Na hasło “wyścigi konne” w głowie przeciętnego zjadacza chleba pojawia się szereg skojarzeń – szalone kapelusze z Royal Ascot, wyższe sfery, szampan i konie o wartości mieszkania w centrum Warszawy. Trudno się dziwić, skoro Wielką Warszawską, najstarszą gonitwę w Polsce, organizowaną od 1895 roku, pokazują w telewizji – są nagrody od prezydenta miasta i celebryci przestrzegający dress code’u Trybuny Honorowej.
WIDEO…
Może dlatego wielu osobom nie przychodzi nawet do głowy, że wyścigi konne, to event masowy, na który może wejść każdy. Bilety nie kosztują zaś krocia – ceny zaczynają się już od dwudziestu kilku złotych. Więcej – są imprezą, która bardziej przypomina piknik rodzinny z masą atrakcji. I to takich, które spodobają się i dorosłym.
Może nie każdy zostanie z miejsca wielkim miłośnikiem gonitw i specjalistą od koni pełnej krwi angielskiej z ulubionym dżokejem (lub dżokejką – bo pań w tym interesie nie brakuje), ale trudno nie docenić jednorazowego popołudnia spędzonego na torze.
Mój pierwszy raz
Mimo że w Warszawie mieszkam już od niemal 20 lat, z pójściem na Tor Służewiec zwlekałam. Czasem zdjęcia czy newsy przypominały mi, że miałam się tam wybrać, ale nie wiedziałam dokładnie, jak to wszystko działa i ile kosztuje, a sprawdzić zapominałam. Aż do tego roku.
Przypadkowo (o ile można mówić o wielkiej przypadkowości w przypadku reklamy) natrafiłam na plakat z hasłem “weekend po warszawsku” i zdjęciem koni w galopie. Tknięta nagłą chęcią spędzenia właśnie tak weekendu z miejsca weszłam na stronę toru i kupiłam bilety, ot – zwykłe wejściówki dla czterech osób (niniejszym składam gratulacje ludziom od reklamy – “call to action” idealny).
Podekscytowana przeczytałam o wyścigowym dress codzie i pognałam szukać czegoś na kształt kapelusza (lub fascynatora) w cenie niezwalającej z nóg. Centrum handlowe okazało się średnim miejscem, jeśli chodzi o styl wyścigowy, ale zdobyłam toczek i to mimo że poza Trybuną Honorową nie jest to obowiązek. Był to jednak element zabawy (choć kapelusz polecam jednak kupować na miejscu, gdzie znaleźć można stoiska modystów i modystek z całej Polski).
Szybko okazało się, że nie trzeba wielkiej znajomości bukmacherki i drzewa genealogicznego konia, żeby wkręcić się w wyścigi. Dzień wyścigowy składa się z kilku gonitw rozgrywanych mniej więcej co pół godziny. Przed każdą konie można obejrzeć na padoku, gdzie robią kilka okrążeń prezentując muskulaturę i większą lub mniejszą ochotę do współpracy. Potem pojawiają się dżokeje, każdy w innym, kolorowym stroju (koszuli), co pomaga odróżnić ich z daleka. Galopują do bloków startowych, a publiczność przenosi się na trybuny.
Zakład można zawrzeć (minimalna wartość to 3 zł), ale nie trzeba. Można też wytypować zwycięzcę na podstawie imienia, daty urodzenia (jedna z pań, którą spotkałam na torze szukała takiego, który urodził się wtedy, kiedy ona) albo koloru stroju dżokeja. Metoda godna potępienia, ale dokładnie takie samo prawo do krzyczenia na finiszu. Wyścigi nie są sportem szczególnie hermetycznym – ich główną zasadę zrozumie i kilkulatek: wygra ten, kto pierwszy przekroczy linię mety.
Wyścig starszy od niepodległości
Wielka Warszawska to wyścig starszy nie tylko od większości swoich widzów, ale i od samego Toru Służewiec. Ustanowił ją w 1895 roku hrabia August Potocki, ówczesny prezes Towarzystwa Wyścigów Konnych w Królestwie Polskim. Miała być warszawską odpowiedzią na paryskie Grand Prix i szybko stała się najważniejszą gonitwą jesiennego sezonu.
To wyścig o tyle ciekawy, że pozwala porównać konie należące do różnych roczników. Derby są sprawdzianem dla trzylatków, zaś Wielka Warszawska pozwala na udział także bardziej doświadczonych zawodników. Konie pełnej krwi angielskiej pokonują 2600 metrów – to dystans dostatecznie długi, że nie wystarczy po prostu ruszyć przed siebie z pełną mocą. Liczy się rozłożenie sił, tempo, wybór pozycji, decyzja dżokeja o rozpoczęciu ataku i oczywiście humor i dyspozycja konia.
Gonitwa przetrwała wiele. Bywała zawieszana, a podczas I wojny światowej wraz z polskimi końmi wyemigrowała do Odessy. Przez pierwsze dekady rozgrywano ją na Polu Mokotowskim, ponieważ Służewiec był wówczas dopiero w planach.
Pod koniec lat 20. warszawski tor na Polu Mokotowskim coraz wyraźniej nie przystawał do ambicji organizatorów, a w dodatku powstrzymywał rozrost miasta na Południe. Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni nabyło 150 hektarów ziemi na Służewcu i postanowiło wybudować nie tyle nowy tor, ile całe wyścigowe miasteczko.
Projekt powierzono młodemu architektowi Zygmuntowi Plater-Zyberkowi (swoją drogą spokrewnionemu z Emilią Plater), który przed rozpoczęciem pracy odwiedził najlepsze europejskie hipodromy i zdecydował się na szalenie modny w 20-leciu międzywojennym styl okrętowy (streamline), w którym budynki zyskują opływowe kształty przywodzące na myśl statki.
Rozmach inwestycji szumnie opisywała przedwojenna prasa. W 1937 roku gazeta “Jutro” zapowiadała “park dla stacjonowania automobili” oraz “trawę gładką jak zielony aksamit”. Słowem – kurort dla koni – tych mechanicznych i prawdziwych. Co zabawne, w Warszawie lat 30. samochodów było na tyle mało, że wszystkie zmieściłyby na służewieckim parkingu.
Powstały stajnie mogące pomieścić nawet 800 (sic!) zwierząt, budynki mieszkalne dla trenerów, jeźdźców i pracowników, magazyn zbożowy, a nawet wieża ciśnień zniszczona potem przez Niemców uciekających z Warszawy z końcem wojny. Bieżnia otrzymała system sztucznego zraszania i podłoże przygotowane tak, by nie zamieniała się po deszczu w bagno – wówczas plan szalenie ambitny i nowoczesny. Zanim ruszyły wyścigi, trawę powierzono najbardziej naturalnym kosiarkom dostępnym w latach 30. – sprowadzonym na Służewiec owcom.
Starannie przygotowano też strefy dla publiczności, choć zgodnie z ówczesnym porządkiem społecznym nie wszyscy mogli oglądać gonitwy w takich samych warunkach (pod tym względem nic nie zmieniło się do dziś). Trybuna Honorowa była przeznaczona dla najważniejszych gości, Trybuna II mieściła kilka tysięcy zwykłych widzów, a najtańsza, Trybuna III, która nigdy nie została dokończona – kolejne tysiące osób na miejscach stojących. Na nowy tor przeniesiono również kolekcję obrazów z toru na Polu Mokotowskim która do dziś znajduje się w Trybunie Honorowej.
Konie, Niemcy i “Akademia pana Kleksa”
Wielkie otwarcie toru zaplanowano na 3 czerwca 1939 roku. Trzy miesiące później rozpoczęła się wojna, a nowoczesny kompleks zajęli Niemcy. W stajniach działał szpital weterynaryjny, natomiast główną bieżnię zamieniono w lądowisko dla niewielkich samolotów. Niemcy potrafili docenić tor i konie, tym bardziej, że potrzebowali zaplecza dla swoich własnych rumaków. Jednym z pracowników toru był w czasie okupacji Jan Brzechwa, oficjalnie zatrudniony jako ogrodnik odpowiedzialny za żywopłoty. Wieczorami pisał “Akademię pana Kleksa”.
