Coraz częściej przekonujemy się, że różne legendarne dzieła, które jeszcze do niedawna kojarzyły nam się głównie z lekturami szkolnymi, są ponadczasowe i pasują także do współczesnych realiów. Pierwszy tytuł z brzegu to oczywiście „Lalka”, której adaptacji podjęli się zarówno twórcy serialu, jak i filmu. A jakbym wam powiedziała, że również teatr może we współczesny sposób przedstawiać XIX-wieczne dzieła? Wystarczą odpowiednie kostiumy, dobrzy aktorzy i… reżyser, który potrafi obrócić klasykę do góry nogami i wyciągnąć z niej to, czego do tej pory nie dostrzegaliśmy. 

WIDEO…

player placeholder

„Mąż i żona” to nowy spektakl Michała Zadary, który możemy obejrzeć na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu. Historia oparta na podstawie legendarnej farsy Aleksandra Fredry z 1821 roku jest znacznie bardziej współczesna, niż może się wydawać. Po obejrzeniu spektaklu powiem nawet więcej – łapię się za głowę, że w XIX wieku taka historia ujrzała światło dzienne. 

Przedstawienie, do którego chce się wracać

„Pomijamy, że cała jej [komedii „Mąż i żona – przyp. red] treść, więcej złośliwa niżeli dowcipna, stoi na krańcu przyzwoitości tak, że co chwila zda się opadać już ostatnia zasłona kryjąca nagość rozpusty (…); ależ zakończenie przynajmniej powinnoby nagrodzić cnotliwych, karać występnych” – pisał w 1844 roku B. [Aleksander (Leszek) Dunin Borkowski] w „Dzienniku Mód Paryskich”. Absolutnie nie dziwi mnie podkreślenie przyzwoitości tej sztuki w tak cnotliwych czasach. Dziś zdrady, odważne sceny i cięty język zupełnie nas nie dziwią. Ba, są czymś zupełnie normalnym w produkcjach telewizyjnych. Twórcy współczesnej odsłony „Męża i żony” stanęli zatem przed nie lada wyzwaniem. Bo jeżeli zdrady już nie szokują, to czym zaciekawić widza? 

Zobacz także:

Jeżeli ktokolwiek miał się podjąć tego zadania, to on. Michał Zadara to reżyser znany z odważnych interpretacji klasyków światowej literatury. Swoje spektakle wystawiał na deskach teatrów w Warszawie, Wiedniu i Berlinie. Głośno było o jego pełnej 14-godzinnej inscenizacji „Dziadów” Mickiewicza. Zadara od 2025 roku jest dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu, ale nie zrezygnował z reżyserii – wręcz przeciwnie, tym razem postanowił w swoim stylu przedstawić komedię Fredry. 

Podstawowym założeniem reżyserskim tego spektaklu jest zmienna obsada. Wacława, Elwirę, Justysię i Alfreda gra dwoje aktorów i aktorek. Ale żeby tego było mało, obsada rotuje i aktorzy nie grają cały czas w tym samym składzie – łącznie tworzą 16 różnych zestawień, co dodaje pikanterii tej już pikantnej historii. Zmieniają się akcenty, każdy spektakl ma inną dynamikę, a widz poczucie, że nic dwa razy się nie zdarzy na tej scenie. I będzie chciał wracać, żeby zobaczyć spektakl w innej odsłonie. 

Odważnym i też innowatorskim założeniem jest zaangażowanie do spektaklu widowni. Żaden widz nie wie, czy czujny wzrok któregoś z aktorów nie padnie właśnie na niego, a następnie nie zostanie wyciągnięty na scenę. To taki smaczek, który powoduje szmer publiczności i jednocześnie uśmiechy od ucha do ucha na twarzach oglądających.

Ale wróćmy do aktorów, bo to właśnie oni są największą mocą tej sztuki. Jest tu oczywiście mąż i jest żona. Miałam to szczęście, że w obsadzie, którą widziałam podczas premiery, znalazł się Andrzej Olejnik. Byłam zachwycona jego sposobem prowadzenia tej postaci. Z jednej strony poważny pan biznesmen, który za chwilę w obliczu kobiecego uroku zamienia się w ciepłego klucha. Aktor niesamowicie przekładał akcenty w swojej roli tak, aby podkreślać absurd w zachowaniu swojego bohatera. Bez wątpienia to właśnie jego obecność na scenie wywoływała najwięcej śmiechu na widowni. 

W postać jego żony w „mojej” obsadzie wcieliła się Jolanta Zalewska. To jedna z tych aktorek, które już swoją postawą sceniczną potrafią zaimponować widzom. Widać, że ma ogromne doświadczenie aktorskie, ale mam poczucie, że to potrafi być zgubne. O ile nie można przyczepić się do jej warsztatu, o tyle już do interpretacji postaci troszeczkę tak – miałam poczucie, że była nieco przerysowana i przez to najmniej autentyczna spośród wszystkich bohaterów na scenie. 

W sztuce pojawiają się też sprawcy całego zamieszania – Justysia i Alfred. Zacznę od niego. Wystarczy, że Ernest Nita pojawia się na scenie, a już kradnie show i oczy widzów są skierowane właśnie na niego. Jego Alfred jest tak współczesny, że zupełnie zapominamy, z jakich czasów pochodzi oryginalna komedia. Mamy bohatera tu i teraz, namacalnego, zabawnego, przekonującego. Podobnie jest z Justysią, w której postać wcieliła się Aleksandra Chapko-Klimczak. Gdy pojawia się na scenie w spodniach Adidasa czy okularach w stylu Y2K, od razu widzimy, że mamy do czynienia ze współczesną kokietką. XIX wiek? Proszę was. Ta dwójka jest jak wyjęta z TikToka i nagrywająca viralowe filmiki do rytmu włoskich przebojów. 

I coż, że z XIX wieku...

Ale nie idźmy za daleko. TikToka tu nie ma. Jest za to Netflix – pardon, dźwięk, który możemy skojarzyć z Netflixem, ale właśnie takie skojarzenia ze współczesnością to moc tego spektaklu. Sprawia, że cała historia jest nam bliższa, niż może się wydawać. Widz może utożsamić się z bohaterami, choć nikomu nie życzymy, żeby w rzeczywistości znalazł się w tak uwikłanej siatce powiązań romantycznych. Ale i tak jestem w stanie uwierzyć, że takie sytuacje się zdarzają, choć gdy prawda wychodzi na jaw, to więcej w tym dramatu niż komedii. 

Zadara znany jest ze swojego zamiłowania do łączenia klasycznego teatru z filmową konwencją. Mamy tu zabiegi audiowizualne dodające sztuce zarówno dynamizmu, jak i efektowności przyjemnej dla widza. Za ich sprawą nie mamy poczucia, że to historia sprzed wieków. I właśnie w ten sposób reżyser sprawia, że młodsi widzowie też będą zainteresowani opowieścią Fredry. 

Po wyjściu ze spektaklu, czekając na taksówkę, podsłuchałam co nieco opinie innych widzów. Jednym z zastrzeżeń okazała się scenografia. Nie wszystkim odpowiadało, że była tak skromna, choć osobiście uważam, że to celowy zabieg, który miał sprawić, że skupimy się na bohaterach – jak wspomniałam, najważniejszych w tej sztuce – co przy takiej historii byłoby trudne, gdyby scenografia przypominała musicalowy przepych. 

Za to kostiumy to już zupełnie inna historia. Wspomniane przeze mnie spodnie Adidasa, piękna biała koszula oversize, w której pojawiła się Elwira, skórzana kurtka Alfreda – wszystkie te elementy garderoby mają podkreślić osobowość bohaterów i jednocześnie sprawić, że zaczynamy ich oceniać „po jednej nutce". Elegancka i podążająca za trendami Elwira. Beztroski Alfred o osobowości współczesnego macho. Justysia i jej influencer era. Ja jestem ogromną fanką tego zabiegu. 

„Mąż i żona” w Teatrze Polskim we Wrocławiu to nie jest spektakl taki jak tysiące innych przedstawień na podstawie komedii Fredry. To świeża, uwspółcześniona opowieść, która bawi do łez współczesnego widza. – Służymy państwu, demokracji, Rzeczypospolitej i naszej kulturze, żeby ludzie cały czas mieli dostęp do polskiej twórczości za małe pieniądze – powiedział reżyser Michał Zadara po spektaklu. - Dlatego każdy z nas znajdzie w niej choć jeden element, który go zachwyci. Jeśli nie spośród tych, o których wspomniałam, to w postaci cudownego kamerdynera, który jest zaledwie tłem dla tej historii, ale ostatecznie skrada serca widzów. Czym? To już słodka tajemnica, którą możecie odkryć, wybierając się na spektakl.   


Czytaj także: