Czytam bardzo dużo. Książki to moja przestrzeń, a twórczość Szczepana Twardocha od lat zajmowała w niej szczególne miejsce. Morfina, Królestwo, Pokora - do każdej z tych powieści wchodziłam bezstresowo i bez reszty. Twardoch miał niesamowity dar, potrafił wciągnąć czytelnika od pierwszej strony w głąb wojennych lub powojennych realiów, budując świat tak mięsisty, gęsty i sensualny, że historia dosłownie żyła na kartach papieru. Byłam fanką tego stylu. I właśnie z taką samą nadzieją, z głodem kolejnej świetnej, opowiedzianej z rozmachem opowieści, sięgnęłam po jego najnowszą książkę ,,Null''.

WIDEO…

player placeholder

Jak się okazało, tym razem poczułam rozczarowanie i nie dobrnęłam do końca.

,,Null'' zdobył nie tylko główną Nagrodę Literacką Nike od jury, ale zgarnął też wyróżnienie od czytelników w głosowaniu publiczności. W mojej głowie od razu pojawiła się natrętna myśl: Czy ja jestem po prostu za mało wyrafinowana, żeby docenić wielką twórczość? Skoro zachwycili się i krytycy, i tłumy, to co ze mną jest nie tak?

Zobacz także:

Męski brud, dron nad głową i brak punktu zaczepienia

Żeby być uczciwą, rozumiem założenia tej książki. Wiem, czym jest ,,Null''. Ta powieść to surowy, pozbawiony patosu obraz współczesnej wojny w Ukrainie - strefy zero, gdzie człowiek sprowadzony jest do poziomu błota, zmęczenia i ciągłego strachu przed dźwiękiem nadlatującego drona. Wiem też, jak powstawała, Twardoch sam jeździł na front z pomocą sprzętową dla Sił Zbrojnych Ukrainy, by oddać głos realiom, a nie politycznej propagandzie.

Problem w tym, że jako czytelniczka, kobieta szukająca w literaturze emocjonalnego i fabularnego punktu uchwytu, zostałam z tą książką zupełnie sama i obca.

Null odrzucił mnie swoją formą. Zamiast wciągającej narracji otrzymałam chaotyczny zbiór epizodów, chłodnych relacji i żargonu. Ta książka jest do bólu przepełniona specyficzną, ostentacyjnie męską perspektywą -  brutalną, wulgarną, wręcz odrzucającą jakąkolwiek subtelność czy głębszą relację. Brakuje w niej psychologicznego mięsa, które tak zachwycało mnie w Morfinie czy Pokorze. Tam wojna była tłem dla skomplikowanych ludzi; tu ludzie stają się jedynie przezroczystym dodatkiem do militarnej terminologii i przerażającej, ale monotonnej codzienności okopów. Zamiast płynąć przez historię, brnęłam przez nią z poczuciem, że czytam coś pisanego w pośpiechu, na kolanie, bez pisarskiego szlifu.

Ta książka po prostu nie jest dla mnie. I ma do tego prawo, tak jak ja mam prawo czuć zawód.

Sienkiewicz, polityka i mechanizm elitarności

Warto też spojrzeć na to bez zbędnego zadęcia. Twardoch wcale nie wymyślił koła na nowo. Wykorzystał zabieg stary jak polska literatura. Przecież przed nim robili to Sienkiewicz, Mickiewicz czy Słowacki. Oni też czerpali z gorących wydarzeń historycznych, łapali społeczny klimat i pisali pod pokrzepienie serc albo ku przestrodze, idealnie trafiając w emocje swoich czasów. I dziś wartości artystycznej Nulla również nie da się oddzielić od aspektu społeczno-politycznego. Wyjazd Twardocha na Ukrainę, jego bezpośrednie zaangażowanie i autentyczność doświadczenia stworzyły wokół tej pozycji otoczkę lektury „obowiązkowej” i moralnie doniosłej.

To mogło zaważyć na werdyktach. Z jednej strony mamy kilkukosobowe jury złożone z krytyków, szukających formalnego eksperymentu i mocnego gestu. Z drugiej publiczność, na którą ogromny wpływ wywiera nośny, wojenny temat i aura autora. Ale czy to, że książka wpisuje się w nastroje społeczne, automatycznie czyni ją dobrą powieścią dla każdej z nas? Niekoniecznie.

Wstyd za romansidło? Porzućmy ten bezsensowny syndrom winy

Mimo wszystko, gdy widzimy nagłówki o podwójnym triumfie książki, która nas zmęczyła, w większości z nas uruchamia się ten sam mechanizm: Skoro mi się nie podobało, to znaczy, że jestem za głupia, nie zrozumiałam, nie mam wyrobionego gustu.

I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej, o której mówi się wciąż za mało. Jako kobiety jesteśmy wpędzane w poczucie winy z powodu tego, po co sięgamy na co dzień. Ile razy zdarzyło Ci się schować w pociągu okładkę lekkiego romansu, kryminału czy obyczajówki, bo pomyślałaś, że ktoś uzna to za „tanią rozrywkę”? Utrwala się w nas przekonanie, że czytanie lżejszych książek, wyciskaczy łez, erotyków czy historii miłosnych to coś gorszego. Że prawdziwa, wartościowa kobieta powinna czytać klasyki literatury, doniosłe dzieła filozoficzne, czy przydatne poradniki.

A niby dlaczego?

Dlaczego lekka opowieść, która daje nam wytchnienie po ciężkim dniu pracy, wywołuje uśmiech, wzrusza i pozwala na chwilę uciec od szarej codzienności, ma być gorsza od trzystu stron opisu błota, okopów i wybuchających granatów? Książki są dla ludzi. Mają służyć nam, naszym emocjom, naszej psychice i naszej potrzebie odpoczynku. Jeżeli masz ochotę przeczytać prosty romans, przy którym serce bije szybciej, to jest to tak samo wartościowy czas z książką, jak lektura laureata Nike. Nie ma czegoś takiego jak „gorszy gust”.

Prawo do własnego gustu

Od dziecka wychowuje się nas w kulturowym posłuszeństwie wobec autorytetów. Gdy eksperci namaszczają dany tytuł jako Arcydzieło, zakwestionowanie takiego wyroku wydaje się wręcz aktem odwagi. Z drugiej strony potężnie działa w nas utrwalony mit, że wysoka sztuka musi boleć i być trudna, a to, co czyta się z przyjemnością, spychamy na półkę z rozrywką drugiej kategorii.

Prawda jest jednak taka, że obcowanie z literaturą to nie egzamin na dojrzałość, a nagroda literacka - czy to przyznana przez pięć osób z jury, czy przez tysiące głosujących w plebiscycie - nie jest wyrokiem sądu najwyższego. Nie musimy czuć wstydu tylko dlatego, że nie zachwyca nas coś, co inni uznali za prestiżowe czy ważne.

Nie musimy udawać, że smakuje nam coś, co jest dla nas zbyt suche, jałowe czy męczące. I przede wszystkim, nie musimy przepraszać za to, po jakie książki sięgamy, żeby poczuć się dobrze.

Odrzucenie narzuconej wybitności na rzecz własnej autentyczności i czytanie tego, co naprawdę sprawia nam radość, to nie żaden brak wyrafinowania. To po prostu czytelnicza wolność.


Czytaj także: