Polki nie potrafią kupować perfum. Nie, żebyśmy odstawały od reszty świata pod względem nosów czy gustu – po prostu nikt nas tego nie nauczył, bo i nie było kiedy, a przede wszystkim – nie było komu.
WIDEO…
Kobiecie radzieckiej (i sąsiadkom) perfumy potrzebne nie były – pończochy! ooo, to było coś praktycznego. Była oczywiście Pani Walewska, “Być może” czy Currara (biedna wariacja na temat Poison Diora), a na bezrybiu i rak ryba. Tym trudniej było odnaleźć się nam po przemianie ustrojowej. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce na “markowe” perfumy stać było tak niewiele osób, co wcześniej na kupowanie ich w Peweksie.
Problem z doborem perfum
Trzydzieści lat minęło jak jeden dzień, a problem z perfumami pozostał, mimo że większość z nas jest sobie w stanie pozwolić od czasu do czasu na butelkę “takich lepszych”. Kupujemy wciąż te same zapachy, które kiedyś dostałyśmy i nawet się nam spodobały (szału nie ma, ale czymś pachnieć wypada), albo zgapiamy nowy zapach od koleżanki, mimo że na nas będzie pachniał zupełnie inaczej.
Pomyślałaś kiedyś, że chciałabyś kupić sobie nowe perfumy, ale nie wiesz jakie, więc zostajesz przy tych, które znasz? W Sephorze testujesz na chybił-trafił, po czym wychodzisz z niczym, albo z najlepszą z 4 (z jakichś 444) opcji, którą dałaś radę powąchać nie tracąc węchu? Zapachy, o których czytasz wydają ci się ciekawe, ale nie masz w pobliżu żadnej perfumerii, a przecież nie wydasz 300 złotych w ciemno?
Nie chcę dodawać w tym miejscu marketingowej formułki “Jeśli na któreś z tych pytań odpowiedziałaś tak, to…” (wiadomo, że zapraszam do lektury), chodzi raczej o coś innego i ważniejszego niż flakon na toaletce.
Zapomniany zmysł
Węch to najbardziej niedoceniany ze wszystkich zmysłów, którego nikt w nas w żaden sposób nie rozwija. Smaku i dotyku uczymy się niejako w domu rodzinnym. Wzrok i słuch podlegają jakiegoś rodzaju kształceniu nawet w szkole. Nikt nie rodzi się znając się na malarstwie, kulinariach czy muzyce – rozwijamy jednak tego rodzaju kompetencje, bo dają nam przyjemność (dochodowe są wszak w bardzo nielicznych przypadkach).
Węch też może dawać nam radość – prostą jak zapach ciasta z dużą ilością masła albo pranie suszone na zewnątrz, ale i bardziej złożoną.
Trudno to oczywiście poczuć w kakofonii zapachów w perfumerii, ale już w dobrze dobranych perfumach – jak najbardziej. Dobrze nie znaczy tu “zbierają dużo komplementów”, tylko perfumy, którymi psika się nadgarstek nie dlatego, że gdzieś się wychodzi, tylko żeby od czasu do czasu je powąchać. Ot tak, dla przyjemności.
Bodajże najpopularniejszym sposobem szukania nowego zapachu jest dziś zadanie pytania na grupie na Facebooku – “Cześć, czy ktoś może polecić mi zapach podobny do…” (i tu pada nazwa perfum).
Tyle że jest to też sposób najgorszy. I to z kilku powodów. Przede wszystkim, jeśli same znamy niewiele zapachów, są spore szanse, że już “wzorzec” wedle którego szukamy nie jest tym, o co nam chodzi. Do tego dochodzą osoby, które po prostu polecają swoje ulubione perfumy i te, które piszą “tak, są śliczne”.
Kolejną bolączką są kryptoreklamy “zamienników perfum” (czyli po prostu niskiej jakości podróbek). Już pomijając, że osoby, których pytamy o zdanie (i to nawet na grupach, które poświęcone są perfumom) mogą po prostu się nie znać – jeśli zapach wyjściowy jest kwiatowy, polecą inny kwiatowy, który akurat kojarzą, a że to fiołki, a tamto róże, to już nie ich problem).
