Zaczęło się od Włoch. Pamiętam, gdy wysyłałyśmy sobie z koleżankami filmiki pt.: „jeżdżę do Włoch dla zabytków”, w których zabytkami okazywały się… przeróżne frykasy, które możemy znaleźć w słonecznej Italii – od pizzy o pięknych kolorach, przez ociekające sosem spaghetti, aż po chrupiące arancini czy kremowe gelato. Później ten trend rozlał się na inne zakątki świata, bo okazuje się, że turystyka kulinarna (ang. food tourism) może dotyczyć każdego regionu – nie tylko tak bogatego w przepyszne składniki jak Włochy czy Hiszpania. Dziś, planując podróż np. do Tajlandii, bardziej niż to, w jakim mieście będziemy, interesuje nas to, co dobrego będzie można tam zjeść. Czy mi to przeszkadza? Absolutnie! A nawet powiem więcej – ta forma turystyki jest moją ulubioną. Dlaczego stała się tak popularna? 

WIDEO…

player placeholder

Od restauracji z gwiazdką do małego producenta

Dawniej najwięksi zapaleńcy jeździli głównie po restauracjach gwiazdkowych, żeby w danym miejscu spróbować najlepszych potraw. Robili to przede wszystkim kucharze lub prawdziwi pasjonaci, którzy chcieli zasmakować danej kultury. Dziś, w dobie mediów społecznościowych, gdy mamy do czynienia z viralowym jedzeniem, jedno danie lub jeden produkt potrafią zyskać sławę na miarę Wieży Eiffla – i przyciągnąć turystów bardziej niż popularne zabytki. 

Również sam przewodnik Michelin wyszedł poza prestiżowe restauracje i stał się kulinarną mapą dla każdego. Dziś gwiazdkę posiada m.in. słynny tajski lokal Jay Fai serwujący jedzenie uliczne w Bangkoku. Podobne wyróżnione miejsca znajdują się w Singapurze. W przewodniku Michelin widnieją także japońskie ramenownie. A to sprawia, że przeciętny turysta może pozwolić sobie na wybitne jedzenie podczas swojej podróży – za niewielkie pieniądze. 

Zobacz także:
Jay Fai
Fot. Getty Images, UCG, Contributor / Jay Fai - street food z gwiazdką Michelin

Podróż śladem ulubionego dania lub… składnika

Opowiem wam moją ostatnią historię podróżniczą. W październiku wybrałam się do Berlina zmotywowana… zjedzeniem mojego ukochanego kebaba w stylu gemüse. Zabrałam męża, przyjaciela i psiaka na jesienne spacery urokliwymi berlińskimi uliczkami, ale powodem był on – kebabowy król nad królami. 

Gdy najdzie mnie ochota na pizzę, rezerwuję bilety do Włoch. I przynajmniej raz w roku, w okresie przedświątecznym, melduję się w Tatrach w mojej ukochanej góralskiej restauracji, gdzie podają najpyszniejszą na świecie kwaśnicę. 

Mam też małą słabość do legendarnego miejsca, gdzie serwują pizzę neapolitańską. Pierwszy raz spróbowałam jej, biorąc ją na wynos i wcinając na krawężniku w Neapolu tuż po wizycie w pobliskich Pompejach. Potem byłam w filii tej restauracji w Bari, a niedawno… we Wrocławiu. Wszędzie smakuje dobrze, choć najlepiej oczywiście w słonecznej stolicy Kampanii.

Każdy mój plan podróży ma tyle samo miejsc, w których chcę spróbować jakichś pyszności, co zabytków wartych odwiedzenia. Wiem, że są też tacy foodies, którzy jadą do Bolonii, żeby zjeść klasyczne spaghetti Bolognese. Znam ludzi, którzy polecieli do Hiszpanii, bo kochają papryczki Padrón i chcieli spróbować je w oryginalnej wersji. I są też prawdziwi zwariowani foodies, którzy lecą do najdalszych zakątków świata, żeby spróbować swoich ukochanych dań w oryginalne – np. pizzy w stylu Detroit w Chicago czy oryginalnego ramenu w Japonii. 

Oktoberfest czy święto trufli?

Szczególnie obiecująca pod względem kulinarnym jest jesień. To właśnie o tej porze roku na świecie jest wiele festiwali, które przyciągają turystów z całego świata. Najpopularniejszy jest oczywiście Oktoberfest, czyli październikowe święto piwa w Bawarii. Ta część Niemiec zamienia się wówczas w jedną wielką fetę. Mieszkańcy i turyści przebierają się w tradycyjne bawarskie stroje, piją lokalne piwa i zagryzają je golonką lub kiełbaskami, czyli przekąskami charakterystycznymi dla tego regionu. 

Swoje festiwale mają także Włosi, a szczególnie obfity pod tym względem jest region Emilia-Romania, który słynie z najpyszniejszych produktów. Właśnie stąd pochodzą m.in. Prosciutto di Parma DOP, czyli obłędna szynka dojrzewająca, Parmigiano Reggiano DOP - ser o intensywnym smaku, który może być samoistną przekąską lub świetnym dodatkiem do makaronów i sałatek oraz Aceto Balsamico Tradizionale DOP - tradycyjny ocet balsamiczny z Modeny. A jesienią w okolicach Bolonii bohaterami są trufle i kasztany.

Od października do pierwszej połowy listopada miejscowości na bolońskich wzgórzach i w Apeninie Bolońskim łączy Tartufesta – cykl wydarzeń poświęconych cenionej białej trufli z Colli Bolognesi. W samym 2026 roku w tym okresie i na tych terenach odbywają się fiesty m.in. w Lizzano in Belvedere, Monzuno, Pianoro, San Benedetto Val di Sambro, Sasso Marconi, Monghidoro i Grizzana Morandi. Na odwiedzających czekają targi, sezonowe menu i wydarzenia skupione wokół tego wyjątkowego produktu.

Z kolei jeśli chodzi o kasztany, w Castel del Rio, górskiej miejscowości w prowincji Bolonia otoczonej lasami i starymi kasztanowcami, w październikowe niedziele i w pierwszą niedzielę listopada odbywa się święto Marrone di Castel del Rio IGP. Na straganach i w miejscowych restauracjach pojawiają się wówczas dania z kasztanami, w tym tradycyjne ciasto castagnaccio. 

Festiwale kulinarne w Niemczech i we Włoszech
Fot. Getty Images, Los Angeles Times, Contributor/materiały prasowe, 24/7 Communication

Polska to skarbnica kulinarnej turystyki

Currywurst to jedno, neapolitańska pizza drugie, trufle trzecie, ale muszę wam powiedzieć, że Polska też nie ma się czego powstydzić i jest idealnym krajem do uprawiania kulinarnej turystyki. Niemal każdy region jest bogaty w tradycyjne dania i produkty chętnie próbowane zarówno przez rodzimych turystów, jak również zwiedzających z innych części świata.

Oscypek i kwaśnica na Podhalu czy cebularz z Lubelszczyzny to zaledwie początek. Słyszeliście o tradycyjnej kaszubskiej pulce ze śledziem? Próbowaliście kiedyś podlaskich kartaczy? Nie zapomnijmy o kluskach śląskich z modrą kapustą, z których dumni są Ślązacy. Cudze chwalimy, swego nie znamy, a nawet jeśli znamy… nie doceniamy. 

Warto tu podkreślić, że my także możemy podróżować za sezonowymi produktami. Wiedzieliście, że gdy na południu kraju kończy się sezon na truskawki, na północy dopiero jest w pełni? Całe dzieciństwo jeździłam z rodzicami na wakacje z Lublina na Kaszuby. Na Lubelszczyźnie najlepsze truskawki były na przełomie maja i czerwca. Na Kaszubach sezon na najdojrzalsze owoce trwał w lipcu. W ten oto sposób mogłam sobie przedłużyć ten smak o kolejny miesiąc.

Podobnie jest z serami, bo o ile oscypek w Zakopanem jest dostępny cały rok, o tyle najświeższe góralskie serki kupimy w Tatrach w okresie od maja do września. A jesienią właściciele sadów zapraszają nas po najlepsze soczyste jabłka, gruszki i śliwki. 

Turystyka kulinarna wchodzi na wyższy poziom 

Prawdziwi foodies nie kończą jednak na pałaszowaniu rarytasów. Dla nich podróż to doskonała okazja, aby udać się np. na kurs kulinarny czy zagaić lokalsa o tajny przepis na najlepszą pastę w jego życiu. Coraz częściej to właśnie nauka gotowania staje się głównym celem podróży. Bo nigdzie nie uzyskamy takiej wiedzy, jak w samym centrum zainteresowania. 

Kto miałby nas nauczyć przygotowywania najlepszej pizzy, jeżeli nie prawdziwy Włoch w Neapolu? Kto pokaże nam, jak przygotować domową piadę, jeżeli nie prawdziwa donna Romagnola, czyli kobieta z Romanii? A najlepsze tarty i desery nauczymy się robić w urokliwej paryskiej cukierni. 

I tu ewidentnie dochodzimy do sedna oraz celu całej turystyki kulinarnej. Poznanie danej kultury „od kuchni” – dosłownie i w przenośni. Rozmowy z lokalsami, doświadczanie historii i tradycji danej społeczności, a także testowanie na własnej skórze lokalnych produktów to doświadczenia, których nie przeżyjemy nigdzie indziej, a które pomogą nam lepiej zrozumieć miejsce, w którym się znajdujemy i zapewnią nam piękne wspomnienia. 


Czytaj także: