Jest 23:00, leżysz w łóżku i obiecujesz sobie, że zerkniesz na telefon „tylko na chwilę”. Sprawdzisz jedną rzecz, może odpiszesz na wiadomość. Kiedy podnosisz wzrok znad ekranu, jest 1:15 w nocy. Czujesz znajome ssanie w żołądku, lekki niepokój, przebodźcowanie i przede wszystkim - ogromne wyrzuty sumienia. „Dlaczego znów to sobie zrobiłam? Gdzie podziała się moja silna wola?” - pytasz sama siebie w duchu.
WIDEO…
Architekci naszych słabości
Mówiono nam, że technologia to narzędzie, a to, jak z niego korzystamy, zależy wyłącznie od nas. Jest to genialna strategia marketingowa Doliny Krzemowej, która przerzuca odpowiedzialność na konsumenta. Aplikacje, w których spędzamy lwią część życia, zostały zaprojektowane tak, by działać jak cyfrowy narkotyk.
- Dzięki sygnalistom takim jak Tristan Harris czy Frances Haugen, wiemy że big techy zatrudniają najlepszych psychologów i neuronaukowców, żeby zwiększać uzależniający i wciągający potencjał ich usług. Wykorzystują oni ewolucyjne uwarunkowania naszego mózgu, wywołując zaciekawienie, gniew albo lęk - tłumaczy Katarzyna Szymielewicz, dyrektorka ds. strategii i rzecznictwa oraz prezeska Fundacji Panoptykon.
Czy korzystając z social mediów czujesz autentyczny, głęboki spokój? O wiele częściej jest to miks ekscytacji, zazdrości lub lęku przed przegapieniem czegoś (FOMO). Nasz pierwotny mózg, ukształtowany tysiące lat temu, nie potrafi racjonalnie filtrować tak potężnego koktajlu biochemicznego.
Mechanizm z Las Vegas w Twojej torebce
Funkcja infinite scroll (nieskończone przewijanie feedu) działa dokładnie tak samo jak automat do gier, tak zwany jednoręki bandyta. Nigdy nie wiesz, co pojawi się po kolejnym pociągnięciu palcem w dół. Może to być nudna reklama, a może genialny mem, zdjęcie dawnej miłości albo sukienka, której szukałaś od miesięcy.
- Big techy korzystają z mechanizmów, które od dawna sprawdzają się w kasynach i grach hazardowych - wyjaśnia ekspertka Panoptykonu. - Wykorzystują tzw. mechanizm nieregularnego wzmocnienia, żeby stymulować wydzielanie dopaminy i w dłuższym horyzoncie uzależniać nas od bodźców, na przemian przyjemnych i nieprzyjemnych.To nie przypadek, że (statystycznie) zaglądamy do tych aplikacji nawet 150 razy dziennie.
Ta ciągła stymulacja ma jeden, nadrzędny cel: monetyzację uwagi. W tym modelu biznesowym jesteś produktem. Emocje, czas i dane behawioralne są pakowane i sprzedawane reklamodawcom. Przebiegle zaprojektowany interfejs ma sprawić, byś między jednym a drugim filmikiem poczuła potrzebę zakupu, czegoś, co poprawi Ci humor, co „naprawi” niedoskonałość, którą algorytm właśnie Ci wytknął, podsuwając idealne profile innych kobiet.
- Agresywne powiadomienia, intuicyjny interfejs użytkownika, algorytmy rekomendujące takie treści, które najpewniej zagrają nam na emocjach, funkcja autoodtwarzania na platformach video i to, że nasz spersonalizowany feed nigdy się nie kończy zostało zaprojektowane tak, abyśmy spędziły jak najwięcej czasu przed telefonem - dodaje Katarzyna Szymielewicz.
Żyjemy w stanie chronicznego przebodźcowania, a cena, jaką za to płacimy - my, nasze córki, partnerzy i przyjaciółki - bywa dewastująca dla zdrowia psychicznego.
Nowy papieros naszych czasów
Porównanie social mediów do używek nie jest publicystyczną przesadą. Kiedyś palenie tytoniu w ciąży czy w miejscach publicznych było normą, a koncerny tytoniowe przekonywały o jego nieszkodliwości. Dziś stoimy w dokładnie tym samym punkcie z technologią.
- Nasze mózgi nie wykształciły jeszcze mechanizmów obronnych wobec tak projektowanych (niebezpiecznych) produktów. Dlatego sytuację, w jakiej znajduje się człowiek zalany bodźcami na platformie typu TikTok, YouTube czy Instagram, można porównać do sytuacji dziecka, które dostaje słodycze (i chce ich coraz więcej) albo osoby uzależnionej od substancji psychoaktywnej - ostrzega prezeska Fundacji Panoptykon.
Katarzyna Szymielewicz stawia sprawę jasno: dzisiejszy model działania platform jest po prostu społecznie szkodliwy. Dokładnie tak, jak sprzedawanie dzieciom w szkołach napojów napakowanych cukrem. Korporacje nie zmienią się same z siebie, bo - jak podkreśla ekspertka - ich zarządom chodzi wyłącznie o zysk, nie o nasze samopoczucie. Dlatego ratunek nie leży w kolejnej aplikacji do cyfrowego detoksu, ale w twardych regulacjach prawnych.
- Uważam, że jeszcze nie wszystko stracone. Jako konsumenci w Europie mamy siłę nabywczą, której nawet big techy nie mogą zignorować, to właśnie tutaj zarabiają najwięcej. Jeśli sobie to uświadomimy, jako potężna grupa naprawdę możemy zawalczyć o lepszy internet - przekonuje Katarzyna Szymielewicz. - Pierwszy krok to wymuszenie na firmach zmiany paradygmatu w projektowaniu usług: z manipulacji na bezpieczeństwo w wersji domyślnej.
Jak mógłby wyglądać bezpieczny internet?
Założeń jest kilka:
- Aplikacje nie powinny bombardować nas powiadomieniami push, które mają na celu jedynie wyrwanie nas z realnego życia.
- To my powinnyśmy decydować, jak wygląda nasz feed - wybierać wiarygodne źródła, nie być skazanym tylko na rekomendacje algorytmu.
- Mieć możliwość ustawiania filtrów wyłapujących treści, które uznajemy za szkodliwe.
Co ważne, nie są to utopijne życzenia. Każda z tych zmian jest technologicznie możliwa - zapewnia Szymielewicz. Do tej pory barierą był wyłącznie interes finansowy platform i ich reklamodawców.
Komisja Europejska podjęła już pierwsze, zdecydowane kroki, kwestionując uzależniające funkcje Mety i TikToka. Prawo zmusi korporacje, by oddały nam kontrolę nad naszym czasem, uwagą i nad naszym życiem.
Kiedy więc następnym razem złapiesz się na bezmyślnym scrollowaniu, zamiast biczować się za „brak silnej woli”, odłóż telefon z pełną świadomością: to nie Ty zawiodłaś. To system został zaprojektowany przeciwko Tobie i czas ten system wreszcie zmienić.
Czytaj także:
- Zdjęcia z wakacji stały się towarem. Tak Meta zamieniła Facebooka i Instagrama w fabrykę danych dla AI
- Viralowe jedzenie: tak algorytmy niszą lokalne tradycje kulinarne
- Czy da się żyć bez social mediów w dzisiejszych czasach?



























