Kiedy pięć czy siedem lat temu wrzucaliśmy do sieci zdjęcia z wakacji, pierwsze kroki naszych dzieci czy osobiste przemyślenia, internet działał na innych zasadach. Social media, mimo swoich wad, były cyfrowym albumem ze wspomnieniami i przestrzenią do podtrzymywania relacji z bliskimi. Nikt z nas nie zakładał wtedy, że te intymne momenty staną się darmowym paliwem dla algorytmów wielkiej korporacji, która bez pytania o zgodę nakarmi nimi swoją sztuczną inteligencję.
WIDEO…
Dziś wielu użytkowników czuje się po prostu oszukanych. Reguły gry zostały zmienione w trakcie jej trwania, a nasze cyfrowe życie zretuszowano na suchy surowiec.
Trzy dni, które wystarczyły? Sprawa Muse Image
O tym, jak bezwzględna potrafi być ta gra, przekonaliśmy się we wtorek, 7 lipca 2026 roku. To wtedy zadebiutowała aplikacja Muse Image - pierwszy model generujący obrazy opracowany przez Meta Superintelligence Labs. Narzędzie bez pytania o zgodę zaczęło zaciągać publiczne zdjęcia użytkowników Instagrama do trenowania AI. Po zaledwie trzech dniach, pod naciskiem fali krytyki, Meta wycofała się z tego ruchu.
Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon, patrzy na to jednak z dużym sceptycyzmem i stawia fundamentalne pytanie. - Czy Meta wycofała się rzeczywiście ze względu na falę (uzasadnionej!) krytyki, czy dlatego, że tyle wystarczyło, by zrealizować cel nowego ,,produktu” i zassać zdjęcia milionów użytkowników Instagrama? Raz pobranych danych nie da się przecież łatwo „od-trenować”. Istnieje więc ryzyko, że gigant technologiczny po prostu osiągnął swój cel metodą faktów dokonanych, zanim ktokolwiek zdążył zareagować.
Dlaczego AI Mety powinno nas niepokoić bardziej niż ChatGPT?
Żeby zrozumieć stawkę tej technologii, musimy porównać ją z tym, co już znamy. Popularny ChatGPT uczył się na gigantycznych zasobach internetu - książkach, Wikipedii i artykułach prasowych. To cyfrowy omnibus, który przeczytał wielką, globalną bibliotekę.
Meta nie chce stworzyć kolejnego encyklopedysty. Jej celem w przyszłości jest stworzenie cyfrowego przyjaciela - asystenta, który będzie towarzyszył nam w codziennym życiu, bezpośrednio wewnątrz komunikatorów, z których korzystamy co sekundę. Taki asystent, aby był przekonujący, musi posiadać coś, co psychologowie nazywają inteligencją emocjonalną i społeczną.
A tego nie da się nauczyć z Wikipedii. Tego można nauczyć się tylko z "żywego organizmu", jakim są nasze profile społecznościowe.
Co prawda korporacja zapewnia, że nie czyta naszych prywatnych wiadomości z Messengera czy WhatsAppa i nie analizuje postów oznaczonych jako prywatne. Jednak to, co przez lata lądowało na naszych profilach jako publiczne - a co wielu z nas traktowało po prostu jako pamiętnik dla znajomych - w zupełności jej wystarczy. Ich algorytm analizuje nasze macierzyństwo, nasze przyjaźnie, nasze sukcesy i kryzysy. Jesteśmy dla nich żywym, darmowym podręcznikiem psychologii i biologii społecznej.
Prawo kontra rzeczywistość. Jak tłumaczy to ekspertka?
Gdy Meta potrzebowała danych do trenowania AI, nie wyświetliła nam okienek z pytaniem o zgodę. Zamiast tego powołała się na kontrowersyjny przepis unijnego RODO - tzw. „uzasadniony interes administratora”.
Zgodnie z RODO firmy mogą wykorzystywać dane, jakie im powierzamy, w swoim ,,uzasadnionym interesie’’. Chodzi np. o marketing własnych produktów albo ulepszanie usługi. Jednak ta podstawa przetwarzania danych ma swoje ograniczenia i nie może być nadużywana. Prawnicy przyjmują, że jej granicę wyznaczają racjonalne oczekiwania konsumentów (użytkowników).
Ekspertka tłumaczy to na prostym przykładzie. Racjonalny użytkownik spodziewa się, że portal społecznościowy może analizować, kiedy loguje się do serwisu i co ogląda, aby lepiej dopasować do niego reklamy. - Ale raczej nie liczy się z tym - wyjaśnia Szymielewicz - że firma stworzy kiedyś nowy produkt - np. funkcję do generowania obrazów - i zaciągnie do niej całą historię zdjęć, jakie użytkownik przez lata udostępniał na swoim profilu. Oburzając się na to, będzie miał rację. I mógłby tej racji dowieść przed sądem, na przykład domagając się odszkodowania.
Pułapka w procedurze sprzeciwu
W teorii RODO daje nam prawo do obrony poprzez złożenie sprzeciwu (tzw. opt-out). W praktyce jednak Meta przerzuciła cały ciężar na nasze barki, celowo projektując skomplikowaną procedurę. Nie ma tu prostego suwaka „wyłącz AI” - musimy przeklikać się przez zawiłe menu, odnaleźć formularz i napisać uzasadnienie, dlaczego nie chcemy dzielić się swoją prywatnością.
