Facet pokona niedźwiedzia, ale kobieta nie? 

Katarzyna Racławska: Czy pamiętasz moment, w którym samotna podróż przestała być wyzwaniem, a stała się czymś, bez czego nie da się funkcjonować? 

Waleria Gorobets: Tak, jak najpierw wyjechałam do Paryża i to nie był wcale taki łatwy wyjazd. Byłam w mieście, w którym jest bardzo dużo bodźców i wszystkie aktywności, którymi możesz się zająć, są krótkie – idziesz do muzeum na godzinę, idziesz do kawiarni na godzinę, oglądasz kamienice 5 godzin i cały czas jesteś wśród ludzi, którzy są razem, rozmawiają, jedzą wspólnie lunche, a ty jesteś sama. I to jest trudne. 

WIDEO…

player placeholder

Cały czas słuchałam audiobooka, potrzebowałam bodźców w mojej głowie, żeby móc się czymś zająć. Więc to było z jednej strony fajne, bo mogłam podjąć każdą decyzję sama: gdzie jem, ile jem, gdzie śpię, czy mam ochotę dalej zwiedzać, a może nie chcę już oglądać piątego muzeum, tylko mam ochotę siedzieć na ławce i zjeść cztery różne ciastka. Miałam czas, żeby spotkać się ze sobą i wtedy to było spotkanie z tym lękiem, dyskomfortem, że trochę inaczej to sobie wyobrażałam, że bardzo romantyzowałam to bycie samemu, a wcale nie umiem aż tak bardzo być sama ze sobą. 

I to mi dało informację na temat tego, gdzie jestem, a gdzie bym chciała być i jakie kroki muszę podjąć, żeby się tam znaleźć. Potrzebowałam dużo czasu, żeby wyjechać drugi raz sama – ponad rok. Wtedy już wybrałam Teneryfę. Raz, że miałam dużo czasu na pracę nad sobą – czego się boję, co zrobić, żeby czuć się komfortowo ze sobą. I wyjazd na Teneryfę był zupełnie inny, bo już nie jesteś w masie ludzi i w architekturze, a w naturze. I w naturze możesz chodzić, surfować, rozkoszować się nią, czuć to słońce – zupełnie inaczej ta przestrzeń na ciebie oddziałuje. Czułam się znacznie spokojniej, zrozumiałam, o co mi chodziło. Poszłam na trekking i byłam zachwycona tym, że wchodzę coraz wyżej, że ta roślinność się zmienia, że tu jest mgła, nagle wychodzi słońce i jest ta przestrzeń. I w ogóle się ze sobą nie nudziłam i zdałam sobie sprawę, że miejsce, w którym jesteśmy, ma ogromne znaczenie. 

Zobacz także:

Później wyjechałam już sama pierwszy raz poza Europę. Pierwszy raz na tak długo i na dziko, bo pojechałam do Kostaryki. I wtedy już zakochałam się w byciu solo. Z jednej strony to jest ciężar decyzji, bo nie masz się z kim skonsultować. Natomiast dawałam radę, tak fantastycznie bawiłam się sama ze sobą. Jesteś w dużym skupieniu, jak jesteś sama. Czujesz siebie i ja osobiście świetnie się bawiłam. Poznałam też masę wspaniałych ludzi z całego świata, słuchałam ich historii – bycie solo nie oznacza bycia samotnym. To poszerzyło mój horyzont.

KR: Chciałabym zajrzeć do Twojej głowy sprzed wyjazdu do Paryża. Jaki proces myślowy Ci towarzyszył od zakiełkowania w głowie pomysłu na wyjazd solo, aż do podróży? Jaki bodziec za tym stał? 

WG: Istotne jest to, że ja byłam osobą szalenie lękową. Miałam ogromny lęk przed samotnością. To wynikało z historii z przeszłości. Musiałam być w relacji, musiałam być z partnerem, moje związki szły na zakładkę – to była solidna część mnie. Zaczęłam rozpracowywać, co za tym stoi i kim ja jestem bez tego lęku i bez potrzeby tego, żeby ktoś mnie ratował. Wydaje mi się, że samotna podróż była dla mnie oczywistym elementem. Podróże zawsze mnie kręciły, oglądałam jako dziecko Wojciechowską z wypiekami na twarzy, filmy o surferach… 

Chciałam zobaczyć, jak będzie mi samej, czy jestem w stanie być sama przez jakiś czas, nie musieć iść z innymi na kompromisy. To nie jest tak, że ja tego nie chcę. Ja żyję w społeczeństwie, jestem w związku, w różnych społecznościach i bardzo to cenię. Co nie zmienia faktu, że chciałam zobaczyć, jak to jest przez chwilę nie mieć tego. Ten Paryż wydawał się idealny, bo on jest takim romantycznym miejscem, a ja chciałam przeżyć tę randkę sama ze sobą. 

Moment, kiedy byłam w Kostaryce i była inna strefa czasowa, to był ważny sprawdzian. Bo przekonałam się, czy ja faktycznie umiem być sama ze sobą, czy do tej pory tylko zagłuszałam ten czas czymś innym. Wieczory były trochę samotne, ale okazało się, że świetnie sobie poradziłam – np. czytając książki, oglądając coś, poznając innych ludzi. Ważne jest dla mnie, żeby nie scrollować w tym czasie. 

Przeszłam tę drogę od strachu do tej prawdziwej umiejętności. Dużo dziewczyn chce, ale boi się, że nie poradzą sobie same ze sobą. Ja też sobie na początku nie radziłam. Jeżeli jesteśmy cały czas wśród ludzi, to nagle, kiedy ich nie ma, nie wiemy, co mamy robić. Musimy znaleźć sposoby na to, żeby się z tym oswoić. 

KR: Czego samotna podróż nauczyła cię o byciu kobietą, czego nie nauczyłabyś się, będąc tutaj w domu? 

WG: Najcenniejszą dla mnie lekcją jest to, że mogę być zaradna, odpowiedzialna, że umiem sobie poradzić ze wszystkim. Nie ma dla mnie przeszkód przez wzgląd na moją płeć. To się zmienia, ale jak ja byłam wychowywana w latach 90. i później, istniało przeświadczenie, że jednak kobiety są słabsze, że potrzebują kogoś, kto im pomoże, kto je obroni, pokieruje za rączkę. Z takim przeświadczeniem trudno jest pójść i zrobić coś samemu. 

Często rozmawiam z kobietami, które mówią, że z przyjaciółkami wybierają się na biwak i ich faceci mówią: „ale jak wy rozłożycie namiot?”. Prawda jest taka, że chłopcy byli bardziej zachęcani do aktywności survivalowych, ale to nie jest tak, że oni mają we krwi skręcanie mebli czy rozkładanie namiotu. Oni od małego byli do tego zachęcani. My byłyśmy zachęcane do zabawy w matkę, w dom, kuchnię. Odczarowuję teraz taki obraz samej siebie i innych kobiet. 

Jedynym realnym zagrożeniem są inni mężczyźni. W obliczu każdego innego zagrożenia płeć nie ma znaczenia. Urwiska nie interesuje płeć – jak spadniesz, to spadniesz. Mówienie mi, że ja jako kobieta jestem bardziej narażona na atak niedźwiedzia… Sorry, chcesz mi powiedzieć, że facet pokona niedźwiedzia? Nie, oboje musimy się tak samo przygotować na to, żeby ten niedźwiedź nie zaatakował. 

Irytuje mnie postrzeganie nas jako płci słabszej. To, że możemy wyhodować mniejsze mięśnie, wcale o tym nie świadczy. I potrafimy tak samo przygotować się do wycieczki. Może będziemy przy tym bardziej emocjonalne, ale ja to w sobie lubię, bo uważam, że dzięki temu moje życie jest bardziej kolorowe. Bo tu sobie popłaczę, tu się pośmieję, tu się zachwycę kwiatkiem, a tu słońcem – to jest część mojej kobiecości, którą uwielbiam i która nie wyklucza mojej zaradności. Mogę poradzić sobie w dżungli z biwakiem na dziko i przemyśleć wszystkie zagrożenia i to, jak działać, kiedy coś się stanie, jednocześnie będąc kobiecą, delikatną. 

KR: Czy ty wciąż spotykasz się z takimi opiniami: „po co ty tam będziesz jechać, przecież sobie nie poradzisz”? 

WG: Tak, chociaż ja już chyba udowodniłam, że potrafię sobie nieźle poradzić. Jest cała rzesza panów na Instagramie, którzy drwią z każdego błędu kobiety, co jest dla mnie śmieszne. Ja widzę wielką wartość w tym, żeby opowiedzieć o swoich błędach, żeby kogoś przestrzec lub też pokazać drogę – wszystkiego kiedyś trzeba się nauczyć. A niektórzy uważają, że od razu musisz być perfekcyjna i jak popełniasz błędy, to dlatego, że jesteś babą. 

Ale w moim otoczeniu już tego nie ma. Jeżeli poznaję kogoś nowego i mu mówię, czym się zajmuję, to wchodzi raczej kwestia poczucia bezpieczeństwa: „a jak sobie poradzisz, jeżeli coś?”. I ja wtedy mówię: „jeżeli co?”. Bo okazuje się, że jak rozłożymy to „coś” na czynniki pierwsze, to tam nic nie ma. 

Wiktoria Gorobets podróżująca solo
Fot. archiwum prywatne, Wiktoria Gorobets

Jak podróż zmienia podejście do ciała?

KR: Co najczęściej zabierasz ze sobą w podróż? Co musi się znaleźć w Twoim plecaku?

WG: Jeżeli idę z plecakiem, to staram się te rzeczy jak najbardziej ograniczyć. I tak z reguły nie udaje mi się zapakować tak, żeby plecak ważył mniej niż 14 kg. Poza sprzętem biwakowym mam zazwyczaj tylko dwa stroje – w jednym idę, a drugi mi się suszy, przypięty agrafkami do plecaka. Oczywiście mydełko do prania, czytnik e-booków… W mojej kosmetyczce staram się nie mieć dużo rzeczy, ale kosmetyczka też zajmuje u mnie dużo miejsca. Nie zgadzam się np. na jedną kostkę do mycia wszystkiego. 

Higiena w podróży jest bardzo ważną rzeczą, przede wszystkim w trekkingu, kiedy nie ma dostępu do prysznica i twoją najlepszą przyjaciółką stają się chusteczki nawilżane i żel antybakteryjny. To jest też ciekawe, żeby pierwszy raz przeżyć niemycie się. Pamiętam, że za pierwszym razem było to dla mnie niekomfortowe. Ja zawsze staram się ustawiać trasę tak, żeby co drugi dzień móc wziąć prysznic, maksymalnie co trzeci dzień, jeżeli naprawdę nie ma takiej możliwości. I powiem szczerze, że w tym jest coś uwalniającego, że nie musisz aż tak o siebie dbać. 

KR: A czy są jakieś elementy, które zapewniają ci poczucie bezpieczeństwa? 

WG: Jak idziesz na biwak, to masz w plecaku wszystko i ja to dzielę na sekcje. Sekcja dom to jest schronienie - namiot lub płachta biwakowa, materac, śpiwór, potencjalnie dmuchana poduszka. Jest też sekcja kuchnia, czyli kuchenka na gaz, kartusz z gazem i ja jeszcze lubię żywność liofilizowaną, bo mało waży, a jest dość odżywcza. Do tego musisz mieć jakąś miseczkę i łyżeczko-widelco-nóż w jednym – zawsze mnie bawią te rzeczy (śmiech). I do tej sekcji kuchni musisz mieć też wodę – więc albo butelkę ze sobą, albo filtr.

Musisz mieć oczywiście techniczne ubrania – szczególnie w górach, bo tam nawet, gdy jest lato, to na dole jest bardzo gorąco, a na górze te temperatury są sporo niższe. Warto mieć jakiś rodzaj scyzoryka, chociaż mi się to rzadko przydaje. Zawsze mam czołówkę, zapasowe baterie, lampki, które przyczepiam do plecaka, gdy idę po zmroku. Czołówka jest najważniejsza. Rękawiczki – nawet latem. I czasami biorę ze sobą klucz do mieszkania, żeby potencjalnie dla głowy mieć go w ręce, gdyby ktoś mnie zaatakował. Jeszcze folia termiczna, która przydaje się, gdy zmarznę – dobrze działa jako warstwa izolacyjna, kiedy jest bardzo zimno. 

KR: To porozmawiajmy o tej kosmetyczce… Masz piękną cerę, a przecież w podróży trudno o nią zadbać. Czym ta pielęgnacja różni się od pielęgnacji domowej i co zawsze znajduje się w twojej kosmetyczce? 

WG: Ja zawsze dbam o to, żeby rano i wieczorem umyć twarz. Uważam, że to jest najważniejsze. Czasami nie mam potoku, a śpię „na dziko”, więc przemywam ją mokrymi chusteczkami, ale to jednak nie daje takiego efektu. Możliwość ochlapania jej wodą jest mega ważna. W domu na pewno używam znacznie większej ilości kosmetyków, nakładam serum, na które nie mam miejsca w podróży – to już jest zbędna rzecz. 

Dodatkowo jak jestem w domu, to do włosów używam szamponu, odżywki, jeszcze sobie czymś psikam, np. żeby zapewnić im termoochronę. W podróży mam szampon i czasami wezmę taką odżywkę bez spłukiwania – zwłaszcza jak jadę na dłużej. W domu też lubię maski LED, zwykłe maseczki – to mi sprawia dużą przyjemność. I na pewno w podróży z tego wszystkiego rezygnuję.

To, co na pewno robię, to sprawdzam, czy kosmetyki, które biorę, nadają się do stosowania w warunkach, w których będę przebywać – np. przy długiej ekspozycji na słońce czy zmiennej pogodzie. Na pewno zawsze biorę ze sobą silny SPF – jak jestem na wyjazdach, zawsze nakładam – im wyżej jesteśmy, tym może być zimniej, ale promienie słoneczne są mocniejsze, szczególnie w zimie, gdy odbijają się od śniegu. 

Żel do mycia twarzy i krem biorę te same, których używam na co dzień, żeby moja twarz nie doznała szoku. Moja kosmetyczka zawsze mówi, że zmiana kosmetyku robi na cerze wrażenie. Do tego przy zmianie klimatu może się to skończyć problemami ze skórą – ja zawsze, gdy brałam jakieś nowe kosmetyki, miałam trądzik. 

Do włosów mam zazwyczaj szampon w kostce. Zawsze mam ze sobą pastę, bo dość mocno wiążę włosy i ona pomaga mi je ułożyć. 

KR: A czy jest jakiś jeden kosmetyk, który uratował Twoje życie w podróży?

WG: Od jakiegoś czasu używam kremu do twarzy, który jest pozabiegowy. Ja w ogóle uwielbiam pachnące kosmetyki, to jest dla mnie mega ważne, a on śmierdzi. Jego celem nie jest to, aby ładnie pachniał. Natomiast ja go używam na co dzień i odkąd go używam, nie mam problemów z twarzą. 

Mam też tip od mojej kosmetyczki – zawsze jak zmieniasz klimat, pierwszego dnia nie używasz żadnych kosmetyków. Cera musi spotkać się z nowym powietrzem i się przyzwyczaić np. do wyższej lub niższej wilgotności. 

Warto też pamiętać, żeby przed reaplikowaniem SPF-a (red. ponownym nałożeniem na skórę) umyć twarz z tych resztek i z potu. Inaczej wszystko nam się zatyka i jest bardzo nieprzyjemnie. 

I jeszcze jak jadę na trekking, to biorę bardzo tłusty krem do rąk, którym smaruję też ciało. Dłonie są wystawione cały czas na powiew wiatru, więc muszę je smarować. Ale też używam go do ciała, żeby tę skórę natłuścić. Do tego pomadka do ust, czyli absolutny must-have. Czyli mało. (śmiech)

KR: Czy jest jakiś czynnik, który jest szczególnie druzgocący dla skóry w podróży? 

WG: To, że wystawiamy ją na nowe bodźce – czyli albo na bardzo duże słońce, albo na bardzo duży mróz – i w żaden sposób tej skóry nie zabezpieczamy przed tym. To jest kwestia dobrania dobrych kosmetyków. Jak jedziesz w tropiki, musisz mieć bardzo dobry krem i bez żadnych olejków, bo jak mocno się pocisz i dołożysz sobie do tego olejki, to się pozatykasz, choćby nie wiem co. Ale z kolei jak jedziesz w zimno i weźmiesz sobie ultra-lekki krem, który będzie miał w składzie wodę, to przesuszysz ją. 

KR: Czy podróżowanie solo zmieniło twoje podejście do własnego ciała? 

WG: Mam wrażenie, że my w Polsce bardzo zwracamy uwagę na ciało. Ja myślałam, że to jest powszechne. Kiedy jeżdżę po Ameryce Środkowej, Azji – tam ludzie mają gdzieś, jak wyglądają i jak ty wyglądasz. Ja mam jakieś swoje kompleksy dotyczące ciała. Kiedy patrzę na kobiety, które w naszych oczach są niedoskonałe, i widzę, że one czują się na maksa seksowne, myślę sobie, jak to się dzieje, że one czują się w swoim ciele tak dobrze, a my byśmy były na maksa niezadowolone.

Jest stworzony jakiś ideał, do którego nie da się dojść. A tam to nie ma żadnego znaczenia. I w poznawaniu drugiego człowieka to też nie ma żadnego znaczenia – bo jesteś ciekawa tego, co on ma do powiedzenia, a nie tego, jak wygląda. Podróżując, zdejmujesz z tego wartość. Kiedy wyjeżdżam, czuję się wolna. 

Waleria Gorobets z plecakiem
Fot. archiwum prywatne, Waleria Gorobets

Waleria Gorobets - aktorka, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie. Zadebiutowała na planie „Pod Wiatr” (Netflix), a następnie zagrała w nagrodzonej Złotym Pazurem „Apokawiksie” Xawerego Żuławskiego. Na swoim koncie ma również role w takich produkcjach jak „Bokser”, „Algorytm miłości” czy „Wojna Zastępcza. Od czterech lat występuje w słynnym spektaklu „To wiem na pewno” w Teatrze Ateneum. Prywatnie podróżniczka - odwiedziła pięć kontynentów, wybierając trekkingi, góry i miejsca z dala od utartych, turystycznych szlaków.


Czytaj także: