Jestem ogromną fanką Neapolu. Miasto, które dla wielu jest miejscem na liście „nigdy w życiu tam nie pojadę”. Bo Camorra, bo można trafić w środek niepożądanych zdarzeń, bo Wezuwiusz, który wciąż jest aktywny, bo ruch uliczny przypominający dantejskie sceny. A ja właśnie dlatego tym bardziej tam wracam, żeby poznać więcej, poczuć mocniej, przeżyć coś ekscytującego, czego nie doświadczę w żadnym innym mieście. To właśnie w Neapolu poczułam prawdziwy temperament Włochów, którego brakowało mi w innych miastach słonecznej Italii – od Rzymu, przez Mediolan, aż po Wenecję. I wciąż zastanawiam się, co tak magicznego przyciąga mnie do tego miejsca – bo na pewno nie strach, który zdecydowanie można tam poczuć, gdy wejdzie się w ciemną uliczkę oświetloną jedynie punktowym światłem jarzeniówki.
WIDEO…
Ale gdy ktoś zapyta mnie, dlaczego oddałam swoje serce stolicy Kampanii, odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Czy chodzi o adrenalinę? Nie sądzę. Raczej o chęć obcowania z prawdą. Postanowiłam zbadać temat i zapytać o doświadczenie kobiet, które też wybierają na swoje podróże miejsca z listy o łatce „turystyka strachu”. Czy to Czarnobyl znany z katastrofy jądrowej, czy Irak lub Liban kojarzone z działaniami wojennymi, czy wreszcie owiane złą sławą brazylijskie fawele. Bo to nie miejsce jest problemem, tylko nasze podejście.
W turystyce strachu nie chodzi o adrenalinę
- Lubię podróżować i poznawać historię, kulturę, zwyczaje danej społeczności. Nie kieruje mną adrenalina i chęć doświadczania mocnych wrażeń, raczej ciekawość i chęć sprawdzenia, co rzeczywiście dzieje się w danym miejscu. W ten sposób pojechałam do Libanu, do Iraku – mówi Monika, dla której to ciekawość świata jest głównym czynnikiem determinującym to, jaki kierunek podróży wybiera. - Lubię czytać książki podróżnicze i później zderzać moje odczucia z odczuciami autorów. Wszędzie, gdzie lecimy, staramy się, choć na chwilę, wejść do lokalnej społeczności (śpimy i jemy z nimi). Rzadko korzystamy z infrastruktury hotelowej.
Monika była w wielu miejscach na świecie, które przez media przedstawiane są jako niebezpieczne i… do których większość z nas zapewne nie zdecydowałaby się polecieć. Irak, Liban, Nepal, Himalaje, Maroko. Za każdym razem, gdy obserwuję jej relacje z podróży, zapierają mi dech w piersiach i czuję, że sama chciałabym coś takiego przeżyć. Jest we mnie jednak pewna obawa, która sprawia, że do niektórych z tych miejsc bym się nie wybrała. I teraz wiem, jak wiele tracę.
- Przede wszystkim nie należy zakładać, że spotka nas coś złego. To nie znaczy, że nie mamy być ostrożni i czujni. Zawsze ufam swojej intuicji i jeśli czuję jakikolwiek niepokój czy dyskomfort, to raczej unikam takiego miejsca, sytuacji – tłumaczy Monika. - Ale zdarzyło mi się po północy chodzić po kairskim bazarze w poszukiwaniu lampy, czy wracać nocą piechotą w Bagdadzie przez slumsy. Lokalni mieszkańcy traktowali nas bardzo życzliwie, ale nie polecam, aby to powtarzać. My akurat w tamtym momencie czuliśmy się tam bardzo bezpiecznie.
Z podobnego założenia wychodzi Kasia, która odwiedziła brazylijskie fawele, czyli dzielnice zamieszkałe przez biedną społeczność. Na co dzień zajmuje się branżą turystyczną i wraz z koleżanką prowadzi profil na Instagramie @buyandfly_pl. Doskonale zatem wie, jak przygotować się do tej bardziej „ekstremalnej” podróży i czego nie robić, gdy już się jest na miejscu.
- Przed wyjazdem, jak większość osób, kojarzyłam fawele głównie z przestępczością i niebezpieczeństwem. Oczywiście wiedziałam, że bieda i trudne warunki życia są tam codziennością, ale spodziewałam się znacznie większego poczucia zagrożenia – tłumaczy. - Rzeczywistość okazała się bardziej złożona. Zobaczyłam miejsce pełne kontrastów. Była bieda, chaotyczna zabudowa i skromne warunki życia, ale jednocześnie normalne życie mieszkańców - dzieci bawiące się na ulicach, lokalne sklepiki, sąsiedzi rozmawiający ze sobą. To doświadczenie pokazało mi, że nie da się wszystkich faweli wrzucić do jednego worka.
„Po co tam polazła?”
Wspomnienia dziewczyn wyraźnie pokazują nam jedną rzecz – w odwiedzaniu takich miejsc zupełnie nie chodzi o poczucie adrenaliny, tylko doświadczenie czegoś, czego przeciętny turysta nie przeżyje. Jedni nazwą to być może głupotą, ale dla innych będzie to godne podziwu. Bo każda z osób, które uwielbiają podróże, wie, jaką wartością jest poznanie całej kultury i danej społeczności. A w wielu przypadkach – np. w Brazylii, Neapolu czy Maroku – nie można poczuć w stu procentach klimatu miejsca, nie zaglądając do faweli czy na miejscowy souk [red. tradycyjny arabski targ].
- Rozmowy z naszym przewodnikiem uświadomiły mi, że często patrzymy na fawele wyłącznie przez pryzmat sensacyjnych doniesień medialnych – tłumaczy Kasia z Buy&Fly. - On sam podkreślał, że rzeczywiście istnieją miejsca bardzo niebezpieczne, do których nie powinni wchodzić turyści, ale jednocześnie zwracał uwagę, że nie można wszystkich faweli oceniać jednakowo. To nauczyło mnie, żeby nie generalizować i zawsze starać się poznawać szerszy kontekst.
Wielu ludzi łapie się za głowę, jednocześnie mówiąc, że takie podróże to proszenie się o problemy. Trzeba jednak przyznać, że do odważnych świat należy, a podstawą tego typu wycieczek jest odpowiedzialność. Jeżeli podejdziemy do wszystkiego z głową, nawet strefa skażenia, jaką jest Czarnobyl, nie będzie nam straszna.
Odpowiedzialność – słowo-klucz do ekscytującego doświadczenia
Paulina była w Czarnobylu w 2019 roku - jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie. Skąd pomysł na podróż w tamtym kierunku? Wszystko zaczęło się od wielkiego hitu HBO, który z zapartym tchem śledził cały świat – serialu „Czarnobyl”.
- Obejrzeliśmy serial „Czarnobyl”, no i zamarzyliśmy o zobaczeniu tego miejsca. W międzyczasie, też już po obejrzeniu serialu, zauważyłam na Instastory, że moja koleżanka była w Kijowie i na wycieczce w Czarnobylu. Napisałam do niej, zapytałam, jak ona to organizowała. Okazało się, że są w Polsce biura podróży, które zabierają takie niewielkie grupy autokarowo do Ukrainy - właśnie do Kijowa, a następnego dnia do Czarnobyla. I tak się załapaliśmy. Do tego wszystkiego mój mąż jest niezłym nerdem, więc tematyka energetyki jądrowej też w miarę nam towarzyszyła – tłumaczy Paulina.
Jak sama przyznaje, nie czuła adrenaliny, ale bywały momenty, kiedy miała gęsią skórkę. Zostali wyposażeni w urządzenia zwane dozymetrami, które pokazują poziom napromieniowania w danym miejscu. Gdy sprzęt zaczynał pikać i wskazywać coraz wyższą wartość, serca turystów także zaczynały bić nieco szybciej.
- Są oczywiście miejsca, jak np. ten chwytak, który zrzucał grafit od rdzenia z reaktora jądrowego, to wtedy ten dozymetr zaczyna tak mocno pikać i to rośnie, te wartości rosną, to czujesz taki dreszczyk na zasadzie: „ej, tutaj nie powinno się przebywać zbyt długo”.
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii, jaką jest odpowiedzialność. Są miejsca, do których udanie się na własną rękę jest po prostu nieodpowiedzialne. W przypadku Czarnobyla kluczowe było to, po jakich strefach można się bezpiecznie poruszać i w których miejscach nie przebywać zbyt długo. A takie informacje mógł zapewnić wyłącznie wyszkolony przewodnik.
- Może jak ktoś tam uprawia bardziej urbex [red. urban exploration, czyli chodzenie i badanie opuszczonych budynków], chodzi po tych niezabezpieczonych budynkach, to być może odczuwa coś takiego. Ale jak my mieliśmy wycieczkę zorganizowaną i słuchaliśmy przewodnika, to chodziliśmy po w miarę bezpiecznych miejscach.
Nie rób tego we własnym domu
Podobne wnioski ma Kasia, która zwiedziła fawele. Jej zdaniem miała ogromne szczęście, że mogła zrobić to z lokalnym przewodnikiem. Na własną rękę raczej by się nie zdecydowała.
- Była jedna sytuacja, która zapadła mi w pamięć. Spotkaliśmy znajomego naszego przewodnika, który trzymał na ramieniu małą kapucynkę. Moja koleżanka odruchowo chciała zrobić zdjęcie małpce. Okazało się jednak, że mężczyzna nie życzy sobie żadnych zdjęć i bardzo stanowczo poprosił o ich usunięcie. Z relacji naszego przewodnika wynikało, że zajmował się handlem narkotykami. Ta sytuacja uświadomiła nam, jak ważne jest przestrzeganie zasad i szanowanie prywatności mieszkańców – opowiada Kasia. - Patrząc z perspektywy czasu, rzeczywiście nie powinnyśmy robić zdjęć bez zapytania o zgodę. Poza tym incydentem przez cały czas czułam się bezpiecznie, ale podkreślam, że wynikało to z faktu, że poruszałyśmy się z lokalnym mieszkańcem, który doskonale znał okolicę. Nie polecałabym odwiedzania faweli na własną rękę.
A Monika od siebie dodaje, że kluczowe jest też zachowanie zdrowego rozsądku. Bo w dużej mierze mówi się o niebezpiecznych społecznościach, miejscach, w których ktoś może wyrządzić nam krzywdę, ale ona sama najtrudniejszych chwil doświadczyła w zderzeniu z naturą.
- Najgorsze przygody mieliśmy w naturze. Gdy wchodziliśmy w Maroku na najwyższy szczyt Afryki Północnej – Jabal Toubkal. Gdy schodziliśmy z góry, złapała nas burza. Była straszna ulewa. Mały strumyk stał się rwącą rzeką, kamienie spadały z góry… Myśleliśmy, że już po nas, ale na szczęście wyszli po nas ludzie ze schroniska i pomogli nam bezpiecznie wrócić. Podobnie było w Himalajach, gdy podczas 14-dniowego trekkingu zobaczyliśmy, że zbocze góry się osuwa, a my chwilę wcześniej tamtędy przechodziliśmy… Natura jest najwspanialsza i najbardziej nieobliczalna – podsumowuje Monika.
Ciekawość to pierwszy stopień do… niezapomnianych przeżyć
Często, gdy słyszymy o czymś takim jak „turystyka strachu”, do głowy przychodzą nam same negatywne rzeczy. Zaczynamy się zastanawiać, po co ludzie sobie to robią, dlaczego chcą karmić się tą adrenaliną. Wystarczy jednak zajrzeć „do środka”, porozmawiać z tymi, którzy doświadczyli podróży do tych „niebezpiecznych” miejsc, aby uświadomić sobie, że to nie „turystyka strachu”, a moment, w którym możemy poznać w pełni kulturę kraju, do którego się udajemy.
Nie ma lepszego sposobu na eksplorowanie doświadczeń związanych z danym miejscem, niż rozmowa z tubylcami, którzy żyją tam na co dzień. Monika i jej nocne wyprawy na bazar to opowieść jak wyjęta z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Nie sposób zweryfikować tego, co słyszymy w mediach, dopóki nie zobaczymy biedy na własne oczy, jak w przypadku Kasi i jej wyprawy do faweli. Bez takich doświadczeń nie jesteśmy też w stanie obcować w stu procentach z prawdziwą historią i nauką, o czym przekonała się na własnej skórze Paulina, odwiedzając Czarnobyl.
Coraz częściej to właśnie książki i filmy stają się dla nas motywacją do wyprawy w nietypowe, niekiedy wręcz zapomniane miejsca. Dzięki temu dajemy im drugie życie i możemy pokazać je w prawdziwym świetle. Czy fawele bywają niebezpieczne? Tak, Kasia też to przyznaje. Czy lepiej trzymać się od nich z daleka? Jeśli czujesz taką potrzebę, jak najbardziej. Jeżeli jednak chcesz doświadczyć ich niesamowitego klimatu na własne oczy, nie ma sensu się bać, tylko warto odpowiedzialnie podejść do tematu. Od tego są różne zorganizowane wycieczki z przewodnikami, którzy wiedzą, jak zapewnić nam bezpieczeństwo w takich miejscach. A przeżyć z takiej wyprawy nie zapomnisz do końca życia.
Czytaj także:
- Zamiast dzieci wybieram wakacje. Pokolenie bezdzietnych turystów to dziś ratunek dla branży turystycznej
- Niebieskie strefy to kolebka longevity. Co sprawia, że właśnie tu ludzie żyją najdłużej?
- Odpoczynek, aktywne wakacje czy testowanie lokalnych smaków? Emilia-Romania zapewni ci włoskie dolce vita



























