To już sześć lat, odkąd ostatni sklep Cepelii znikną z mapy Polski. Zostało z nami za to słowo oznaczające kicz stylizowany na folklor lub też po prostu kiczowaty folklor. Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia, co oznacza “cepelia”, prawdopodobnie jego skojarzenia poszłyby w stronę prowincji – że to coś związanego ze wsią, w złym guście. 

WIDEO

player placeholder

Halo, centrala?

Tymczasem słowo powstało od skrótu CPLiA – Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego była organizacją powołaną w 1949 roku. Chodziło o to, by upaństwowić wciąż obecne w Polsce powojennej przejawy sztuki ludowej (podobny cel przyświecał choćby utworzeniu zespołu Mazowsze). A że sztuka ma to do siebie, że w służbie państwa zaczyna kuleć i dostaje zadyszki, powstało słowo dobitnie wyrażające, co o działalności spółdzielni sądzi społeczeństwo. 

I choć w sklepach Cepelii można było kupić takie cuda jak najtańsze chińskie lalki ubrane w krakowskie stroje ludowe czy patriotyczne kieliszki do wódki z nadrukowanym orzełkiem na tle biało-czerwonej mapy (i dopiskiem “Polska”, gdyby ktoś miał problemy z rozszyfrowaniem symboli), spółdzielnia zrobiła dla polskiej sztuki ludowej i sporo dobrego – choćby zatrudniając i prawdziwych artystów ludowych.

Zobacz także:

Być może zniknięcie sklepów z charakterystycznym logo kogucika było nam potrzebne, byśmy poczuli nostalgię za polskim rzemiosłem artystycznym. Takim jak na przykład ceramika z Bolesławca, której charakterystyczne kobaltowe zdobienia przez lata można było zobaczyć przez witrynę Cepelii. 

Tyle że historia Zakładów Ceramiki “Bolesławiec”, obchodzących w tym roku 80-lecie działalności, czy szerzej – wytwarzania naczyń z kamionki na tych terenach, z folklorem nie miała nigdy za wiele wspólnego. To raczej opowieść o wciąż udoskonalanym rzemiośle i technikach produkcji, których z tych terenów nie przegnały ani wojny napoleońskie (sam Napoleon był w miasteczku kilkukrotnie), ani przesunięcie granic i wojenne zniszczenia. 

Przede wszystkim zaś Bolesławiec poradził sobie z przemianą ustrojową i wolnym rynkiem, czego nie przetrwała choćby fabryka porcelany w Wałbrzychu założona w 1830 roku i zamknięta po 193 latach. Zdecydowała jakość, oryginalność wyrobów, a pewnie i obrotność kolejnych dyrektorów stojących u sterów bolesławieckich zakładów. 

Serwis z Bolesławca został podarowany Williamowi i Kate, zamówienie w fabryce mieszczącej się w 37-tysięcznym miasteczku złożyło CIA (tak, chodzi o amerykański wywiad), a 90 proc. produkowanej w Bolesławcu ceramiki trafia dziś na eksport – głównie do Stanów. Historia tego miejsca jest jednak o wiele ciekawsza niż wyniki sprzedażowe i sprawia, że na niebieskie pawie oczka wymalowane ręcznie na talerzach i filiżankach można spojrzeć innym – nomen omen – okiem. 

Bolesławiec na mapie prehistorii

Zanim jednak ktokolwiek wpadł na pomysł wytwarzania dzbanów, ludzie kręcili się po okolicy przez dobre kilkanaście tysięcy lat. Najstarsze ślady ich obecności w okolicach dzisiejszego Bolesławca pochodzą z późnego paleolitu, czyli około 10 tys. lat p.n.e (co ciekawe, historia Bolesławca jest o wiele bardziej rozbudowana niż np. niemal 200-tysięcznego Radomia). 

Niegdyś to rzeki wyznaczały miejsca, w których łatwiej było znaleźć zwierzynę, przemieszczać się i mieć dostęp do wody. Dlatego okolice rzeki Bóbr, przecinającej Bolesławiec, były tak atrakcyjne. Ze względu na łatwość obrony, już w średniowieczu powstał tu pierwszy gród. 

Przede wszystkim Bolesławiec wygrał jednak na geologicznej loterii. W okolicach znajdują się duże pokłady gliny, która po wypaleniu staje się twarda, szczelna i mało nasiąkliwy. Na miejscu występowały także inne rodzaje gliny, z których można było uzyskać charakterystyczne brązowe “szkliwo ziemne”, przed bielą i kobaltem to ono było charakterystyczne dla tych okolic.

Surowców nie trzeba było sprowadzać, bo właściwie leżały pod nogami. Bóbr zapewniał zaś nie tylko niezbędną w garncarstwie wodę, ale też ułatwiał komunikację i sprzedaż wyrobów (które miasteczko potrzebuje dwunastu garncarzy). W znajdującym się tuż przy przeprawie Dolnym Przedmieściu działały cztery z pięciu pierwszych bolesławieckich garncarni.

Kiedy po raz pierwszy wykorzystano miejscową glinę do zrobienia garnka, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że na początku XVI wieku miejscowych rzemieślników parających się garncarstwem było na tyle dużo, że założyli własny cech. Ceramika nie pojawiła się więc w mieście wraz z rozwojem przemysłu w XIX-wieku, ani tym bardziej jako powojenna “sztuka ludowa”. Przez setki lat była po prostu zawodem, który wykonowano na tych terenach – coś, co dziś nazwalibyśmy “know how” było przekazywane z pokolenia na pokolenie, w coraz bardziej udoskonalonej formie, zaś surowców do pracy nie brakowało.

Cech pilnował nie tylko jakości, ale i konkurencji – jeszcze w XVIII wieku mistrzowie bronili zasady, zgodnie z którą w mieście mogło działać zaledwie pięć warsztatów. Dopiero pod koniec stulecia ten limit zaczął się rozluźniać. 

Bolesławiec na Wystawie Światowej

Prawdziwy skok rozwojowy nastąpił w XIX wieku, kiedy Johann Gottlieb Altmann zaczął eksperymentować z miejscową gliną, by uzyskać jaśniejszą i delikatniejszą kamionkę, bardziej przypominającą porcelanę. Opracował też tańsze i bezpieczniejsze szkliwo z mniejszą zawartością ołowiu. Naczynia z Bolesławca przestały być wyłącznie solidnym wyposażeniem kuchni – powstawały serwisy, wazony i filiżanki, a wyroby z zakładu Altmanna dostały złoty medal na Wielkiej Wystawie Światowej w Londynie w 1851 roku. Bolesławiec powoli zaczynał być miejscem, gdzie ceramikę nie tylko się robi, ale też projektuje.

Pod koniec XIX wieku rodzinne warsztaty zaczęły już ustępować większym wytwórniom, takim jak zakłady Juliusa Paula czy rodziny Reinholdów. Jeszcze ważniejsze okazało się jednak otwarcie w 1897 roku Zawodowej Szkoły Ceramicznej, na której czele stanął Wilhelm Pukall, wcześniej związany z Królewską Manufakturą Porcelany w Berlinie.

Choć nazwa placówki brzmi trochę jak dzisiejsza zawodówka, było to raczej połączenie szkoły projektowania, laboratorium i centrum badawczo-rozwojowe. Testowano nowe masy, szkliwa, piece i sposoby formowania, a do współpracy zapraszano uznanych projektantów związanych z secesją i rodzącym się modernizmem. 

Dzięki szkole zakłady zaczęły nadążać za tym, co działo się we wzornictwie w Berlinie, Wiedniu czy Dreźnie. Ceramika z niewielkiego Bunzlau (taką nazwę nosił Bolesławiec “niemiecki”) trafiała na zagraniczne wystawy i zdobywała nagrody, zanim ktokolwiek zaczął ją omyłkowo łączyć z polskim folklorem. 

Mniej więcej w tym samym czasie pojawiło się zdobienie, które dziś sprawia, że wiemy, że to “Bolesławiec” bez sprawdzania sygnatury pod spodem. Brązowe szkliwo zaczęło ustępować jasnej kamionce dekorowanej farbami podszkliwnymi. Wzory nanoszono kawałkami odpowiednio przyciętej gąbki stemplujące naczynia tak, by powstawały kropki, kółka, rozetki czy rybie łuski. 

Nie ma jednego projektanta, któremu można by przypisać charakterystyczne pawie oczko (kobaltowe kółeczko z “otworem” pokazującym biel gliny pośrodku). Motyw był raczej dopracowywany i powtarzany przez kolejne bolesławieckie zakłady, aż stał się ich wspólnym znakiem rozpoznawczym. Wzór, który dzisiaj łatwo wziąć za odwieczny ludowy ornament, jest w istocie produktem końca XIX wieku – epoki industrializacji.

Bye Bunzlau

Rok 1945 przeciął ten pęd ku rozwojowi dość brutalnie. Bunzlau znalazło się w nowych granicach Polski, a jego niemieccy mieszkańcy zostali wysiedleni. Na ich miejsce przyjeżdżali Polacy – byli robotnicy przymusowi, przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, głównie z okolic Drohobycza i Tarnopola, a także repatrianci z Jugosławii. Bolesławieccy garncarze nie zmienili obywatelstwa, i nie przyszli rano do pracy. W mieście, w którym wiedzę o ceramice przekazywano z pokolenia na pokolenie, w krótkim czasie niemal całkowicie wymienili się mieszkańcy. 

Przetrwanie przedwojennej tradycji Bolesławca nie było więc wcale oczywiste. Zakłady zostały w znacznej mierze zniszczone, część wyposażenia wywieziono, a słynna szkoła ceramiczna przestała istnieć. Zostały jednak budynki, piece i miejscowa glina.

I w tym miejscu historii pojawia się Tadeusz Szafran, krakowski ceramik i technolog, który po wojnie inwentaryzował miejscowe fabryki i oceniał, które da się jeszcze uruchomić. W sierpniu 1946 roku ruszyła dawna wytwórnia Reinhold & Co. – już jako polski zakład, z którego wyrosły późniejsze Zakłady Ceramiczne “Bolesławiec”. Kilka lat później zaczęła działać związana z Cepelią Ceramika Artystyczna.

To, co dziś traktujemy jako rodzimą ceramikę, jest w istocie kontynuacją kilkusetletniego śląskiego rzemiosła, przedwojennego niemieckiego przemysłu ceramicznego i powojennego polskiego wzornictwa. Może i granica zmieniła się w 1945 roku, ale glina została dokładnie tam, gdzie była i w paleolicie.

Na tle innych słynnych ośrodków ceramicznych Bolesławiec jest przypadkiem dość osobnym. Niecałe 150 kilometrów dalej, za niemiecką granicą znajduje się Miśnia wyrosła z kaprysu Augusta Mocnego, który na początku XVIII wieku tak bardzo chciał uniezależnić się od importowanej z Chin porcelany, że finansował eksperymenty mające odkryć sekret jej produkcji. Gdy się udało, założył pierwszą w Europie manufakturę porcelany – królewską, luksusową i od początku nastawioną na wytwarzanie przedmiotów, które miały olśniewać.

Bolesławiec a Ćmielów (z Mieśnią w tle) 

Równie kultowy co Bolesławiec Ćmielów poszedł jeszcze inną drogą: od manufaktury fajansu przeszedł do porcelany, ale sławę zyskał dopiero po wojnie, gdy zaczęły powstawać tam modernistyczne serwisy i słynne figurki projektowane przez artystów związanych z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego. Do dziś to perełki polskiego designu. 

Bolesławiec nie miał ani ambitnego króla, ani wybitnych projektantów. Historia była prostsza: najpierw była glina, glina stała się garnkiem i zamieszkała w tysiącach domów. 

Wrzucanie bolesławieckiej ceramiki do jednego worka z polskim folklorem, zaciemnia jej historię. Najbardziej charakterystyczny wzór powstał w niemieckim Bunzlau w epoce fabryk i secesji, po wojnie przejęli go polscy ceramicy, a dziś talerz w pawie oczka ma większe szanse wylądować w Arizonie czy Minnesocie, niż trafić do wiejskiej chałupy. 

Jednak fakt, że w tym samym miejscu od setek, jeśli nie tysięcy lat bierze się miejscową glinę i próbuje zrobić z niej coraz lepsze naczynie, działa na wyobraźnię. Jak na coś, co przez lata oglądaliśmy przez witrynę Cepelii, całkiem mało w tym cepelii, choć całkiem dużo historii.

 


Czytaj także: