miesięcy, zostałam 9 lat”
Katarzyna Racławska: Jak wygląda codzienne życie Polki w Australii?
Patrycja Galińska: Jest troszkę inaczej, niż sobie wyobrażałam. Nie będąc jeszcze w Australii, myślałam, że to będą głównie słońce, surferzy, wszędzie jest ciepło, a życie jest beztroskie. I faktycznie to słońce jest, ale zima w Australii potrafi zaskoczyć. Ta zima jest łagodna w ciągu dnia, ale ranki i wieczory są chłodne – można faktycznie zmarznąć. Jeśli natomiast chodzi o takie codzienne życie pod kątem psychicznym – na pewno jest łatwiej.
Na czym ta łatwość polega?
Mniej się myśli o problemach. To nie tak, że ich nie ma, ale ludzie mają inne podejście, dzięki któremu nawet te problemy wydają się trochę łagodniejsze. Tam, gdzie słońce, jest optymizm, którego w mniej słonecznych częściach świata brakuje.
A co cię skłoniło do obrania takiego kierunku?
Na studiach i jeszcze przed studiami bardzo dużo podróżowałam po Europie. Poświęciłam dużo czasu, żeby zwiedzić różne kierunki. Przez moment mieszkałam nawet w Szwajcarii. I po tych 5 latach studiów, ta Europa zaczęła mi się troszkę kurczyć. Zależało mi też na rozwoju mojej znajomości angielskiego. Dlatego przyjechałam do Australii na kurs tego języka.
Przyjechałam na 6 miesięcy, miałam wykupioną wizę na kurs języka angielskiego, która dawała mi możliwość pozostania jeszcze na 2 miesiące po kursie. I po tych 6 miesiącach zdecydowałam się skorzystać z tej opcji. Potem zamierzałam wrócić do Polski. Natomiast w ciągu tych 8 miesięcy tak bardzo mi się spodobało, złapałam tego australijskiego bakcyla, no i stwierdziłam, że w sumie, dlaczego by nie zostać jeszcze dłużej. Przedłużyłam wizę, w międzyczasie znalazłam pracę w zawodzie. Z wykształcenia jestem biotechnologiem, więc trudno mi było w Polsce znaleźć pracę, a tutaj nie było z tym większego problemu. I zamiast tych 6 miesięcy zostałam finalnie 9 lat.
Czy na początku czułaś trudności związane z językiem? Kurs, kursem, ale australijski akcent angielskiego bywa „kosmiczny” i niezrozumiały dla nas, Europejczyków…
Powiem szczerze, że australijska wersja angielskiego to jest zupełnie inny język. Jeszcze w większych miastach jak Sydney jest bardziej międzynarodowo, jest dużo osób przyjezdnych, dzięki czemu Australijczycy są bardziej obeznani z obcokrajowcami, więc jest łatwiej się porozumieć. Natomiast na obrzeżach dużych miast i w mniejszych miejscowościach, rodowitych Australijczyków naprawdę trudno zrozumieć. Nawet jak już mieszkałam kilka lat w Australii, było mi ciężko się porozumieć. Oni bardzo dużo wyrazów skracają, nie mówią pełnego zdania.
Ok, czyli mamy język jako tę pierwszą trudność po przeprowadzce. Jakie były kolejne?
Przede wszystkim zmiana strefy czasowej i kontaktu z bliskimi. Między Polską a Australią jest 8-10 godzin różnicy, więc jeżeli chciałabym zadzwonić do domu, porozmawiać z rodzicami czy z przyjaciółką, ze znajomymi, to jest problematyczne. Kiedy ja miałam wolne, oni spali lub szli do pracy – trudno było ten grafik dopasować. Coś się wydarzyło w pracy, chciałam złapać za telefon, zadzwonić, opowiedzieć, a nie miałam takiej możliwości.
Na początku tutaj też nie miałam aż tylu znajomych. To trochę trwa, zanim się nowe kontakty nawiąże. Więc miałam poczucie, że jestem sama na końcu świata, zdana wyłącznie na siebie. To trochę buduje charakter, ale początki nie zawsze są łatwe.
Dla mnie to jest niesamowite, że zdecydowałaś się na taką rewolucję życiową zupełnie sama. Jakie były w tobie uczucia na samym początku? Czy miałaś w sobie jakiś lęk związany z samotną przeprowadzką?
100 procent! Pamiętam, jak wsiadałam do samolotu na ten pierwszy kurs angielskiego. Oczywiście, że miałam obawy, że może jednak robię źle, może powinnam zostać… Może odwołają samolot albo lot będzie przełożony i może to będzie jakiś znak z nieba, że powinnam zostać. Więc strach był, ale z drugiej strony, jak już przyleciałam na miejsce, to poznałam wiele osób, które były w bardzo podobnej sytuacji. Na ten kurs angielskiego, który był właśnie moim początkiem, wszyscy właściwie przylecieli sami. I to, że było wiele takich osób, które zdecydowały się na podobną rewolucję, na pewno mi pomogło.
Czy obecnie otaczasz się Polonią, czy może masz mieszane towarzystwo?
Mam już taką swoją populację Australijczyków, których znam i lubię, z którymi się właśnie spotykam – często na grilla, bo w Australii ta forma spędzania czasu w weekendy jest bardzo popularna. Ale z Polakami też mam dobry kontakt – wspieramy się, próbujemy sobie pomagać w miarę możliwości. Tu jest taka Polonia, która trzyma za siebie kciuki.
Jadowite pająki w butach i kangury-szkodniki
To wróćmy na moment do tego strachu i wyzwań. Jakie są największe niebezpieczeństwa związane z życiem w Australii?
Chciałabym powiedzieć, że to mit, ale niestety nie – można tu spotkać dzikie, niebezpieczne zwierzęta jak np. pająki czy węże. Ja mieszkam w Queensland. Jeżeli polecimy na północ tego stanu, to jeszcze do tego dochodzą krokodyle i meduzy.
Miałam tę wątpliwą przyjemność mieć jadowitego pająka u siebie w bucie. Po którymś hikingu wystawiłam uprane buty na taras. Buty leżały na tym tarasie 2-3 dni. Na szczęście w pracy dostałam od Australijczyków dobrą radę, żeby zawsze przed założeniem butów je wytrząsać – szczególnie jeżeli były na zewnątrz, bo może się tam kryć wąż lub pająk. I rzeczywiście miałam pająka w trampkach. Zrobiłam mu zdjęcie i okazało się, że to był jeden z tych najgroźniejszych, najbardziej jadowitych pająków.

Ale wydaje mi się, że taki cichy zabójca, to są te meduzy, o których się aż tyle nie mówi. Większość osób, jak słyszy o Australii, to myśli o tych wężach i pająkach. Natomiast krokodyle czy meduzy to są gatunki, o których się powszechnie nie mówi, a potrafią być bardzo niebezpieczne.
W Australii, która znana jest z surfingu, coraz więcej mówi się, że meduzy też potrafią nam zaszkodzić. Mogą poparzyć ciało, co jest bardzo bolesne. Raz miałam taki przypadek, że zostałam poparzona na plecach przez małą meduzę. Na szczęście nie musiałam jechać do szpitala, ale w przypadku większej mogło się to różnie skończyć. Na plażach są specjalne stacje ze środkami, których można użyć, jakby się zostało poparzonym.
Czy ty, wybierając się do Australii, miałaś świadomość tych niebezpieczeństw?
Przyznam się, że miałam bardzo małą wiedzę o Australii. Oczywiście wiedziałam o wężach i pająkach, natomiast pozostałe zwierzęta były mi zupełnie obce. Zupełnie nie wiedziałam nic o krokodylach, a na te z kolei trzeba szczególnie uważać na wschodnim wybrzeżu. Lepiej dokładnie przemyśleć, np. gdzie się campinguje. W Polsce, w Europie jak mamy camping gdzieś przy rzeczce, jest miło i pięknie. W Australii trzeba uważać.
Ostatnio bardzo aktywne stały się też rekiny. Było sporo takich sytuacji, gdzie ludzie, głównie surferzy, mieli bliskie spotkanie z takim rekinem i nie skończyło się to dobrze.
Zaciekawiły mnie bardzo te punkty bezpieczeństwa na plaży, o których wspomniałaś. Czy Australijczycy mają jeszcze jakieś dodatkowe sposoby na ochronienie się przed dzikimi gatunkami?
Bardzo popularna jest aplikacja, która informuje o obecności rekina na plaży. Jest taka mapka i jeżeli był przypadek rekina, to mapka jest błyskawicznie aktualizowana – na bieżąco. Monitorują to helikoptery, dzięki czemu informacja o takim przypadku jest szeroko dostępna.
Ciekawe jest też podejście Australijczyków do kangurów. Jak ja przyleciałam, byłam zafascynowana kangurami. Nigdy nie miałam z nimi do czynienia i pokochałam je od pierwszego wejrzenia. Natomiast dla Australijczyków kangury to przede wszystkim szkodniki. Domy w Australii są nieogrodzone. W 90 procentach to jest po prostu dom z ogródkiem i tarasem, ale ludzie nie odgradzają się od siebie tak jak w Polsce. Jak nie ma ogrodzeń, a są ogródki i przychodzą kangury, to są w stanie wszystko splądrować.
Dodatkowo gdy jeździ się po Australii nocą, trzeba liczyć się z tym, że w nocy kangury są najbardziej aktywne. Skaczą na drogę i powodują bardzo dużo wypadków samochodowych. Jak jest dość duży samiec, to jest w stanie skasować samochód. Dlatego też w autach Australijczycy montują takie specjalne zderzaki na zwierzęta. Wtedy, gdy dochodzi do zderzenia z kangurem, taki zderzak faktycznie amortyzuje i nie prowadzi do zniszczenia samochodu.
Natomiast dla Australijczyków węże i pająki to żaden temat. Oni je traktują trochę na zasadzie – ok, trzeba uważać i tyle. Mają w domu moskitiery, ale dodatkowo popularny jest też zawód „łapacza węży”. Na początku myślałam, że to taka osoba, która dorabia po godzinach. A tu się okazało, że faktycznie są osoby, które się profesjonalnie zajmują łapaniem węży, jest to praca na cały etat, często są zabukowani, więc trzeba dzwonić do kilku. I oni przychodzą i najlepiej wiedzą, jak złapać takiego osobnika, aby nic złego się nie wydarzyło.
A czy często się zdarza, że taki syczący osobnik wkrada się do czyjegoś domu i próbuje się w nim rozgościć?
Tak, nawet dwa tygodnie temu w wiadomościach mówiono o tym, że komuś do samochodu wpełzł jeden z jadowitych węży. Jak kierowca chciał otworzyć bagażnik, okazało się, że gdzieś tam schował się wąż.
Czy w związku z tym, że Australijczycy żyją wśród tej dzikiej natury w zasadzie od małego, mają większy respekt do tej natury niż Polacy?
Wydaje mi się, że tak. Warto też dodać, że sporo Australijczyków surfuje, więc oni mają naprawdę duży respekt do natury, oceanu, fali. Potrafią czytać pogodę, wiedzą, w jaką falę warto wejść, kiedy nie, sprawdzają przypływy, odpływy, aplikację o rekinach. Ta natura nieustannie ich otacza. A nawet jeśli nie surfują, to zrobią sobie piknik, pójdą na spacer. Są aktywni, dużo czasu spędzają na powietrzu.
Czy da się przyzwyczaić do obcowania z tymi dzikimi zwierzętami? Czy tobie jako Polce, która jest tam od lat, to się udało?
Trzeba mieć oczy dookoła głowy i szeroko otwarte, ale naprawdę jesteśmy w stanie jakoś do tego się przyzwyczaić. Trzeba zawsze pamiętać, że coś się może stać – ja już nie zostawiam butów na zewnątrz, wolę, żeby wyschły w środku, nawet jak są bardzo mokre. Więc to jest lekcja, którą już odrobiłam. Jak idę na hiking czy inną wycieczkę w lesie, staram się nie zapuszczać poza ścieżkę, bo prawdopodobieństwo, że coś mnie ukąsi, jest o wiele wyższe niż w Europie.

„Spadające misie” postrachem turystów
A o co chodzi z tymi misiami koala? Słyszałam, że jest pewna legenda…
Drop bear! To jest taki mityczny stwór, którego wymyślili Australijczycy. Przyjezdni, oprócz tego, że kochają kangury, to jeszcze mają drugiego zwierzaka, który kojarzy im się z tym krajem, czyli koalę. Każdy tego koalę uwielbia, bo misio-koala to taki fajny, do potrzymania, do tulenia. I Australijczycy stworzyli taką legendę, że jest gatunek tego koali, który jest niesamowicie agresywny. Dużo osób w to uwierzyło, bo Australia faktycznie ma te niebezpieczne gatunki, które mogą zrobić krzywdę. Więc koala pewnie też może.
No i legenda brzmi, że ten gatunek koali, czyli drop bear, ma takie wielkie, wystające kły i żywi się krwią. I on nie atakuje Australijczyków, tylko turystów. Siedzi na drzewie, wyczuwa idącego turystę, który np. chciałby mu zrobić zdjęcie. I wtedy atakuje i wysysa krew.
Sama na początku w to uwierzyłam. Bo mówi się, że w Australii jest tyle niebezpiecznych gatunków, że tu wszystko może cię zabić, więc w sumie i może z koalą tak jest. Ale nie, to tylko miejska legenda. Nie ma koali, który jest aż tak agresywny.
Myślisz, że znalazłaś swoje miejsce na Ziemi? Czy może masz jeszcze myśli o powrocie, przeprowadzce gdzieś indziej?
Nie, myślę, że Australia to zdecydowanie moje miejsce. Miałam wątpliwości, bo ta odległość przede wszystkim była dla mnie minusem i to, że tu jest 8 godzin różnicy. Też to, że bliscy nie mogli do mnie przylecieć, bo to są 2 dni lotu w jedną stronę, więc w zasadzie na 2 tygodnie to się nie opłaca tutaj przyjeżdżać. Więc tak, Australia ma swoje minusy, nie jest tylko cukierkowo. Natomiast na ten dzień bilans zdecydowanie wychodzi na plus i to jest miejsce, w którym jestem, i w którym chciałabym zostać.
Patrycja Galińska - autorka bloga o Australii i podróżach solo, na którym dzieli się swoim doświadczeniem z życia na antypodach oraz samodzielnego organizowania wyjazdów. Z Australią związana jest od ponad ośmiu lat. Uwielbia vanlife i czarną kawę, odwiedziła już ponad 60 krajów, a ostatnio solo przemierzyła Amerykę Centralną - jednak to właśnie Australia pozostaje jej miejscem na ziemi.
Czytaj także:
- W turystyce strachu nie chodzi o adrenalinę, tylko o prawdę. Szukamy tego, co autentyczne
- Zamiast dzieci wybieram wakacje. Pokolenie bezdzietnych turystów to dziś ratunek dla branży turystycznej
- Odpoczynek, aktywne wakacje czy testowanie lokalnych smaków? Emilia-Romania zapewni ci włoskie dolce vita



