Po wojnie wyścigi wróciły na Służewiec, a tor przeżył okres państwowych stadnin, finansowe kryzysy i organizacyjne zawirowania. Wśród właścicieli startujących tu koni znaleźli się Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski. Wraz z przemianą ustrojową kompleks wpisano do rejestru zabytków – to jeden z najlepiej zachowanych przykładów przedwojennej architektury sportowej. Od kilku dobrych lat tradycja wyścigów się odradza – ogromny obiekt jest sukcesywnie remontowany, a na trybunach pojawiają się ludzie kultury i sztuki.
O rosnącej randze samych zawodów świadczy z kolei status Listed, który Wielka Warszawska posiada od 2023 roku. W praktyce oznacza on wejście do międzynarodowego systemu prestiżowych gonitw i przyciąga konie trenowane również poza Polską.
Dzień na Torze Służewiec: jak wygląda?
Współczesny dzień wyścigowy nie polega jednak na kilkugodzinnym siedzeniu w ławce i patrzeniu przez złotą lornetkę w dal. Między gonitwami można przemieszczać się między padokiem, trybunami i strefą gastronomiczną.
W programie większych wydarzeń pojawiają się koncerty – zazwyczaj związane tematycznie z torem jak np. zespół grający przeboje z lat 20. Do tego pokazy mody historycznej, konkursy na najbardziej fantazyjne kapelusze i najlepsze stylizacje (swojego toczka nie zgłaszałam, ale co się odwlecze…). Są strefy dla dzieci, gdzie można malować albo poskakać na trampolinie, zawody hobby horse, a tego duży wybór food trucków, który rozwiązują problem niedzielnego obiad.
Podczas Wielkiej Warszawskiej odbywają się także inne ważne gonitwy – główny wyścig jest kulminacją dnia, a nie jego jedynym punktem. Ponieważ teren do dziś imponuje rozmiarami, daje to szansę na obejrzenie gonitw z różnych perspektyw i wybranie swojej ulubionej. Można ustawić się tuż przy barierce, by z bliska usłyszeć tętent koni i poczuć pęd powietrza, podejść w pobliże bloków startowych, albo wspiąć się na trybunę.
“Dodatki” pomagają budować atmosferę i spędzić na Służewcu cały dzień (teren toru otwiera się zazwyczaj około godziny 10:00, zaś zamyka po 18:00), największą atrakcją pozostaje sam rytm wyścigów.
Najpierw oglądanie koni na padoku z komentarzem spikera, wyjście na bieżnię, chwila oczekiwania na start i wreszcie kilka minut, gdy uwaga tłumu skupia się na jednym punkcie. Z daleka widać początkowo jedynie przesuwającą się grupę kolorowych sylwetek. Dopiero na ostatniej prostej między końmi pojawia się wyraźny dystans, publiczność podnosi głos, a osoby, które jeszcze wczoraj nie odróżniały ogiera od wałacha, komentują strategię dżokeja.
W praktyce wyścigi są znacznie bardziej demokratyczne, niż się wydają. Jedni przychodzą analizować statystyki wygranych koni, inni oglądać architekturę, pokazać dzieciom zwierzęta albo założyć spektakularny kapelusz z bażancim piórem, którego nie mieliby odwagi włożyć nigdzie indziej. Nie trzeba podporządkowywać się przedwojennemu rygorowi, ani wydawać kilkuset złotych, by zobaczyć celebrytów z bliska w strefie VIP.
Wystarczy wybrać konia – choćby wyłącznie dlatego, że zabawnie się nazywa – i poczekać, aż ruszy. A potem zrobić ze znajomymi piknik pod drzewem – koniec końców tor to jeden z największych terenów zielonych stolicy – nieco większy od Lasku Bielańskiego i niemal dwukrotnie większy od Łazienek Królewskich.
Prawdziwą barierą wejścia na Służewiec nie jest dziś cena biletu, ale przekonanie, że to rozrywka dla wybranych – nic bardziej mylnego.
To zabawa dla wszystkich: kobiet i mężczyzn, nastolatków i maluchów, starych i młodych. A już zwłaszcza gdy się wygrywa – nawet głupie 26,80 z postawionych 10 złotych. Emocje większe niż na grzybach gwarantowane.
Sezon na Torze Służew się jeszcze nie kończy, gonitwy odbywają się w weekendy, do 15 listopada 2026 włącznie.
Czytaj także: