Przez lata sposób w jaki wyglądamy szedł ramię w ramię z bogactwem i sukcesem, a już zwłaszcza w przypadku kobiet. Początkowo przekładał się na sukces reprodukcyjny – silnego samca. Później na ten matrymonialny (dla tej brzydszej siostry nikt raczej mezaliansu nie popełniał), wreszcie i na zawodowy. W latach 50., gdy za prestiżowe zajęcia dla kobiet uchodziło bycie sekretarką w dużej firmie albo stewardessą, jednym z najważniejszych kryteriów doboru był wygląd.
WIDEO…
Jest jednak i przeciwny wektor – sukces i idące za nim pieniądze przekładają się na poprawę wyglądu. Jak w tym powiedzeniu: nie ma kobiet brzydkich, są tylko niedofinansowane. Patrząc na oszałamiające metamorfozy gwiazd, w tym także tych rodzimych, trudno się nie zgodzić. W wielu przypadkach nie trzeba nawet iść pod skalpel czy inny ostrzyk.
Prosty przykład: bierzesz dwie ciemne brunetki. Jedną z nich doprawiasz utleniaczem i blond farbą z drogerii. Drugą zapisujesz do fryzjera pracującego nowoczesnymi metodami na profesjonalnych produktach. Nie trzeba mieć większej wyobraźni, żeby wyobrazić sobie różnicę w efektach.
Cosplay old money
W tak zwanej stylistyce “old money”, mającej naśladować sposób noszenia się osób z majątkiem przechodzącym z pokolenia na pokolenie, które elegancję wysysają z mlekiem matki (a raczej wśród niej wyrastają) nie chodzi wcale o koszulki polo i mokasyny. Chodzi o próbę upodobnienia się do przedstawicieli klasy wyższej.
Próbę zazwyczaj nieudaną, bo nie trzeba mieć karty członkowskiej klubu golfa ani spędzać wakacji w Saint-Tropez, żeby na pierwszy rzut oka rozpoznać, że czyjś but nie jest skórzany, a opis produktu “sweter z domieszką wełny” oznaczał 4 a nie 40 proc.
Może to być też po prostu zabawa modą, a nie sadzenie się na posiadaczkę herbu i absolwentkę szkoły dla dziewcząt w Genewie. W tej logice stylistyka “new money” to obwieszanie się logotypami marek, na które nas nie stać.
Make-upu przewrót kopernikański
Najbardziej demokratyczną w kwestii wyglądu dziedziną stała się w ostatnich latach branża beauty. Wszystkie chyba pamiętamy z początku lat 2000 utleniające się podkłady, kruszące się tusze do rzęs i cienie do powiek, którymi łatwiej było umalować się jak panda, niż zrobić smokey eye. Przywilej makijażu jak z wybiegu był zarezerwowany dla kobiet, które było stać na podkład Diora i mascarę Lancôme. Później powoli zaczęły pojawiać się kosmetyki ze średniej półki cenowej – jak choćby polski Inglot – którymi trudno było się skrzywdzić.
Wreszcie do Polski zaczęły wchodzić marki kosmetyczne, które klasą produktów dorównywały tym sygnowanym przez znane domy mody, a czasem nawet je przewyższały.
Do tego dołóżmy rozwój YouTube’a, który 15 lat temu przeżywał zalew treści makijażowych – od tutoriali po tańsze zamienniki kultowych produktów. 20-latka korzystająca z budżetowych produktów była w stanie pomalować się na podobnym poziomie, co 45-letnia menedżerka.
Uciekające elity
Przykład idzie jednak z góry. A co robi góra, gdy coś, co było dla niej zarezerwowane, przechodzi do mainstreamu? Ano ucieka, by powtórnie odseparować się estetycznie. I nie ma się co oburzać, tak było właściwie od zawsze – wszelkiego rodzaju mody wychodziły wszak z dworów i pałaców.
Potem tę rolę zaczęły przejmować całe miasta, albo i kraje. Jeśli coś nosiło się w Paryżu – znaczyło, że jest modne (można było przeczytać o tym i w polskiej prasie i to już w XIX wieku). W modzie na Orient do jednego worka wrzucało się wszystkie możliwe orientalizmy. Kiedyś słowo oznaczało po prostu wszystko, co na wschód od Europy, ale z czasem zaczęło być synonimem dla egzotyki. Obie te mody wyróżniało jedno – były zarezerwowane dla tych, których stać było, by ściągnąć sobie wymarzony kapelusz czy parawan zza granicy.
Wróćmy jednak do skór (i to nie z Dalekiego Wschodu). O tym, że przez wieki opalenizna wskazywała na niski status społeczny (pracę fizyczną na zewnątrz), większość z nas słyszała w szkole, ale skóra zaliczyła jeszcze kilka innych fikołków po drodze.
Przełom wieków to szybki rozwój fabryk, w których pracuje się pod dachem. Tym samym opalenizna przestaje być stygmatyzująca. To znaczy – częściowo – gruźlikom zaleca się wówczas kąpiele słoneczne, a mało która pani z towarzystwa pragnie wyglądać na prątkującą.
Opalenizna na dobre weszła do kanonu w latach 50., wraz z pojawieniem się bikini, zmieniało się tylko jej natężenie. Dziś lwia część z nas zdaje sobie sprawę, że jeśli chodzi o opaloną twarz, najlepiej robić to "na niby", np. przy pomocy produktów brązujących. Nic nie przyspiesza starzenia skóry bardziej niż promienie słoneczne, a w tym niechlubnym rankingu znalazło się m.in. palenie.
Old money skin
Skoro makijaż przestał być skutecznym – nomen omen – filtrem klasowym, bo dobry podkład można kupić za 50 zł, a z tutorialu nauczyć się jak go nakładać, oznaką statusu stała się skóra, która podkładu nie potrzebuje. Napięta, świetlista, bez przebarwień, zmarszczek i porów widocznych z odległości większej niż lustro łazienkowe. Na skórze typu “old money” nie widać nic – łącznie z pieniędzmi, które w nią włożono.
Jeśli nie wygrało się na genetycznej loterii, po 40. roku życia uzyskanie takiego efektu zaczyna przypominać raczej szeroko zakrojony projekt niż rutynę pielęgnacyjną. Kosmetyki z aktywnymi składnikami to dopiero początek. Dochodzą do tego regularne wizyty u kosmetologa, lasery na naczynka i przebarwienia, peelingi, mezoterapia, czasem botoks czy inne zabiegi, ale “żeby nie było widać”. Do tego SPF nakładany i zimą, dieta “dobra dla skóry”, suplementy, maski ledowe.
Luksus stanowi już, a może i przede wszystkim, czas na to wszystko. Doba ma tylko 24 godziny, a piękna cera lubi pospać. Każdą z tych rzeczy można oczywiście robić taniej albo rzadziej. Problem w tym, że efekt, który uchodzi za naturalny, bierze się w znacznej mierze z regularności.
Większość rzeczy poprawiających wygląd da się jakoś załatwić: kupić sukienkę z drugiej ręki, wypożyczyć markową torebkę, przedłużyć włosy, iść na paznokcie. Skóra ma zaś to do siebie, że pamięta poprzednie lata: słońce, papierosy, sen, zaniedbania, ale też regularne wizyty u dermatologa, filtry przeciwsłoneczne.
“Old money skin” jest luksusem perfidnym, bo nie mówi “stać mnie na drogą rzecz”, tylko raczej “stać mnie na to od dawna”. Im bardziej efekt wygląda na wrodzony i bezwysiłkowy, tym lepiej spełnia swoją klasową funkcję.
Jeszcze kilkanaście lat temu różnicę między kobietą z pieniędzmi a tą bez nich można było zobaczyć na powiece. Dziś obie mogą kupić ten sam tusz i obejrzeć ten sam tutorial. Nie mogą natomiast równie łatwo kupić skóry, która wygląda jak po retuszu.
Paradoksalnie wygląd “old money” jest dziś mniej dostępny niż wtedy, gdy definiowała go stopień markowości różu. Na róż można się szarpnąć. Na kilkanaście godzin wolnego czasu w miesiącu i kilkanaście tysięcy złotych rocznie – trudniej.
Można też oczywiście wierzyć, że regularność i krem za 25 zł polecany przez gładką panią z Instagrama zdziała cuda. Placebo miewa w końcu dobre wyniki w badaniach klinicznych.
Czytaj także:
- Trawnik, tuje i awans społeczny. Dlaczego Polacy mają obsesję na punkcie koszenia trawy
- Nie pasuje ci czerwona szminka? Niemożliwe – kwestią jest nieodpowiedni odcień. Oto jak go wybrać
- Brwi zdradzają wiek kobiety skuteczniej niż skóra. Oto historia wielkiej regulacji dyktowanej modą



























