Od miesięcy czekałam na kogoś, kto wreszcie wbije literacką szpilę w napompowany do granic możliwości balon z napisem „tradwife”. Trudno dziś uciec w sieci od wymuskanych kobiet, które przed milionami obserwatorów odgrywają spektakl tradycyjnych chrześcijańskich wartości, radosnego wielodzietnictwa i absolutnej uległości wobec mężów. Zjawisko to, tak fascynujące, jak i przerażające, prosiło się o solidne rozliczenie. Gdy tylko usłyszałam o koncepcie „Yesteryear” Caro Claire Burke, pomyślałam: nareszcie. Wrzucenie współczesnej, cynicznej influencerki w pozbawione prądu, chłodne i bezwzględnie patriarchalne realia połowy XIX wieku to przecież genialne. Czekałam na to zderzenie z brutalną rzeczywistością, licząc na gęstą, złośliwą satyrę. I choć Burke momentami dowozi ten obiecany dreszcz słodkiej satysfakcji, ostatecznie zaserwowała nam danie, któremu dramatycznie brakuje przypraw.
WIDEO…
Zacznijmy od tego, co w tej książce bezdyskusyjnie się udało. Główna bohaterka, Natalie, to literackie złoto. Wielu czytelników słusznie dopatruje się w niej bezlitosnej parodii Hannah Neeleman, słynnej matriarchini z Ballerina Farm. Autorka nie poszła jednak na łatwiznę i nie wykreowała jej na naiwną ofiarę, która uwierzyła we własne hasła. Przeciwnie – Natalie to drapieżnik, do szpiku kości świadoma bizneswoman, która po prostu znalazła lukratywną niszę w monetyzowaniu faktu, że współczesny świat wciąż głęboko nienawidzi niezależnych kobiet.
Jej wewnętrzny monolog jest kąśliwy, bezlitosny i miejscami wspaniale zabawny. Obserwowanie, jak ta mistrzyni manipulacji – przypominająca Amy Dunne z „Zaginionej dziewczyny”, tylko ubraną w zgrzebną suknię – próbuje przetrwać bez swoich narzędzi marketingowych, to czysta przyjemność. Psychologiczna gra, jaką toczy z równie żałosnym, co bezwzględnym mężem, i jej nieustanna mentalna walka z wyimaginowaną widownią feministek, trzymają w napięciu.
Co więcej, Burke z chirurgiczną precyzją obnaża tu mroczny rewers social mediów: zjawisko „sharentingu”. Natalie jest podła, wyrachowana i absolutnie lodowata wobec własnych dzieci, które traktuje wyłącznie jako bezpłatne, fotogeniczne rekwizyty. Książka brutalnie punktuje to, o czym rzadko mówimy głośno – bezwzględne wykorzystywanie wizerunku i prywatności nieletnich do budowania milionowych zasięgów i iluzji idealnego macierzyństwa. Natalie zarabia na własnych dzieciach, a my – perwersyjnie – nie możemy oderwać od niej wzroku.
Gdzie zatem leży problem? W tym, że autorka w połowie drogi potyka się o własne ambicje. Zamiast docisnąć gaz i skupić się na genialnym studium psychologicznym kobiety, która uwięzła we własnym kłamstwie, Burke postanawia zrobić z „Yesteryear” tanie science fiction.
Cała uwaga narracyjna zostaje nagle przekierowana na absurdalne rozwiązywanie zagadki: jak właściwie Natalie przeniosła się w czasie? Z każdym kolejnym rozdziałem ten mechaniczny, zupełnie niepotrzebny wątek pożera przestrzeń, w której powinna rozkwitać błyskotliwa krytyka społeczna. Zamiast soczystej analizy patriarchatu, dostajemy przeciętny thriller z podróżami w czasie w tle, który po prostu psuje dynamikę opowieści.
Jednak największym grzechem tej książki jest coś zupełnie innego – jej szokująca wręcz sterylność. Estetyka „tradwife” nie wzięła się z próżni; jest głęboko umocowana w skrajnie prawicowych ideologiach, rasizmie i panice przed upadkiem tradycyjnej rodziny. Autorka jedynie ślizga się po tych tematach. Dostajemy zaledwie mdłe wzmianki o mizoginii, spadającym wskaźniku urodzeń czy lękach przed wymieraniem, ale Burke za nic w świecie nie chce uderzyć w stół zbyt mocno.
Jako czytelniczka czuję się tu trochę oszukana. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to celowy, marketingowy zabieg wydawnictwa – powieść została wygładzona i wykastrowana z politycznego ładunku, by przypadkiem nie urazić potężnego, konserwatywnego rynku w Ameryce. Otrzymaliśmy doskonały portret zepsutej jednostki, ale całkowicie wymazano kontekst, który tę jednostkę wyprodukował.
Czy warto po „Yesteryear” sięgnąć? Tak, dla samego, fascynująco jadowitego głosu Natalie i świetnie napisanej relacji małżeńskiej opartej na władzy. Ale jeśli liczycie, że będzie to ostateczny, bezkompromisowy cios w instagramową epokę przebieranek w tradycję – przygotujcie się na rozczarowanie. To zaledwie świetny szkic obrazu, na którego dokończenie autorce zabrakło odwagi.
Czytaj więcej:
Tych 10 książek umili ci oczekiwanie na święta. Numer 1 zszokuje fanki "Ani z Zielonego Wzgórza"