Co gorsza, nawet przejście tej ścieżki nie daje nam pewności. Katarzyna Szymielewicz ostrzega, że obietnice Mety to tylko teoria, a w praktyce firma zostawiła sobie otwartą furtkę. I tak nie mamy gwarancji, że Meta uszanuje nasz sprzeciw. Jej polityka prywatności informuje: ,,Jeśli sprzeciw zostanie uznany, zaprzestaniemy przetwarzania Twoich informacji osobistych (...). Twój sprzeciw może zostać odrzucony, jeżeli (...) Meta ma ważne i uzasadnione podstawy, tj. nadrzędny interes, aby kontynuować przetwarzanie”.
W Europie, dzięki fali skarg i presji urzędów ochrony danych, Meta na razie wstrzymała część swoich planów i akceptuje sprzeciwy. Jest to jednak bardzo kruchy rozejm.
Jesteśmy „cyfrową biomasą”
Dla Katarzyny Szymielewicz sprawa zaciągania naszych wspomnień do modeli AI to ostateczny dowód na to, czym naprawdę są platformy społecznościowe. Ekspertka Panoptykonu opisuje podejście giganta do swoich użytkowników:
„To nie jest pierwszy raz, kiedy Meta wylewa swoim użytkownikom na głowę kubeł zimnej wody. »Nie jesteście klientami, więc was nie pytamy o zdanie. Jesteście cyfrową biomasą, którą przetwarzamy dla zysku - zysku naszych udziałowców i zysku reklamodawców, którzy nam płacą«. Jeśli ktokolwiek jeszcze miał złudzenia co do natury portali, które w Panoptykonie nazywamy anty-społecznościowymi, to czas się ich pozbyć”.
Szymielewicz przypomina, że dostarczenie wartościowej usługi miliardom ludzi nigdy nie było celem biznesowym koncernu. Całe sztaby inżynierów i neuronaukowców miały jedno zadanie: zaprojektować aplikacje tak, abyśmy uzależnili się od nich i nie mogli łatwo uciec. Potwierdza to Komisja Europejska, która w swojej niedawnej decyzji wprost potępiła Metę za celowe projektowanie usług w sposób uzależniający.
Co możemy zrobić?
Jeśli nie chcemy być darmowym surowcem w tym technologicznym eksperymencie, musimy przestać grać na zasadach Mety. Przejście przez zawiłą procedurę sprzeciwu i wysłanie formularza to zaledwie plan awaryjny - doraźne zatamowanie krwotoku, które korporacja i tak może zignorować pod pretekstem „nadrzędnego interesu”. Aby realnie odzyskać podmiotowość, musimy zacząć działać na wielu frontach:
- „Głodzenie bestii” i zmiana nawyków: Algorytmy karmią się nowymi danymi. Najprostszym krokiem jest zmiana statusu naszych profili i historycznych postów na prywatne - Meta deklaruje, że nie trenuje modeli na treściach niepublicznych. Warto też krytycznie przyjrzeć się temu, co wrzucamy do sieci, zwłaszcza wizerunkowi dzieci (które nie mogą same zaprotestować przeciwko zasilaniu komercyjnego AI).
- RODO jako tarcza ochronna: Europejskie prawo daje nam realne, choć rzadko używane narzędzia. Każdy z nas może wystąpić do Mety z żądaniem usunięcia danych osobowych (prawo do bycia zapomnianym) lub zapytać, jakie dokładnie informacje zostały użyte do trenowania modeli. Jeśli korporacja odrzuci nasz sprzeciw, możemy złożyć oficjalną skargę do Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO). Masowa fala takich skarg to jedyny powód, dla którego giganci technologiczni w ogóle cofają się w Europie.
- Wsparcie dla organizacji: W starciu z technogigantem pojedynczy użytkownik ma małe szanse. Jednak organizacje takie jak Fundacja Panoptykon czy europejskie NOYB potrafią przełożyć nasze oburzenie na wielomilionowe kary i systemowe zmiany w Brukseli. Wspierając je, budujemy realną, społeczną przeciwwagę.
- Cyfrowa ucieczka: Dopóki Meta widzi, że mimo oburzenia wciąż spędzamy godziny na przewijaniu Instagrama, jej model biznesowy działa bez zarzutu. Jak trafnie sugeruje Katarzyna Szymielewicz, dzwonek ostrzegawczy od Komisji Europejskiej to jasny sygnał, że jedynym w pełni skutecznym rozwiązaniem może być po prostu usunięcie konta i ucieczka do bezpieczniejszych, alternatywnych przestrzeni w sieci.
Wysłanie formularza sprzeciwu to dobry początek i ważny manifest. Prawdziwa zmiana zaczyna się jednak wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że nasze wspomnienia nie są na sprzedaż, a nasze cyfrowe życie nie jest darmową biomasą.
Czytaj także:
- Beata Broniek o tym, jak mądrze odnaleźć miejsce rodziny w cyfrowym świecie
- Czy da się żyć bez social mediów w dzisiejszych czasach?
- Czy Twoje dziecko ogląda YouTube? Te ustawienia pomogą zadbać o jego bezpieczeństwo w sieci



























