Po 16 latach obecności na polskim rynku Muji – japońska marka z dodatkami do domu, ubraniami i artykułami papierniczymi – ogłosiła, że wycofuje się z naszego kraju. Mimo że w tym czasie doczekało się tylko jednego sklepu (najpierw w Arkadii, potem zaś Mysiej 3 w Warszawie – zagłębiu polskich marek i concept store’ów), stylistyka marki jest emblematyczna dla japońskiego myślenia o projektowaniu, powoli przebijającego się  i w Europie.

WIDEO

player placeholder

Już sama nazwa Muji pochodzi od japońskiego “Mujirushi Ryohin”, co oznacza w wolnym tłumaczeniu “towary wysokiej jakości bez logo”. 

Opuszczenie Polski przez markę jest tu jednak tylko pretekstem, by pochylić się nad tym, jak Japonia zagościła w naszych mieszkaniach i szafach. I to mimo że większość z nas nie zdaje sobie z tego sprawy. Często nazywamy to minimalizmem albo dobrym designem, najczęściej jednak mylimy wpływy japońskie ze stylem skandynawskim.

Zobacz także:

#Japandi 

Nie bez powodu – mix stylu japońskiego i duńskiego doczekał się nawet oddzielnej nazwy – mianowicie Japandi. Tego hasztagu użyto na Instagramie już ponad 870 tys. razy. Tym, co łączy obie nie tyle kultury, ile szkoły designu, jest zamiłowanie do naturalnych materiałów i prostych form, a także użyteczności. Różnice są subtelne – w skandynawskiej palecie kolorystycznej dominuje biel, w japońskiej kolory ziemi i ciemne drewno. Japońskie meble są co do zasady masywniejsze i bardziej geometryczne. Skandynawskie na odwrót.

Styl Japandi to fuzja. Spotkanie koncepcji wabi-sabi (dostrzeganie piękna w niedoskonałości, szacunek do przedmiotów z historią, nawet jeśli nie są cenne) z duńskim hygge (samodzielnie tworzona przytulność i otaczanie się przedmiotami wpływającymi na nasz dobrostan). 
Jeśli masz w domu dużą świecę zapachową, wełniany koc, a jednocześnie wytarty parkiet, którego celowo nie naprawiasz, i PRL-owski wazon z targu staroci – to znak, że zaadaptowałaś elementy Japandi. Można na tę diagnozę pokręcić nosem i uznać, że to przypadek, ale za wyborami estetycznymi i “podoba mi się” stoi zazwyczaj coś więcej. 

Chałupnicza analiza: czy 20 lat temu ktoś miał w domu naturalne woski zapachowe? Co najwyżej pachnące syntetyczną maliną tea lighty. W tym samym 2006 roku uznawało się, że podniszczona podłoga to wstyd przed gośćmi, a rzeczy z PRL-u najlepiej wyglądają w tzw. altanie (śmietnikowej). 

Trendy mają to do siebie, że wiele z nich pojawia się w naszym życiu przez osmozę. W filmie “Diabeł ubiera się u Prady”, Meryl Streep świetnie tłumaczy to postaci granej przez Anne Hathaway – możesz być ignorantką i uważać, że wybrałaś kobaltowy sweter ot tak, ale de facto nosisz piątą wodę po kisielu z wybiegów sprzed trzech lat, nie mając o tym pojęcia. 

Kącik historyczny

Japońskie oddziaływanie na gust Europejczyków zaczęło się jednak znacznie wcześniej, gdy Japonia otworzyła się na handel z Zachodem w XIX wieku. Wcześniej kraj pozostawał w całkowitej, trwającej niemal 200 lat izolacji, rozwijając endemiczną kulturę i sztukę. 

Europejczycy (oczywiście ci co bogatsi) rzucili się w kolekcjonerskim szale na japońskie drobiazgi: parawany, porcelanę, wachlarze, kimona. “Japoński akcent” był obiektem pożądania. Kimona traktowano wówczas raczej jak strój po domu niż coś, w czym można wyjść na ulicę (chyba że należało się do cyganerii i przesiadywało w legalnych wówczas palarniach opium). 

W kimonie widziano z jednej strony kostium “Orientu”. Z drugiej jego konstrukcja dawała ciału coś, czego kobiety z Europy nie znały: oddech. Nie trzeba było wciskać się w gotowy stelaż, pilnować krzywizn pleców, wciągać brzucha, a na domiar wszystkiego się pocić. Materiał kimona po prostu okalał ciało. 

Zachodnie krawiectwo długo traktowało ubranie jak narzędzie do dyscyplinowania sylwetki. Ubranie było dozorcą poprawności, tworzyło “ciało społeczne”. Japońska konstrukcja oparta na prostych panelach tkaniny i kroju bliższym geometrii niż sylwetce wyrzeźbionej przez krawca była powiewem świeżości, który długo stał w poczekalni. 

Na początku XX wieku tę lekcję podchwycili projektanci tacy jak Paul Poiret (awangardowe wówczas kroje typowe dla lat 20.) czy Madeleine Vionnet (królowa materiałów falujących wokół ciała). Luźniejsza, opływowa sylwetka zaczęła powoli odklejać kobiece ciało od gorsetu. Oczywiście nie dlatego, że Europa nagle przejrzała na oczy i uznała, że kobiety są uciskane (dosłownie i w przenośni). Moda rzadko zważa na wygodę, a jeśli już, to w poszukiwaniu nowości. 

Japońskie formy dały zachodnim projektantom nowe inspiracje: uproszczony krój, inną linię ramion, mniej obsesji na punkcie talii, więcej pracy samej tkaniny.

Wielkie przetasowanie

W latach 80. pochodzący z Japonii projektanci jak Rei Kawakubo, Yohji Yamamoto i Issey Miyake (dziś kojarzony głównie ze względu na perfumy) pokazali Zachodowi ubrania, przy których klasyczna elegancja zaczęła wyglądać jak garderoba surowej dyrektorki szkoły podstawowej w mieście powiatowym.

Czerń, asymetria, przeskalowane proporcje, szwy na wierzchu. Słynna dekadę później “szóstka z Antwerpii” (absolwenci Akademii Sztuk Pięknych w tym mieście – jednej z najlepszych uczelni artystycznych na świecie) weszła w koleiny stworzone przez Japończyków. Ubranie przestawało służyć do "poprawiania figury”. Stało się konstrukcją – czasem piękną, czasem dziwną, czasem celowo niewygodną dla oka przyzwyczajonego do talii, nogi i połysku.

Japońska awangarda pokazała, że ubranie może stworzyć wokół sylwetki przestrzeń, zamiast modelować ciało. Dziś marynarka oversize albo pudełkowy tiszert nikogo nie dziwią. Za duża koszula, spodnie typu balloon, sukienka przypominająca strój porcelanowej lalki – krótka, szeroka, bez wcięcia w talii. Kiedyś taki luz naruszał porządek, według którego kobieta miała przede wszystkim wyglądać dobrze w oczach kogoś innego (mężczyzny) i podkreślać tzw. drugorzędne cechy płciowe. 

Na zmianę złożyło się wiele elementów: streetwear, feminizm, praca zdalna, zmęczenie szpilkami, pandemia i potrzeba wyjścia spod pręgierza wiecznego wciągania brzucha. Japońscy projektanci dali europejskiemu gustowi uzasadnienie dla ubrania, które nie przylega. Pokazali, że luz nie musi oznaczać niechlujstwa. 

Tę samą myśl widać też w przedmiotach. Muji, obecne w Wielkiej Brytanii od początku lat 90., sprzedało Europie prostotę w wersji użytkowej. Lepszej, bo i porządniejszej niż Ikea, a często i sprytniejszej, jeśli chodzi o zarządzanie przestrzenią osobistą. Okazało się, że pudełko z matowego plastiku może wyglądać designersko. 

W przypadku Muji brak zdobień nie jest brakiem pomysłu – to cały pomysł. Widać tu japońską koncepcję “ma” –  przestrzeni i pauzy. Jest jeszcze “ku”, czyli pustka rozumiana nie jako brak, ale potencjał. 

To nie "zen corner”, raczej filozofia “no logo”. Otaczające nas przedmioty nie muszą krzyczeć, do jakiego stylu życia aspirujemy. Mają być funkcjonalne i porządne – nawet jeśli są wykonane z pleksi. 

Za tą prostotą stoją zresztą konkretni ludzie. Kenya Hara, dyrektor kreatywny Muji, pisał o prostocie jako czymś bliskim naturze, co po prostu jest, a nie coś symbolizuje. Naoto Fukasawa projektował dla marki przedmioty tak oczywiste, że niemal niewidzialne. Formy sprawiające wrażenie, że istniały od zawsze.

Uniqlo poszło podobną drogą, tylko w ubraniach i na masową skalę. Jeśli Muji nauczyło Europę, że pudełko na długopisy może zachwycać, choć nie ma w sobie nic szczególnego, Uniqlo pokazało, że odpowiednio zestawione zwyczajne elementy garderoby to niepodrabialna stylizacja, której siłą jest nonszalancja i jakość. 

Sukces Uniqlo pokazuje zmianę kursu, przyjęcie normecore’u nie jako sezonowego trendu, ale niemal stylu życia. Europejska klientka, przez lata tresowana do przekonania, że “ładne” znaczy bardziej kobiece, dopasowane, zaczęła kupować ubrania dające luz. Biały tiszert zamiast bluzki z dekoltem. Spodnie bez potrzeby udowadniania, że właścicielka ma długie nogi i talię.

Japandi jest wnętrzarskim odpowiednikiem tego samego przesunięcia. To nie jest romans, tylko relacja rozwijająca się od XIX wieku. Duńscy projektanci szukali inspiracji w japońskiej prostocie, a po wojnie jeździli do Japonii, oglądając przesuwne drzwi, drewniane werandy, otwarte przestrzenie i tradycję łączenia wnętrza z tym, co je otacza – naturą, kamienicami z historią czy mieszkaniami z wielkiej płyty (tego Japończycy oczywiście nie robili – chodzi o samą ideę). 

Duński i japoński design łączy też idea, że przedmiot powinien być użyteczny, dobrze wykonany i nie męczyć człowieka swoją obecnością. Skandynawskie hygge i japońskie wabi-sabi spotkały się dość naturalnie: w drewnie, niedoskonałej, bo ręcznie robionej ceramice, niskim świetle, tkaninach bez połysku. Życie bywa na tyle frenetyczne, że przynajmniej w domu można zaprojektować sobie spokój.

 Japonia miała w poważaniu soft power w postaci przeszczepiania swojego myślenia o designie na Zachód. Spowodowała jednak serię przesunięć, na skutek których inaczej patrzymy na pustą przestrzeń w pokoju czy płaszcz dotykający ciała tylko w ramionach. Coś, co kiedyś było nie do pomyślenia, dziś wydaje się oczywiste. Nie każdy metr kwadratowy musi być wypełniony, podobnie jak ciało nie musi być opięte.

Nijakość performatywna

O modzie często mówi się, że powinna wyrażać osobowość człowieka – ktoś ubiera się na czarno, kto inny w krzykliwe wzory lub też obwieszcza się markami. A może prawdziwe wyrażanie siebie to przesunięcie tego komunikatu na drugi plan. Pozorna “nijakość” sprawia, że człowiek może być na pierwszym planie, bo gdy żaden element nie krzyczy i nie wychodzi przed szereg, łatwiej słuchać osoby. Trudno ocenić kogoś na podstawie ubioru, gdy nosi proste kroje i stonowane kolory.

Stety-niestety na tzw. Zachodzie filozofia najczęściej zamienia się w koszyk zakupowy. Wabi-sabi staje się drogą misą z nierównym rantem, a Japandi otrzymuje łatki “modern organic” albo i “quiet luxury”. Kapitalizm ma to do siebie, że wszystko przerabia na produkt. 
Nie zmienia to faktu, że zaczęliśmy dostrzegać walor przestrzeni, prostoty i rzeczy z historią. Nie trzeba znać historii kimona, żeby odnaleźć ulgę w oversizie. 

Kiedyś dobry gust oznaczał, że widać było wysiłek, dziś coraz częściej polega na tym, że wreszcie go nie widać. Co nie znaczy, że w tej nonszalancji nie trzeba się wysilić. 


Czytaj także: