Do zmieszania z błotem pizzy Książula wielu osobom wystarczyła lista składników i fakt, że jest z Żabki. Oficjalną premierę zapowiedziano na 7 października, a w internecie zaczęła się dyskusja o tym, czy twórca, który żyje z oceniania restauracji, tworząc coś na kształt prywatnych gwiazdek Michelin (mualah), tyle że głównie od fast foodów, się sprzedał.
WIDEO…
"MUALA na grubo" ma dwa warianty, grube ciasto, dużo sera, i kosztuje 24,99 zł. To właśnie cena stanowi tu pierwszy zgrzyt - nie tylko dlatego, że jak na mrożony produkt to dużo (pizza Żabki kosztuje 16 zł, a Dr.Oetkera - około 8 zł), ale i ze względu na fakt, że Książulo nie raz i nie dwa krytykował knajpy za zbyt wysokie ceny dań
W poprzedzającym premierę, blisko półtoragodzinnym filmiku na YouTubie, Książulo przekonuje, że pracował nad produktem ponad rok, szukając podobno najlepszych rozwiązań i testując kolejne wersje pizz. Dlaczego zdecydował się akurat na współpracę z Żabką? Tłumaczy to z pozycji miłościwego króla - chciał dać fanom "coś od siebie". Marzył o pizzerii albo burgerowni, myślał o kebabie. Restauracji nie otworzył, by fani nie stali w kolejkach, jak do polecanych przez niego knajp. Żabka spadła mu jak z nieba, bo to dzięki niej może dotrzeć do swoich ukochanych fanów w całej Polsce - w ponad 13 tys. Żabek.
Słowem: chłop znalazł sposób, by wreszcie spieniężyć popularność na pełnej. Pizza nie musi być smaczna, wystarczy, że wzbudzi zainteresowanie na tyle silne, by spróbować tego, o czym mówią wszyscy.
Szybki rachunek domysłów, choć to podobno brzydko zaglądać komuś do kieszeni - obecnie Szymona Nyczke, bo tak naprawdę nazywa się Książulo, ma na Instagramie 1,3 mln obserwatorów. Na YouTubie jego poczynania śledzi niemal 2,5 mln osób. Jeśli każdy z nich kupiłby choć raz pizzę, a Książulo umówiłby się z Żabką na 15 proc. (choć pewnie wynegocjował dla siebie wyższy procent), do jego kieszeni trafiłoby niemal 10 milionów zysku.
Nie dałam rady obejrzeć do końca wideo wyjaśniającego, że Książulo nie sprzedał się Żabce. Poszłam za to do tej ostatniej, spróbować produktów, które testuje dziś pół internetu. Szczerze? Nie ma nawet z czego tu pisać recenzji. Głos mogę oddać
Katarzynie Bosackiej, która dorzuciła do kotła komentariatu swoje trzy grosze: "Tłusta, słona, mrożona, mocno przetworzona".
Nie ma nawet, co pytać, czy pizza jest warta swojej ceny. To po prostu tłusta buła (w całości każda z nich ma ponad 1600 kcal) zalana serem (pomijając już, że w pizzy serowej czuć głównie sos serowy).
Książulo nie jest pierwszą osobą, której udało się wywołać awanturę, usiłując sprzedać innym coś do jedzenia. W tym samym czasie podobnie niewspółmierne do wagi sprawy emocje wzbudziła bułka z cebulą, którą można kupić w Galerii Wypieków Lubaszka (działającej wyłącznie na terenie Mazowsza). Bo czy w Warszawie i okolicach można sprzedawać "cebulaka warszawskiego", zerżniętego z jedynego słusznego cebularza z Lublina?
Do tego wracające jak bumerang awantury o ananasa na pizzy i najlepszy majonez, które stały się przez lata memem. Skąd tak niska temperatura wrzenia?
Być może chodzi tu o to, że jedzenie jest jedną z ostatnich dziedzin, w których prawie każdy czuje się kompetentny. Jemy od urodzenia, przeważnie kilka razy dziennie, mamy więc w temacie pewne doświadczenie. Nie musimy umieć upiec chleba, żeby wiedzieć, czy nam smakuje. Tyle że gdzieś całkiem prywatne kubki smakowe stają się arbitrem smaku, a fakt, że coś nam nie smakuje zamienia się w "jak można jeść takie świństwo".
W innych dziedzinach łatwiej nam dopuścić myśl, że czegoś nie rozumiemy, albo że ktoś inny może mieć inny gust. Film mógł nam się nie spodobać, choć podobno wybitny. Książka polecona przez przyjaciółkę nudzi nas bez emocjonalnych fajerwerków. Przy obiedzie mamy dowód we własnych ustach. W przypadku jedzenia zachowujemy się jak gdyby cudzy "paskudny" obiad głaskał nas po ego - jesteśmy bardziej świadomi, mniej podatni na reklamę, bardziej obyci albo rozsądniejsi.
Do tego kłótnia o jedzenie ma wyjątkowo niski próg wejścia - by zabrać głos w dyskusji o nagrodzonej powieści, trzeba ją chociaż otworzyć. W sprawie pizzy wystarczy już nawet nie spróbowanie jej (nie polecam), ale informacja, że jest mrożona i kosztuje 25 złotych.
Przy tym punkty odniesienia są nierówne: pobliska pizzeria, promocja w dyskoncie, a czasem rok spędzony we Włoszech.
U Książula dochodzi do tego poczucie, że jest naszym starym kumplem. Widzowie przyzwyczaili się do kogoś, kto w ich imieniu sprawdza, czy warto wydać pieniądze. Taki człowiek trzyma "naszą" stronę.
Nie trzeba zakładać, że pizza jest niedobra, żeby zrozumieć ten zgrzyt. Gdy tracimy do kogoś zaufanie, trudno poprzestać na stwierdzeniu, że jego nowy pomysł nas nie przekonuje.
Spór o "cebulaka warszawskiego" z Lubaszki odsłania inny czuły punkt naszych relacji z jedzeniem. Komentujący domagają się uszanowania pochodzenia cebularza, inni wyśmiewają samą nazwę, mającą rzekomo godzić w mieszkańców Warszawy. Nagle okazuje się, że bułka z makiem ma moc podnoszenia ciśnienia.
W tym przypadku oburzenie dotyczy uznania: my mamy swoją tradycję, a teraz nasz sztandarowy wypiek ma występować pod waszym adresem.
Jedzenie jest w pewien sposób częścią tożsamości - tej rodzinnej, regionalnej, a nawet narodowej. Sałatka jarzynowa ma smak domu, więc gdy ktoś dodaje do niej coś, czego u nas nie było, możemy uznać to za abominację.
Winiary czy Kielecki to w internecie pytanie, na które odpowiada się z zapałem, nawet jeśli nikt akurat nie szykuje Wielkanocy. Spór dawno stał się memem, podobnie jak walka o ananasa na pizzy. Gdybyśmy pewnego dnia zgodnie uznali, że każdy może sobie wybrać majonez, temat straciłby urok.
Instytut Monitorowania Mediów naliczył w marcu tego roku ponad 6,5 tysiąca postów i komentarzy dotyczących wielkanocnych sporów kulinarnych. Około 70 proc. dotyczyło majonezu. W tej samej analizie opisano, jak sieci handlowe podsycają podobne dyskusje pytaniami o skład sałatki czy rodzaj żurku.
Kłótnia o jedzenie bywa też po prostu jakąś formą wspólnotowości, w której nie chcemy wcale przekonać kogoś do zmiany preferencji. Satysfakcję może dać fakt, że ktoś po drugiej stronie ekranu też uważa połączenie szynki z owocem za skandal.
W awanturach pociąga nas również możliwość posiadania mocnego zdania w sprawie, którą znamy na wylot. Nikt nie zagnie nas na argumenty. Życie nie dostarcza wielu takich dyskusji. Po takiej wojnie nikt nie musi nawet przepraszać, bo i nikt nie czuje się szczególnie urażony.
Tyle że nie każdą awanturę o jedzenie da się sprowadzić do naszego zamiłowania do kłótni. Książulo przez lata budował popularność na sprawdzaniu, czy inni karmią nas przyzwoicie i nie każą sobie za to płacić za dużo. Trudno o lepszy sposób na wychowanie publiczności, która w końcu zajrzy także do jego pudełka. I trudno znaleźć powód, dla którego miałaby wtedy obniżyć wymagania.
Zwłaszcza że zwykły biznes opakowano tu w opowieść o dawaniu fanom czegoś od siebie. Książulo sprzedaje przecież produkt, za który każe sobie zapłacić, a długa historia o marzeniach i roku pracy nad recepturą nie poprawia jego smaku. Zaufanie zdobyte przy okazji oceniania cudzych dań też nie sprawia, że mrożonka staje się lepsza. Może za to sprawić, że ludzie przepłacą co najmniej dwa razy za produkt byle jakiej jakości.
Może i w internecie nic nie ginie, ale zasięgi rozhulane do takiego poziomu, mają to do siebie, że nie zatrzyma ich i wizerunkowy strzał w kolano.
Czytaj także: