Dzień Chłopaka to święto, w którym warto docenić naszych panów – nie tylko wyjątkowym prezentem. Najlepszym podarunkiem dla nich jest spędzenie miło czasu – np. relaksując się wieczorem przy wspólnym seansie filmowym. W taki dzień warto wziąć pod uwagę upodobania mężczyzny, żeby ten bawił się jak najlepiej. Nie oszukujmy się dziewczyny, komedia romantyczna raczej nie wchodzi w grę. Ale jest sposób na to, aby był wilk syty i owca cała.
WIDEO…
Męski seans nie oznacza od razu wartkiej akcji i sportów walki na ekranie. Osobiście jestem zwolenniczką stawiania w takie dni na klasykę, która świetnie wpisuje się także w jesienną aurę. Dlatego podpowiadam wam 10 filmów na Dzień Chłopaka, które na pewno spodobają się obojgu i sprawią, że miło spędzicie ten wyjątkowy wieczór. I przekonacie się, że męskie kino może mieć różne oblicza.
„Chłopcy z ferajny”
Jeżeli miałabym wskazać film gangsterski, który wydaje się typowo męski, ale spodoba się także kobietom, to moim pierwszym tropem byliby „Goodfellas”, czyli „Chłopcy z ferajny”. To jedna z najwybitniejszych produkcji, które wyszły spod skrzydeł Martina Scorsese. I choć reżyser opowiada historię porachunków włoskiej mafii w Ameryce, w pewien sposób romantyzuje nam też tę historię, zapewniając nam 2,5-godzinne kino absolutne ze świetną grą aktorską, wspaniałymi kostiumami oraz wartką akcją.
W rolach głównych wybitni Robert De Niro, Ray Liotta oraz Joe Pesci – młodzi, wspaniali, w swoim artystycznym primie. Mogłabym oglądać ten film tylko dla nich, ale znalazłabym tu jeszcze kilka wspaniałych elementów, które zapadają w pamięć i sprawiają, że żaden współczesny film gangsterski nie mógłby powstać bez przynajmniej luźnego inspirowania się właśnie „Chłopcami z ferajny”.
„Pulp Fiction”
Reżyser, który przyciąga do kina obie płcie, pomimo tego, że lubuje się w brutalnych scenach? Quentin Tarantino. Nie będę ukrywać, to jeden z moich ukochanych twórców (jest nie tylko reżyserem, ale też scenarzystą), który bawi się konwencją i jest prawdziwym wizjonerem, jeśli chodzi o sceny akcji. Gdy w 1992 roku na ekranach kin pojawił się jego pełnometrażowy debiut reżyserski „Wściekłe psy”, krytycy okrzyknęli go wybitnym talentem. Również w biografii Quentina możemy przeczytać, że od małego fascynowało go kino, wolny czas po szkole spędzał właśnie przed ekranem i uwielbiał różne gatunki, co widać również w jego twórczości.
Gdybym jednak miała polecić jeden film Tarantino, który warto obejrzeć na wspólnym damsko-męskim seansie, bez wątpienia byłoby to „Pulp Fiction”. Już sam duet John Travolta-Uma Thurman i ich kultowy taniec (swoją drogą odtwarzany także na pierwszy taniec wielu par młodych) sprawia, że chemia między bohaterami aż bucha z ekranu. Nie wspominając już o zapadających w pamięć scenach jak „ćwierćfunciak z serem” Julesa (Samuel L. Jackson) czy o kadrze z Brucem Willisem na motorze (tak, dziewczyny, przecież wiadomo, że oglądamy filmy dla fabuły).
„Skazani na Shawshank”
Jest kilka filmów w światowej czołówce kina, które niemal w każdym rankingu znajdują się w topce. Na Filmwebie to właśnie „Skazani na Shawshank” zajmują 1. miejsce w głosowaniu użytkowników. Jeżeli zatem jeszcze nie widzieliście tego obrazka, Dzień Chłopaka to idealna okazja, aby nadrobić zaległości.
Jest to adaptacja kultowego opowiadania Stephena Kinga, której głównym bohaterem jest Andy – bankowiec niesłusznie skazany na dożywocie, który próbuje przetrwać w trudnych więziennych warunkach – w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Kluczem do sukcesu okazuje się jego finansowy talent, o którym dowiadują się inni więźniowie oraz strażnicy, a nawet naczelnik. I to doprowadza do wielu sytuacji, które trzymają w napięciu od początku do końca.
„Zielona mila”
Jeżeli jesteśmy w światowej czołówce filmowej, nie można nie wspomnieć o tej produkcji. „Zielona mila” to film, po którego seansie nic już nie jest takie samo. Gdy ja pierwszy raz widziałam ten obraz, długo nie mogłam poradzić sobie z emocjami, jakie towarzyszyły mi podczas seansu, a przede wszystkim na końcu. I trudno się temu dziwić, to bowiem historia mężczyzny skazanego na krzesło elektryczne opowiadana przez więziennego strażnika (Tom Hanks).
Film trwa 3 godziny, ale mógłby jeszcze 2 i nie zwrócilibyśmy na to uwagi. Nie dłuży się, wręcz przeciwnie – choć nie jest to film akcji, fabuła tak wciąga, że zupełnie nie wiemy, kiedy ten czas leci. Wiemy też, do czego prowadzi cała historia, a jednak wciąż mamy nadzieję i czekamy na moment, kiedy dobro wygra ze złem. A na końcu zastanawiamy się, czy faktycznie tak było. Takich filmów jest naprawdę mało w historii kina, więc nie warto go przegapić.
„Niewinni czarodzieje”
Mówiłam, że nie będzie tu komedii romantycznych i podtrzymuję, ale… film romantyczny nie musi być głupkowatą komedią. W zasadzie „Niewinni czarodzieje” to nie tyle film romantyczny, co film, którego fabuła jest oparta na romansie. I jednocześnie polska klasyka, która wyszła spod skrzydeł Andrzeja Wajdy.
Niektórzy mówią, że ten film uczy mężczyzn romantyzmu. Bo okazuje się, że bycie romantykiem faktycznie niejedno ma imię. Ja natomiast uważam, że to jeden z najbardziej uroczych filmów w polskiej kinematografii, a jego urok wynika zarówno z fabuły, jak i zamkniętych kadrów oraz niezastąpionych, legendarnych aktorów – Tadeusza Łomnickiego i Krystyny Stypułkowskiej.
„Dwunastu gniewnych ludzi”
Jak o zamkniętych kadrach mowa, warto zwrócić uwagę także na inny kultowy film – tym razem produkcji amerykańskiej. „Dwunastu gniewnych ludzi” to prosta, a zarazem niesamowicie wciągająca historia dwunastu mężczyzn, którzy są przysięgłymi w procesie o morderstwo. Muszą wydać jednogłośny wyrok, ale jeden z nich ma wątpliwości co do winy oskarżonego.
I tym samym rozpoczyna się półtoragodzinna przepychanka, kto ma rację i poddawanie w wątpliwość kolejnych argumentów. Szybko się okazuje, że nawet w tak trudnej sprawie bardzo łatwo zmienić zdanie. Gdy coś uznajemy za oczywisty fakt, wystarczy jedno stwierdzenie, żeby przestało być pewne.
„Siedem”
Ten trzymający w napięciu thriller to jeden z moich ukochanych filmów, w których to gra aktorska świadczy o sile danej produkcji. I choć nazwisko Kevina Spaceya jest już niemodne w Hollywood, trzeba oddać cesarzowi co cesarskie – w tym filmie stworzył swoje opus magnum.
Ale świetne role mają tu również Morgan Freeman i Brad Pitt, którzy ścigają bohatera granego przez Spaceya. Na ekranie pojawia się również Gwyneth Paltrow jako partnerka bohatera Pitta, co warto podkreślić jako ciekawostkę, bo aktorzy wtedy tworzyli parę także poza ekranem, a nawet rok później Brad oświadczył się Gwyneth, choć – jak już wiemy – ta relacja nie przetrwała próby czasu.
Nie byłoby jednak niesamowitych bohaterów, gdyby nie reżyser. Uważam, że „Siedem” to jeden z najlepszych filmów w portfolio Davida Finchera – tuż obok „Podziemnego kręgu” (też warto obejrzeć w duecie damsko-męskim – chociażby dla sceny z Edwardem Nortonem i Heleną Bonham Carter) oraz oczywiście „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”.
„Uzbrojony tylko w kamerę: Życie i śmierć Brenta Renauda”
Jeśli nie macie ochoty na długi seans, proponuję wam krótkometrażowy dokument, który w 2026 roku był nominowany do Oscarów. Co prawda nie zdobył ostatecznie statuetki, ale mnie wbił w fotel i do dziś pamiętam wiele kadrów z produkcji, choć trwa ona zaledwie 39 minut.
Jest to intymny portret dziennikarza wojennego Brenta Renauda, który dokumentował wiele konfliktów na świecie, a ostatnim, jaki przyszło mu relacjonować, była wojna w Ukrainie. To właśnie tam zginął – jako pierwszy amerykański dziennikarz. W produkcji widzimy materiały nagrywane przez samego Brenta, ale też jego brata Craiga. Już sam ten fakt niesamowicie porusza, ale oczywiście też to, co widzimy na ekranie i mamy świadomość, że dzieje się za naszą wschodnią granicą – szczególnie dziś, w coraz bardziej niespokojnych czasach.
„Wielki Marty”
Macie ochotę na lżejszą historię? „Wielki Marty” to świetny wybór – nie tylko dla fanów sportu, ale też dla tych, którzy w kulturze szukają motywacji. Jeżeli jesteście fanami książek oraz filmów właśnie motywacyjnych, ten tytuł będzie dla was idealny.
Choć wydawać się może, że to nudna opowieść o ping-pongu, zdecydowanie taką nie jest. Co więcej – to nawet nie jest film o ping-pongu, choć fabuła oparta jest na historii Marty’ego Mausera (Timothee Chalamet), który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel i zostać mistrzem. Co prawda bywa dość ekscentryczny, ale to właśnie ten bohater napędza akcję produkcji, przyciągając nas do ekranu jak magnes. Aż trudno się dziwić, że Timothee wygrał za tę rolę m.in. Złoty Glob oraz nagrodę BAFTA.
„Zaproszenie”
Na koniec najmłodszy film na tej liście. „Zaproszenie” Olivii Wilde trafnie opowiada o związkach, obnażając to, co być może sami widzimy w naszych relacjach na co dzień, ale do czego boimy się przyznać. To zatem świetna pozycja do obejrzenia we dwoje, która może sprawić, że po seansie oddacie się długiej dyskusji na temat tego, jak wygląda wasza więź lub – co zrobić, żeby uniknąć takiej sytuacji, jaką widzimy w filmie.
Dużą przewagą tej produkcji są zamknięte kadry. Cała akcja dzieje się w zasadzie w jednym mieszkaniu. Mamy tu czworo bohaterów – dwie pary o zupełnie innym podejściu do świata. W postaci wcielają się wybitni aktorzy – Olivia Wilde, Seth Rogen, Penelope Cruz oraz Edward Norton. Mnie od razu przywiodło to na myśl film „Rzeź” z Kate Winslet i Christophem Watzem oraz Jodie Foster i Johnem C. Reillym, który oglądałam dobrych parę lat temu. Schemat jest podobny, ale fabuła całkiem różna. I choć „Rzeź” jest moim numerem jeden, jeśli chodzi o tego typu filmy, „Zaproszenie” także obejrzałam z przyjemnością i wam również je polecam.
Czytaj także:
- Dawniej romantyk, dziś „red flag”. Romantyzowaliśmy zachowanie Wokulskiego, dziś wiemy, że to obsesja
- Matka, żona, kucharka? Nie - diwa! Violetta Villas nie poddawała się sztywnym etykietom PRL-u
- Diabelski balast czy święta strażniczka? Rybak wyjaśnia, dlaczego polskie kutry to wciąż męska twierdza