Człowiek miewa sentymenty do najdziwniejszych rzeczy. Może to być umiarkowanie przyjemny zapach stajni, który jednak po latach potrafi obudzić niespodziewaną falę wspomnień – z lata u babci czy też dawnego hobby. Albo smak pomidorów – takich prosto z krzaka, nie zaś z supermarketu w listopadzie. Nie chodzi tu jednak wcale o zapach czy smak, ale o to, co dany bodziec nam przypomina. 

WIDEO…

player placeholder

Dlatego nostalgia tak dobrze działa jako chwyt marketingowy – żeby wspomnieć choćby wielki powrót oranżady Hellena, soków Frugo czy akcję promocyjną Lidla, który ostatnio wydał numer “Bravo” z Mandaryną na okładce. 

Kapsułą czasu może być jednak i coś, do czego żadna z nas dziś by nie wróciła. Nie przez brak sentymentu, ale dlatego, że branża poszła do przodu w tak zawrotnym tempie, że niegdysiejsze hity z dzisiejszej perspektywy wydają się śmieszne. Nie znaczy to jednak, że nie budzą wspomnień z epoką, gdy miałyśmy je w łazienkach. Mowa tu oczywście o kosmetykach.

Zobacz także:

Dream Matte Mousse, Maybelline

Weźmy taki Dream Matte Mousse, podkład Maybelline w małym słoiczku, który na rynek trafił w 2004 roku i z miejsca został hitem – i to w czasach, gdy kosmetyki polecało się pocztą pantoflową, nie zaś na Wizażu i TikToku. 

Podkład, który może i wygładzał skórę – dziś powiedzielibyśmy “jak filtr na Instagramie” – ale nigdy nie zastygał, odbijając się na każdej powierzchni, której dotknął. Nie zrobiłby jednak tak zawrotnej kariery, gdyby nie fakt, że był jednym z pierwszych na rynku podkładów z tej półki cenowej, który nie utleniał się, zmieniając odcień (niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie wyszedł z domu z fluidem na twarzy, który stawał się pomarańczowy).

Dream Matte Mousse miał też cechę, która dzisiaj jest dla nas oczywista, ale w zamierzchłym 2004 mało który producent zdawał się o niej myśleć – był bardzo przyjemny w użyciu. Nakładanie na twarz przyjemnego musu, który rozprowadzał się gładko jak gęsty krem to do dziś nie tak często spotykane doświadczenie. 

Dla wyżej podpisanej był to pierwszy własny (a nie podkładany mamie) podkład, wspominam go więc z podwójnym sentymentem. Pamiętam, że po pieczołowitym wysmarowaniu się jego grubą warstwą (w dodatku w zbyt jasnym odcieniu, który sprawiał, że wyglądałam jak w masce gejszy), patrzyłam w lustro z zachwytem.

Z dzisiejszej perspektywy musiałam wyglądać co najmniej groteskowo, ale wierzę, że setek innych dziewczyn wymalowanych dokładnie tym samym kosmetykiem, to nie dziwiło. Niezłą ekwilibrystyką było też uniknięcie umazania podkładem wszystkiego wokół. Miało to swoje plusy: nauczyłam się nie dotykać wciąż twarzy. Przeżył też ze mną pierwsze randki i maturę, by zostać pokonany przez podkład Lirene.

Dream Matte Mousse został wyparty z rynku przez podkłady wodne, które wtapiały się w skórę i zasychały – a la Double Wear od Estee Lauder, który choć wydany pod koniec lat 90., w Polsce stał się popularny o wiele później – pewnie ze względu na cenę, która przez lata była zaporowa. 

Perełki Arabian Glow, Avon

Skoro podkład zabierał twarzy blask i trójwymiarowość, należało je jakoś przywrócić. Dziś sięgamy po kremowe róże i kropelki brązujące. Na początku lat dwutysięcznych wystarczał jeden produkt, którym zamaszyście omiatało się policzki i skronie, a niekiedy – skoro pędzel i tak był już w dłoni – całą twarz.

Mowa o perełkach brązujących Avon Arabian Glow (choć edycji było kilka). Sam pomysł stworzenia pudru w postaci różnokolorowych kulek należał do marki Guerlain, która w 1987 roku wypuścił słynne Météorites – do dziś w jednym z najpiękniejszych opakowań przemysłu kosmetycznego. Z pudrem Guerlain był jeden, zasadniczy problem – był zaporowo drogi, nie inaczej niż obecnie – oficjalna cena na stronie producenta to 324 złote. 
Avon wziął rozwiązanie kojarzone z luksusową marką i przeniósł je do katalogu krążącego po szkołach i biurach. To, co u Guerlain było wyrafinowaną grą światła i kolorów, tutaj obiecywało przede wszystkim wakacyjny blask bez konieczności wyjeżdżania na wakacje.

W środku znajdowały się kulki w kilku odcieniach brązu, beżu i złota. Teoretycznie kolory miały połączyć się na pędzlu, dając efekt skóry muśniętej słońcem. W praktyce ”muśnięcie” potrafiło zmienić się w policzek koloru cegły, wzbogacony drobinkami widocznymi z drugiego końca korytarza. Wszystko zależało od oświetlenia i tego, ile razy zakręciłyśmy pędzlem w pudełku.

Była jeszcze dołączona do perełek gąbeczka. Część właścicielek próbowała nakładać nią kosmetyk, choć w rzeczywistości miała ona chronić kulki przed pokruszeniem. Sam produkt niemal niezniszczalny – perełki przechodziły z właścicielką przez kolejne etapy edukacji, związki oraz przeprowadzki. Niewykluczone, że pojedyncze opakowania Arabian Glow nadal spoczywają na dnie łazienkowych szafek, czekając na badaczy kultury materialnej początku XXI wieku.

Perełki nie zniknęły całkowicie – Avon sprzedaje ich kolejne wcielenia do dziś. Utraciły jednak pozycję obiektu pożądania. Wyparły je matowe pudry do konturowania, wyparte następnie przez kremowe sztyfty i płynne bronzery, pozwalające stworzyć efekt bardziej przypominający cień. Dziś perełki to przede wszystkim wspomnienie czasów, gdy katalog Avonu krążył po klasach i biurach budząc ekscytację – zwłaszcza stronami, które można było potrzeć nadgarstkiem, by poczuć zapach perfum marki. 

Flowing i Jamaica (Puma)

Idźmy dalej – do zapachów, które mogłyby robić za wehikuł czasu dla całego pokolenia, mianowicie Puma Flowing i Puma Jamaica, znane także jako “różowa” i “żółta” Puma. Pierwszy z nich zadebiutował w 2003 roku. Mimo sportowego logo na opakowaniu nie pachniał wcale żelem pod prysznic (wówczas najmodniejsze były te Adidasa). Puma Flowing łączył malinę, mandarynkę i czarną porzeczkę z fiołkiem, irysem, wanilią oraz piżmem, dając efekt słodki, pudrowy i bardzo dziewczęcy. Dla wielu nastolatek był pierwszym własnym zapachem wyglądającym jak prawdziwe perfumy. Początek lat 2000 to też czas, gdy zapachy Pumy i Adidasa kojarzyły się w Polsce z czymś luksusowym – pewnie nie bez związku z bardzo drogimi z perspektywy przeciętnej wypłaty butami tych marek. 

W 2004 do Flowing dołączyła Puma Jamaica w żółtym flakonie. Premierę połączono ze współpracą Pumy z jamajską reprezentacją lekkoatletyczną przed igrzyskami olimpijskimi w Atenach. Damska butelka była żółta, męska zielona, w nawiązaniun do barw jamajskiej flagi (jeśli zastanawialiście się kiedyś, skąd wiecie, jak wygląda flaga małej wyspy na Karaibach – to właśnie stąd). Zapach kierowano jawnie głównie do nastolatków, czyli grupy, która chciała używać perfum, lecz rzadko dysponowała pieniędzmi na luksusową markę.

Jamaica pachniała mandarynką, gruszką, czarną porzeczką, brzoskwinią i kokosem. Miała być słoneczna, egzotyczna i beztroska – oferowała tę samą ekscytację, co teledyski z MTV i katalogi biur podróży, tylko w cenie dostępnej dla licealistki. Sądząc po liczbie zachowanych recenzji z tamtego okresu to jednak Puma Flowing była większym przebojem. Jamaica miała krótszy okres świetności: pojawiła się w 2004 roku, a pod koniec dekady zaczęła znikać z drogerii.

Oba zapachy przegrały nie tyle z jednym lepszym produktem, ile z tempem, w jakim rynek zaczął dostarczać młodym klientkom kolejnych nowości. Przyszły perfumy gwiazd, kolejne limitowane serie i mgiełki do ciała i coraz słodsze kompozycje. Być może to po prostu my z nich wyrosłyśmy. Nie oznacza to jednak, że jedno psiknięcie nie przeniosłoby nas wspomnieniami do połowy lat dwutysięcznych.

Apricot Scrub, St. Ives

Nie wszystkie kosmetyczne wspomnienia uruchamia jednak zapach. Niektóre pamięta się niemal całym naskórkiem, co nie znaczy, że naskórkowo. Weźmy St. Ives Apricot Scrub – peeling morelowy i broń ciężkiego kalibru w walce z zaskórnikami. Miał gęstą, kremową konsystencję i tak twarde drobinki, że po jego użyciu skóra może i była gładka, ale zazwyczaj także czerwona jak przy -12. Wówczas nie budziło to jednak większych podejrzeń: było czuć, że kosmetyk działa. 

St. Ives idealnie odpowiadał ówczesnej filozofii pielęgnacji problematycznej skóry. Twarz miała po myciu skrzypieć, tonik szczypać, a peeling ścierać z niej każdą nierówność. Delikatny kosmetyk budził nieufność, bo i jak coś, czego niemal nie czuć na skórze, miałoby odeprzeć atak zaskórników?
Co ciekawe, w morelowym peelingu nie było grama moreli, tylko zmielone skorupy orzecha włoskiego. Morela robiła tu tylko PR, całkiem jak gdyby orzech budził zdrożne skojarzenia. W epoce przed kwasami kosmetycznymi i powszechną świadomością, czym jest bariera hydrolipidowa, ścieranie skóry papierem ściernym w kremie, wydawało się po prostu dogłębną pielęgnacją. 

St. Ives przegrał ostatecznie z kwasami AHA i BHA, peelingami enzymatycznymi oraz odkryciem, że skóry nie trzeba regularnie szorować do czerwoności, żeby była czysta. Produkt nadal można kupić, choć w popularnych drogeriach go nie uświadczymy. Zasłużył jednak na zostanie symbolem czasów, gdy skuteczność kosmetyku mierzyło się poziomem dyskomfortu po jego użyciu.

Błyszczyki z kulką, Constance Carroll

Po tak gruntownym oczyszczeniu twarzy można było przejść do makijażu. Albo chociaż do jego wersji, na którą zgadzali się nawet rodzice 11-latek – błyszczyka Constance Carroll w kulce. Mimo że występował w kilku kolorach, na dawał prawie żadnego koloru, wysuszał, za to błyszczał i zbierał wszystkie włosy, które wystawały z kucyka typu koński ogon.

Constance Carroll to firma, która wystartowała w 1981 roku niedaleko Liverpoolu, a w Polsce jej kosmetyki stały się popularne w latach 90. Obok pudru Compact Refill to właśnie owocowe błyszczyki roll-on należały do produktów, które znały właściwie wszystkie nastolatki – nawet jeśli nie miały własnego, z pewnością znały kogoś, kto pozwalał się nim czasem pomalować. Było to jeszcze zanim na rynku masowo zaczęły pojawiać się błyszczyki z aplikatorem, które w takim 2003 wydawały się niemal przewrotem kopernikańskim. 

W małej buteleczce znajdowała się przezroczysta, oleista maź o chemicznie owocowym zapachu. Kulka nie zawsze chciała się obracać, by chwilę później obficie zalać usta i szyjkę opakowania. Po kilku użyciach kleił się już nie tylko sam błyszczyk, ale też zakrętka, dłonie i kieszeń kosmetyczki. Trwałość kosmetyku była symboliczna, co miało jednak pewną zaletę: można go było nakładać ponownie co pół godziny. Sam gest malowania ust był ważniejszy od efektu.

Pomysł nie był nowy. Już w połowie lat 70. Maybelline sprzedawało w Stanach Zjednoczonych owocowy błyszczyk Kissing Potion w buteleczce z kulką, który stał się jednym z symboli ery disco. Constance Carroll przeniosło tę odrobinę Zachodu do rzeczywistości polskich drogerii, osiedlowych sklepów i szkolnych plecaków. Błyszczyk był tani, pachniał jak landrynka i pozwalał przez chwilę poczuć się doroślej.

Dziś podobne, choć o wiele lepsze formuły wracają pod postacią olejków do ust. Zasada pozostaje właściwie ta sama: przezroczysta, pachnąca substancja ma nadać ustom mokry połysk. Teraz nazywamy to po prostu lip oil i kupujemy za kwotę, za którą kiedyś można było kupić błyszczyki Constance Carroll na każdy dzień tygodnia, a nawet dwóch. 

Łatwo z dzisiejszej perspektywy śmiać się z dawnych kosmetyków z ich bezwstydnymi wadami: podkład zostawał na kołnierzu, peeling drapał, błyszczyk wysuszał usta bardziej niż matowa szminka, a bronzer był pomarańczowo-brudny. Dzisiejsze formuły są bez porównania lepsze. Nie znaczy to jednak, że branża przestała sprzedawać nam dokładnie tę samą obietnicę – że od lepszej wersji siebie dzieli nas jeden słoiczek.

Zmienił się język, “dogłębne oczyszczanie” zastąpiła troska o barierę hydrolipidową, błyszczyk w kulce wrócił jako lip oil, a opaleniznę z pudełka dają dziś kropelki, którymi trudno się skrzywdzić. Za dwadzieścia lat ktoś będzie zapewne patrzył z podobnym niedowierzaniem na maski LED, dziesięcioetapową pielęgnację i naklejki na pryszcze noszone jak ozdoby. Nie tęsknimy za drapiącym peelingiem ani lepkim błyszczykiem, zdarza się nam natomiast tęsknić za sobą z czasów, gdy ich używałyśmy. 


Czytaj także: