Zacznijmy od tego, że wszyscy ci, którzy po seansie wyemancypowanej, teledyskowej i iście gangsterskiej „Lalki” Netfliksa musieli zażywać krople na uspokojenie, tym razem mogą spać spokojnie. Jeśli produkcja streamingowa była jazdą bez trzymanki i zamachem na świętość narodowej lektury, to film Macieja Kawalskiego przypomina niespieszny, elegancki spacer w dorożce po bruku Krakowskiego Przedmieścia. Reżyser spełnia absolutnie wszystkie oczekiwania literackicj purystów, oddając w nasze ręce dzieło epickie, wierne oryginałowi, finezyjne i estetycznie dopieszczone do granic możliwości. Filmowa „Lalka” jest starannie uczesana i do bólu… grzeczna.

WIDEO…

player placeholder

Przez blisko trzy godziny w każdym kadrze widziałam, na co spożytkowano rekordowy, jak na polskie warunki, budżet. Zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr. to absolutna uczta dla oczu. Z nabożnym wręcz pietyzmem odtworzono XIX-wieczną Warszawę, wnętrza, a stroje - stworzone przez mistrzowski duet Katarzynę Lewińską i Tomasza Ossolińskiego (z uśmiechem odnotowałam też gościnny udział Gosi Baczyńskiej w roli krawcowej) - to wizualna poezja. Te wszystkie detale krojów, faktury szlachetnych tkanin i głębia kolorów dają poczucie estetycznej frajdy, jakiej dawno w polskim kinie kostiumowym nie miałam.

Oglądając ten przepych, uderzyło mnie, jak bardzo ta napisana 140 lat temu historia pozostaje do bólu współczesna. Aspiracje, status społeczny, potęga pieniądza, wreszcie miłość, która w tym wszystkim jest towarem - to wciąż nasze dzisiejsze bolączki. I Kawalski ma niesamowite wyczucie do oddania prusowskiego humoru. Ta figlarność, lekkość i ironia oryginału zostały tu świetnie przemycone.

Zobacz także:

Gdzie zatem leży problem? Mam wrażenie, że filmowa „Lalka” jest jak wzorowo, na szóstkę z plusem odrobiona praca domowa z lektury, w której zabrakło… życia. Pod tą zachwycającą wizualną warstwą po prostu nie ma bijącego serca.

Stanisław Wokulski w interpretacji Marcina Dorocińskiego to człowiek właściwie bez skazy na charakterze. Jest tak ułożony, kulturalny i szlachetny, że nie sposób mu nie kibicować, ale brakuje w nim tego szaleństwa i mroku fatalnego zauroczenia. Z kolei Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka zwyczajnie… po prostu jest. Twórcy pokazali Izabelę poukładaną, posłuszną. Wyszła z tego jednak postać alabastrowa, zimna i emocjonalnie przezroczysta.

Tym bardziej że w zderzeniu z Urzędowską na ekranie błyszczy prawdziwy żywioł. Moją absolutną faworytką jest pełna wigoru Maria Dębska w roli Kazimiery Wąsowskiej. To dla mnie najwybitniejsza rola w tym filmie. Dębska kipi energią, a jej ekranowe potyczki z baronową Rzeżuchowską, w którą wciela się tu jej prawdziwa matka, reżyserka Kinga Dębska, to świetny, wewnątrzbranżowy żart. Zresztą takich smaczków castingowych jest więcej - w końcu Tomasz Łęcki i hrabina Karolowa to literackie rodzeństwo, a wcielają się w nich Andrzej Seweryn i Krystyna Janda.

Ten film zdecydowanie należy do drugiego planu. To, co absolutnie ratuje dynamikę, to wspaniały humor, którego twarzą staje się Agata Kulesza. Jej pani Meliton po prostu kradnie to widowisko. Kulesza wyśmienicie bawi się swoją postacią, jako jedyna ma do tego świata odpowiedni dystans i z błyskiem w oku rozgrywa wszystkich dookoła. Wtóruje jej zgorzkniała, groteskowa Maja Ostaszewska jako hrabina Krzeszowska i świetny Borys Szyc. Nie sposób nie wspomnieć też o wielkim powrocie Marka Kondrata (jego Rzecki to czułość w czystej postaci!) i cudownej Mai Komorowskiej (Prezesowa Zasławska). Cała plejada legend polskiego kina tworzy spektakl, a aktorzy młodego pokolenia dotrzymują jej kroku (Dawid Ogrodnik w roli Mraczewskiego, Mateusz Damięcki w roli Starskiego, Maciej Stuhr jako Szuman, wreszcie dawno niewidziany Paweł Wilczak).

Na koniec muszę wyznać jedno: z tej chłodnej, poprawnej układanki autentycznie porwały mnie tylko dwie rzeczy. Wspomniany już humor drugiego planu oraz… muzyka. Smyczki skomponowane przez Łukasza Targosza to najbardziej żywy, pulsujący i drażniący serce element ekranizacji. Paradoksalnie to w ścieżce dźwiękowej słychać te wszystkie namiętności, dylematy i brud, których tak usilnie poszukiwałam na idealnych twarzach głównych bohaterów. Kawalski dał nam arcydzieło formy. Szkoda tylko, że zapomniał do niego wpuścić trochę świeżego, rozedrganego powietrza.


Zobacz także:
Izka, jak ja Cię lubię! "Lalka" Netliksa to film kobiet, które fundują nam jazdę bez trzymanki [RECENZJA]