Podczas gdy w kraju nad Wisłą wciąż roztrząsamy zakończenie pierwszej polskiej edycji “Love is Blind” (a może raczej parcie na szkło co po niektórych uczestników), w tym samym czasie nasza rodaczka Julia Majchrzak podbija brytyjską edycję innego randkowego show i wiele wskazuje na to, że ma szansę sięgnąć po zwycięstwo.
WIDEO…
“Love Island” – bo o nim mowa – to format, który po lekkim falstarcie w 2005 doczekał się na Wyspach już 13. sezonów i nic nie wskazuje na to, żeby miał się wyczerpać. Mimo że przez sześć polskich edycji, które można było oglądać na antenie Polsatu, oglądalność spadła o ponad połowę (z ponad 650 tys.), Brytyjczycy zwariowali na jego punkcie i nawet samobójcze śmierci dwójki byłych uczestników, a później także prowadzącej Caroline Flack nie doprowadziły do zcancellowania show.
The Miłość w Bikini Show
Program to jeden z formatów spod znaku “miłość w bikini”, jednak w o wiele mniej cynicznej i/lub patologicznej wersji niż TVN-owski “Hotel Paradise”. Zasady są proste: w willi w Hiszpanii zostają zakwaterowani mieszkańcy – pięć kobiet i pięciu mężczyzn – by po kilku dniach znajomości mają wybrać sobie partnera. Jeśli w związku dochodzi do zgrzytów nic straconego, bowiem co kilka dni pojawiają się kolejni uczestnicy. Jeśli zauroczą któregoś z dotychczasowym mieszkańców, dochodzi do przeparowania, zaś osoba, która zostanie na lodzie, opuszcza willę. Po ponad sześciu tygodniach w grze zostają trzy pary, które wydają się najbliższe stworzenia związku po wyjściu z programu. Zwycięzców wyłaniają widzowie.
Popularność show na Wyspach doczekała się szeregu całkiem poważnych analiz (tak popkulturowych jak socjologicznych), ale “Love Island” w wersji brytyjskiej bywa też szansą na pełnowymiarowe wejście do show-biznesu, a nie tylko na czasowe utrzymywanie się z reklamowania na Instagramie odżywek białkowych i strojów fitness.
Dotychczasowe edycje wydały na świat aktorki, modelkę, autorkę powieści, czy zwyciężczynię międzynarodowego konkursu piękności. Kilkoro uczestników zostało prezenterami telewizyjnymi, jurorowało w programach rozrywkowych, nie wspominając o osobach, które były zapraszane do udziału w innych programach czy zostały pełnowymiarowymi influencerami. O dziwo, część z par, które poznały się na planie brytyjskiej edycji, wciąż jest razem, zaś ich związki zaowocowały pojawieniem się na świecie dziewięciorga dzieci, z których najstarsze ma już niemal 10 lat.
Jak by nie patrzeć, Julia Majchrzak, która weszła do programu już w połowie, ma szanse wygrać o wiele więcej niż 50 tys. funtów do podziału z partnerem (red. ponad 250 tys. złotych).
Nie piszę o tym jednak, żeby ekscytować się potencjalną zagraniczną karierą rodaczki. Po 1989 roku mieliśmy już wystarczająco dużo przykładów tego typu karier – i to o wiele bardziej prestiżowych, żeby wspomnieć choćby sportowców jak Iga Świątek czy Robert Lewandowski.
Ciekawe jest tu co innego – 26-letnia Julia jest prawdopodobnie pierwszą Polką w zagranicznym reality show, która spotkała się z pozytywnym odbiorem widzów, nie powielając przy tym negatywnych stereotypów na temat Polaków. Choć dziś około 60 proc. Brytyjczyków deklaruje raczej pozytywny stosunek do polskiej społeczności (około 20 proc. jest wciąż nastawionych jednoznacznie negatywnie), tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej i masowej emigracji zarobkowej sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Chałupniczo-socjologiczne wnioski na temat tego, kto emigrował, sobie odpuśćmy.
Z nielicznych dostępnych informacji dotyczących Julii wynika też zresztą, że nie jest ona córką migrantów, tylko Polką, która pracuje w Londynie jako brokerka ubezpieczeniowa.
Pij, będziesz głośniejsza
Żeby lepiej zrozumieć fenomen jej udziału w show, najlepiej cofnąć się do tzw. początków. Bodajże pierwszą Polką, która zaprezentowała się zagranicznej widowni w tego typu programie, była Kinga Karolczak, która w 2005 roku wzięła udział w brytyjskim “Big Brotherze”. Stylistycznie przypominająca wczesną Dodę plus size, z zamiłowaniem do wielkich dekoltów pokazujących niemniejszy biust, od początku budziła kontrowersje. Wesoła, głośnia, wiecznie z papierosem i zamiłowaniem do ostrego imprezowania.
To ostatnie zresztą można by pewnie nazwać inaczej – reality show różniły się wówczas znacząco od tego, co dziś możemy zobaczyć w telewizji. Nie było jeszcze formatów pokroju “Warsaw Shore” opartych de facto na imprezowaniu do upadłego. “Big Brother” był programem oglądanym przez całe rodziny, ale produkcja nie miała żadnych skrupułów we wlewaniu w uczestników alkoholu na poczet fabuły, choć zazwyczaj nie można było tego zobaczyć na ekranie.
Gdy mieszkańcy nie rozmawiali na żadne ciekawe z punktu widzenia telewizji tematy, a ekipa nie była w stanie zmontować kontrowersyjnego odcinka, pojawiały się butelki. Tym potrzebniejsze, że format był w założeniu raczej nudny – ludzi z tygodnia na tydzień coraz mniej, brak jakichkolwiek rozrywek w postaci książek czy filmów, zamknięcie na małej przestrzeni z osobami, które nie zawsze się lubi, a do tego brak słońca i basenu jak w programach spod znaku “miłość w bikini”. Gdy na planie pojawiał się alkohol, sięgała po niego lwia część uczestników, tyle że z różnymi skutkami.
Nie jest tajemnicą, że więcej alkoholu to niższa kontrola impulsów – z irytacji może wybuchnąć awantura, podobający się sobie uczestnicy mają szanse wylądować razem w jacuzzi, o szeregu głupich pomysłów i zwierzeń, których nikt na trzeźwo nie powiedziałby przed połową kraju nie wspominając. Kinga miała wówczas zaledwie 20 lat i ewidentnie nie umiała kontrolować granicy między towarzyskim podchmieleniem, a utratą kontroli.
Skończyło się niesławnym, choć pamiętanym do dziś jako jedna z najgrubszych afer wszystkich edycji epizodem z butelką. Kompletnie pijana dziewczyna wyszła w samym ręczniku (?) na ogródek przed domem (de facto trawnik), położyła się na ziemi i udawała (?), że się masturbuje. W odcinku na żywo widownia skandowała potem “bottle” (ang. butelka), a ona zmieszana tłumaczyła, że to były wygłupy.
Kilka dobrych lat później wspominała to zgoła inaczej. Mówiła, że produkcja mocno zachęcała ich do picia i to bynajmniej nie niskoprocentowych trunków, a ona sama zaczynała się zachowywać jak zupełnie inna osoba, którą trudno jej było później rozpoznać na ekranie. Nie wspominając o tym, że po kilkudziesięciu dniach w zamknięciu wiele osób nie myślało już o kamerach. Mimo to pozostali uczestnicy, którzy spędzali z nią całe dnie, a nie oglądali jedną godzinę zmontowaną z 24, bardzo ją polubili – dotrwała aż do finału.
Stringi w dowód miłości
Rodacy nie prezentowali się jednak dobrze i bez emocjonalnego koktajlu Mołotowa. W 2024 roku w pierwszej edycji szwedzkiego “Love is Blind” mogliśmy oglądać pracującą w dziale księgowym w Sztokholmie Karolinę. Mimo dystansu czasowego dzielącego oba formaty, Polka wyróżniała się na tle innych uczestniczek już wyglądem, który co bardziej konserwatywne ciotki nazwałyby pewnie “wulgarnym”. Wielkie sztuczne rzęsy, włosy tlenione wielokrotnie na platynowy blond, opalenizna z solarium, szpilki, a do tego imprezowe kreacje i takież makijaże.
Na tle Szwedek, z których wiele pojawiało się w kabinach w zwykłych jeansach i swetrach, była postacią, która od razu zapadała w pamięć. Nie byłoby w tym nic kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że Karolina, przeczuwając chyba, że Lukas, z którym miała nadzieję stworzyć związek, się od niej oddala, postanowiła udowodnić mu głębię swoich uczuć. Skorzystała z możliwości wysłania drugiej stronie prezentu przez osoby z produkcji, a do listu z wyznaniem miłosnym dołączyła noszone wcześniej przez siebie koronkowe, czarne stringi.
Zagranie va banque w myśl zasady “facet jest samiec” nie popłaciło. Wyraźnie zażenowany Lukas wił się próbując elegancko podziękować za niezbyt elegancki dar, by chwilę później podziękować Karolinie za randki w ciemno i związać się z inną uczestniczką. Histeria w mocnym makijażu okazała się niezwykle teatralna. Szwedzi, naród liberalny i wyluzowany (zwłaszcza w porównaniu do Brytyjczyków), naszą rodaczkę wyśmiewali raczej jako “głupiutką dziewczynę” niż “kolejną wulgarną Polkę”.
Kto poczuł narodowościową powinność bronienia dziewczyn, powinien sięgnąć do polskiego słownika slangu i szukać pod “K”. Rzecz jasna “K jak Karyna”, gdzie przekręcona wersja imienia Karina staje się określeniem na pewien typ mentalno-stylistyczny.
Jeśli Janusz i Grażyna to figury osób pełnych post PRL-owskich naleciałości w wieku przedemerytalnym, które nie do końca odnajdują się we współczesnym świecie, to Karyna i Sebix mają definiować parę polskich dresiarzy. Wulgarnych, osiedlowych i raczej z niższej klasy społecznej, gdzie “łobuz kocha najbardziej” i “tylko buk może mnie sądzić”. Słowem – i Polacy w Polsce mają szereg stereotypów na temat współobywateli (Brajana i Dżesikę, a także Oskarka i Julkę omówimy już może w innym odcinku).
Od zera do bohatera
Gdy Julia Majchrzak pojawiła się w brytyjskim “Love Island” 23 czerwca, nie spodobała się widzom. Tym bardziej, że “rozbiła” jedną z par. Słowiańska blond piękność (padają tu porównania do młodych Kate Moss i Angeliny Jolie) pokonała piękność brytyjską i ciemnowłosą (Lola była powiem porównywana do sióstr Kardashian mających pochodzenie ormiańskie). Pikanterii sprawie dodawał fakt, że Lorenzo od początku był faworytem żeńskiej części widowni – przystojny, stylowy jak na właściciela marki męskiej mody premium przystało, a do tego szarmancki wobec kobiet i towarzyski.
Nie pomagał tu fakt, że Julia, wyrażająca wprost swoje opinie, dostała z miejsca łatkę konfliktowej. W zaskarbieniu sobie sympatii dziewczyn nie pomagał też fakt, że szybko została uznana przez widzów (więc można przypuszczać, że i przez mieszkańców willi) za najpiękniejszą uczestniczkę tej edycji. Tyle że dni mijały, a Julia okazała się być nie tylko bezpośrednia, ale skłonna do rozwiązywania konfliktów. W dodatku zaprzyjaźniła się z Jasmine, bodajże najbardziej lubianą dziewczyną w programie.
Lorenzo, wcześniej zainteresowany bardziej rozmowami z kumplami niż budowaniem relacji, zaczął nie tylko spędzać więcej czasu z Julią, ale i wyznał jej miłość (owiniętą w belę bawełny – ale widzowie przekaz zrozumieli). W internecie pochwały tego, jak radzi sobie z rozrywkowym partnerem – zamiast robić dramy, daje mu dużo wolności, ale i stawia granice – zaczęły przeważać nad pomstowaniem za rozbicie związku, zaś atakująca ją bez przerwy Lola pożegnała się z willą.
In it to win it
Julia na wstępie dostała szereg niewróżacych dobrze łatek: za ładna, za bezpośrednia, zbyt pewna siebie, rozbijająca związki. W tego typu formacie gotowy przepis na czarny charakter, który wystarczy tylko doprawić montażem. Tyle że historia zaczęła skręcać w inną stronę przez coś z pozoru zupełnie nie rozrywkowego: szczere rozmowy, panowanie nad sobą, stawianie granic bez robienia scen i umiejętność dogadania się z kobietami, które format z defaultu ustawia wobec siebie konkurencyjnie.
Do historii pierwszej Polki, która zyskała sympatię widzów w zagranicznym reality show, można oczywiście nie dopisywać wielkiej filozofii – to w końcu nie obrady ONZ (tyle że nad basenem). Popkultura pokazuje jednak zmianę wcześniej niż badania, a na pewno ma większe szanse do niej doprowadzić.
Polki za granicą łatwo wpadały w gotowe koleiny: słowiańska piękność z tajemniczymi źródłami dochodu, wulgarna dziewczyna z Europy Wschodniej, karna i milcząca pracownica, ktoś "inny niż my”, na kogo można patrzeć trochę z góry. Julia nie jest ambasadorką narodu w stroju kąpielowym, ale raczej dowodem, że stara szufladka zaczyna się zacinać.
Wizerunek nie zmienia się wtedy, gdy ktoś bardzo chce wypaść dobrze, bo przeważnie czuć w tym PR-ową sztuczność. Jeśli reality show, kombajn do robienia ludziom najgorszych wizytówek, nie potrafi zdyskredytować Julii, to znaczy, że może nie ma już czego obśmiewać.
Czy Julia Majchrzak wraz z Lorenzo Alessim wygra brytyjskie “Love Island”, dowiemy się 27 lipca.
Czytaj także:
- Rozstanie jako format: jak byli uczestnicy "Love is Blind" monetyzują koniec związku
- Polska kuchnia nie musi udawać włoskiej. Wystarczy, że zaczniemy uważać, że burak brzmi dumnie
- Ich troje: Mandaryna, Wiśniewski i ty. Nasza reakcja na zejście się pary wiele o nas mówi



























