Stało się, 3 lipca 2026 roku Taylor Swift powiedziała “tak” (a raczej “I do”) Travisowi Kelce’owi. Cesarzowa popu – tytuły “królowej” i “księżniczki” są już zajęte przez Madonnę i Britney Spears – i zawodnik futbolu amerykańskiego byli ze sobą od trzech lat. Zeszłoroczne zdjęcie pary w ogrodzie pełnym kwiatów, za pośrednictwem którego ogłosili zaręczyny, stało się jednym z 10 najpopularniejszych zdjęć wszechczasów w 16-letniej historii Instagrama, z wynikiem drobnych 37 milionów polubień. To tak, jak gdyby serduszka pod postem zostawili wszyscy mieszkańcy Polski.
WIDEO…
Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że zainteresowanie zaręczynami i ślubem Swift jest pokłosiem wyłącznie jej globalnej popularności. Ta opowieść ma swój początek dawno, dawno temu, choć raczej za oceanem niż za górami i lasami.
Ale od początku – i to nie związku Taylor z Travisem – który zaczął się notabene od tego, że sportowiec dał jej po koncercie bransoletkę swiftie (red. – samodzielnie zrobioną ozdobę z gotowych koralików, którymi jej fani wymieniają się na koncertach), a na żyłkę nawlekł koraliki ze swoim numerem telefonu.
Złote dziecko, brzydkie kaczątko
Taylor była tak zwanym złotym dzieckiem, bo któraż 6-latka uważa za zabawę pisanie historyjek. Gdy była w IV klasie (czyli w Stanach jako 9-latka), wygrała krajowy konkurs na najlepsze opowiadanie. Muzyka pojawiła się później, ale pisanie zostało. Dziś to jedna z nielicznych, żeby nie powiedzieć jedyna gwiazda tego formatu, która pisze sama swoje teksty. Można by tu dorzucić jeszcze Florence Welch (liderkę Florence and the Machine), jedną z licznych przyjaciółek Swift, ale Brytyjka, mimo że znana, nigdy nie zbliżyła się do tego pułapu rozpoznawalności.
Mimo sukcesów w konkursach wokalnych i podpisania kontraktu z wytwórnią w wieku 14 lat, długo nikt nie wróżył jej wielkiej kariery. Ot, kolejna blond dziewczyna z gitarą, w dodatku niezbyt charakterystyczna.
Nie wyróżniała jej skala głosu, z komponowaniem radziła sobie gorzej niż z pisaniem, niby ładna, ale wówczas nieprzykuwająca uwagi. Do tego śpiewała country – gatunek uważany w Stanach (a już zwłaszcza przez wielkomiejskich krytyków) za trzeciorzędny i obciachowy. Dolly Parton? Ikona, ale szczyt jej popularności przypadał na lata 70.
W wieku 17 lat Taylor wydała pierwszą płytę, która spotkała się z niezłym odbiorem, dwa lata później ukazał się album “Fearless”, który był hitem sprzedażowym i zgarnął cztery Grammy, ale Taylor – dokładnie tak, jak w tekstach swoich piosenek – była kozłem ofiarnym nie tylko w oczach koleżanek z liceum. Zarzucano jej, że tworzy infantylną muzykę dla nastolatek, że wszystkie piosenki brzmią podobnie, a w tle wciąż pobrzmiewa country.
Szacunek musiała sobie wywalczyć – a raczej zapracować na niego kolejnymi, coraz lepiej przyjmowanymi albumami i kolejnymi rekordami (często nawet Guinnessa).
Podróż bohaterki
Jak to się mówi: reszta jest już historią, ale początki są tu ważne, bo to one sprawiły, że ludzie nie tylko słuchali Taylor, ale ją pokochali. Ci, którzy byli z nią w tamtym okresie cieszyli się, że się na niej poznali, a reszta, która dołączyła później, z zapartym tchem obserwowała podróż “od zera do bohatera”. Chodzi tu również o zdobywanie szacunku w branży, która wcześniej pomiatała nią, między innymi rękami Ellen DeGeneres czy Kanye'go Westa. Ludzie mają to do siebie, że lubią patrzeć, jak postacie pokonują kolejne trudności, by stanąć finalnie na szczycie, jako odmieniona osoba – o tym są wszystkie wielkie opowieści – od “Iliady” po “Władcę pierścieni”.
Ważniejsza w kontekście ekscytacji royal wedding, który, jak na Amerykanów przystało, odbył się nie w Opactwie Westminsterskim, a w Madison Square Garden (w Nowym Jorku to tam odbywają się największe wydarzenia muzyczne i sportowe), wydaje się jednak inna ścieżka, którą przeszła Taylor Swift.
Nie jest sekretem, że tematem większości piosenek (a przynajmniej popowych) jest miłość. Ta na jedną noc, na wieczność, ta niespełniona, stracona czy toksyczna. Tyle że w tym przypadku wiadomo było, że Swift pisze o sobie, a nie o wymyślonych dla niej przez tekściarzy historyjkach.
Pikanterii – choć długo bez pikantnych szczegółów – dodawał tu fakt, że przez ostatnie 18 lat spotykała się przeważnie z mężczyznami na świeczniku. Jakby tego było mało, niektórzy z nich zostali zaszczyceni nie jedną, ale nawet kilkunastoma (!) utworami. Całkiem jak gdyby słynne “Eras” z nazwy jej bijącej rekordy trasy odnosiło się nie tylko do kolejnych płyt, ale też kolejnych partnerów.
Crazy ex boyfriend
O Joe Jonasie, który prawdopodobnie był jej pierwszą miłością i zerwał z nią przez telefon, śpiewała “So, I’ll watch your life in pictures like I used to watch you sleep” (red. Więc będę patrzyła na twoje życie na zdjęciach, tak jak kiedyś patrzyłam, jak śpisz). Ckliwe? Może i tak, ale nie w momencie, gdy masz złamane serce.
Rok później związała się z aktorem Taylorem Lautnerem – dziś już odrobinę zapomnianym, ale wówczas będącym u szczytu popularności za sprawą roli w serii “Zmierzch”. To też jej jedyny ex, któremu poświęciła tylko jedną piosenkę – być może dlatego, że to ona była tu “tą złą” – z czego rozlicza się w piosence “Back to December”, w której śpiewa (w telegraficznym skrócie), że nie doceniała, jaki był dla niej dobry i że żałuje.
W 2010 weszła w związek z o 18 lat starszym muzykiem Johnem Meyerem, któremu poświęciła piosenkę-list, gdzie śpiewa “All the girls that you run dry, have tired, lifeless eyes. Cause’ you burned them out” (dosł. Wszystkie dziewczyny, które wykończyłeś, mają zmęczone oczy bez życia. Ty im je wypaliłeś). To już – choć w wersji angielskiej – pisanie o wiele dojrzalsze i bardziej poetyckie niż wcześniej, ale i bardziej dosadne. W tym samym utworze oskarża go o manipulację emocjonalną i pogrywanie na uczuciach kogoś o wiele młodszego, kto tego nie dostrzegał.
Kolejnym znanym i starszym – choć tym razem tylko o 9 lat – chłopakiem Taylor był Jake Gyllenhaal. Mimo zaledwie kilkumiesięcznego stażu, poświęciła mu co najmniej 10 utworów. Aktor widać nie traktował jej poważnie – najpierw nie pojawił się na jej urodzinach, po czym zerwał z nią sms-em.
Związek Swift z Harrym Stylesem, gdy One Direction było u szczytu popularności, zagwarantował im łatkę it-couple. Choć nie spędzili ze sobą nawet roku i rozstali się w zgodzie, on również dostał w odroczonym prezencie kilka piosenek. Otrzymał nawet zaproszenie na ślub Taylor, jednak się na nim nie pojawił.
W tej wyliczance mamy rok 2013, Taylor ma 24 lata i siedmiu byłych (dwóch, mniej znanych, pominęłam), a więc więcej niż lwia część kobiet przez całe życie (i są na to badania).
Nic dziwnego, że temat został podchwycony przez media. O Taylor pisano, że musi być niestabilna emocjonalnie, toksyczna (albo i obie opcje na raz), była nawet parodiowana w skeczach.
Gdy licznik związków pokazał 10, Swift, która przekroczyła już wówczas trzydziestkę (i wciąż pisała piosenki o byłych) zaczęła być wyśmiewana z innej perspektywy – tym razem wieku. Widać wyprzedanie biletów na Wembley nie zwalnia kobiety z odpowiedzi na pytanie “Dlaczego nie wyszłaś jeszcze za mąż?” i straszenia, że “robi się za stara na dziecko”.
W 2022 roku, a więc rok przed poznaniem Travisa Kelcego, wychodzi jej 10 album – “Midnights”. Nie tylko bije rekord Spotify, jeśli chodzi o liczbę odtworzeń całego “krążka” jednego dnia, ale też po raz pierwszy zyskuje powszechną aprobatę krytyków. Tymczasem Taylor śpiewa: Sometimes I feel like everybody is a sexy baby, and I’m a monster on a hill (red. Czasem mam wrażenie, że wszystkie dziewczyny są seksowne, a ja jestem potworem stojącym na wzgórzu). Pisząc ten utwór pewnie czuje już, że jej 6-letni, najdłuższy dotychczas związek, z brytyjskim aktorem Joe Alwynem się kończy.
Archiwum emocji
W zamkniętych dawno “erach” z jej życia, które zawarła w utworach, wciąż odnajdują się tysiące kobiet – tych, które dobiegają dziś 40., a słuchały jej jeszcze jako nastolatki, ale też tych, których te 18 lat temu nie było jeszcze na świecie. Taylor nazywała to, czego wiele z nich nie potrafiło nazwać, opisywała toksyczny związek ze starszym facetem, obsesyjne wracanie do szczegółów z dawno zakończonej relacji, czy wstyd po byciu porzuconą. Całkiem, jak gdyby zrobiła archiwum emocji i dała do nich klucz milionom kobiet.
Ślub Taylor daje nadzieję także dlatego, że znalazła miłość po tylu niepowodzeniach, w dodatku będąc bliżej 40. niż 30. (w grudniu kończy 37 lat), że nie jest się “za starą”, żeby znów się zakochać i spróbować od nowa i że może nieudane związki bywają lekcjami. Trudno wszak wiedzieć, czego się oczekuje od partnera, nie mając porównania. Frazesy o “wierności i poczuciu humoru” może wygłosić każdy, w praniu okazuje się, że liczą się aspekty, o których nie miało się często pojęcia.
Koniec końców w zainteresowaniu ślubem pary nie chodzi o to, że Taylor miała suknię od Diora, ani o to, które gwiazdy wzięły udział w ceremonii. To po prostu domknięcie narracji, po kilkunastu zawodach miłosnych i szukaniu miłości tam, gdzie jej nie ma.
Jej życie uczuciowe nigdy nie było tylko newsem na portalu plotkarskim, ale materiałem literackim, a może nawet bardziej serialem emitowanym w odcinkach przez ostatnie 18 lat lat: od pierwszej, nastoletniej miłości, przez związek w którym nie umiała docenić “dobrego chłopaka”, bycie manipulowaną przez niemal dwa razy starszego mężczyznę, związanie się z kimś, kto od początku widział w niej tylko przygodę aż po próbę budowania domu, która skończyła się zrujnowaną nadzieją na miłość po grobową deskę i przeświadczeniem, że może ci wszyscy obcy ludzie mieli rację i to z nią jest nie tak. Ślub dziewczyny, która swoją wrażliwością dotarła do milionów ludzi, pokazuje, że jednak racji nie mieli – podobnie jak w przypadku jej muzyki.
Czytaj także:
- Kochanka, kłamstwa i posty na grupach. Polujemy na "tę drugą", a facetom dajemy immunitet
- Joanna jest kosmetolożką onkologiczną. "Czasami wiem, że kolejnej umówionej wizyty nie będzie"
- Pół żartem, pół staro. Dzisiejsze 45-latki wyglądają młodziej niż ich matki w tym samym wieku
