Od nut do nosa
O wiele lepszym sposobem jest porównywanie nut zapachowych. Można to zrobić na kilka sposobów, tyle że wymaga to nieco większej wiedzy, bez dwóch zdań większego wysiłku, a potem jeszcze powąchania kilkunastu, nie zawsze łatwo dostępnych pozycji. Pomijając już, że “nuty drzewne” mogą oznaczać 10 wyczuwalnie różnych nawet dla laika woni.
Metodą, która świetnie wprowadza w świat perfum, bo pokazuje zapachy z różnych grup, docenione w dodatku przez znawców tematu i zweryfikowane przez rynek, jest pójście za nosem. Tyle że nie za swoim własnym.
Właściwie za każdym markowym zapachem (w tym tekście nazywam tak perfumy sygnowane nazwą domu mody) stoi dziś perfumiarz, który podpisuje się pod nim imieniem, nazwiskiem, a zazwyczaj i twarzą. To jego kompozycja i to on zbiera środowiskowe laury, ale i cięgi, jeśli zapach okaże się nieudany, albo nie spodoba się ludziom. Na flakonie jego (lub jej) nazwiska nie zobaczycie, ale wystarczy zapytać Google’a (albo i GPT) “kto skomponował perfumy X”.
Najbardziej znani perfumiarze naszych czasów, mają za sobą niejeden (a zazwyczaj i nie dwa) hit. Wyczucie, co przemówi do setek tysięcy osób na całym świecie i wiedzę, jak stworzyć kompozycję, która jest wielowymiarowa, często też zaskakująca, a nie po prostu “pachnie jak jabłko i konwalia”.
Alberto Morillas z Jean-Paulem Guerlainem w tle
Alberto Morillas perfumiarzem został trochę z przypadku – o ile w ogóle o przypadku może być mowa, gdy chodzi o prawdopodobnie najbardziej znanego z żyjących przedstawicieli zawodu. Urodzony w Sewilli, połowę życia spędził w Szwajcarii, gdzie przeprowadził się z rodzicami jako chłopiec. Plany na przyszłość? Wiedział mniej więcej tyle, że chciałby robić “coś artystycznego”, więc po maturze zapisał się do Szkoły Sztuk Pięknych w Genewie. Punktem zwrotnym okazał się artykuł, na który trafił kartkując “Vogue’a” – gazetę, której zazwyczaj nie czytywał.
Tekst opowiadał o Jean-Paulu Guerlainie, ostatnim perfumiarzu ze słynnej rodziny, który pracował w zawodzie (a nie tylko zarządzał majątkiem). 89-letni dziś Jean-Paul nie tyle podtrzymywał tradycję, co był największym nazwiskiem perfumiarstwa lat 60. i 70., przesuwającym granice tego, co dziś jest dla nas w perfumach oczywiste (spoiler – to samo będzie robił w latach 90. i 2000 Morillas).
20-latek nie tyle zainteresował się samym Guerlainem, co doznał czegoś, co, biorąc pod uwagę jego późniejszą karierę, można nazwać epifanią. Przyzwyczajony do wody kolońskiej, którą ojciec kupował w aptece i od lat tych samych perfum matki, zdał sobie sprawę, że perfumy mają swoich twórców. I to takich, którzy podchodzą do swojego zawodu jak do sztuki – kompozycja ma coś wyrażać, a nie tylko “ładnie pachnieć”.
Nie wiedział wówczas właściwie nic o perfumach, ale uznał, że właśnie to chciałby robić. Napisał więc, że chce zostać perfumiarzem do Firmenich (jednej z największych i najlepszych firm zajmujących się tworzeniem zapachów od strony tak artystycznej jak technologicznej).
List młodego Morillasa musiał wzbudzić sporą wesołość – w latach 70. zostanie profesjonalistą bez studiów chemicznych albo tradycji rodzinnych było właściwie niemożliwe, nie wspominając o tym, że wymagało lat doświadczenia, a nie “szczerych chęci”. Pracy rzecz jasna nie dostał, ale kurtuazyjnie pozwolono mu zostawić niemal puste CV.
Alberto miał jednak nad innymi marzycielami jedną, zasadniczą przewagę – mieszkał w Genewie, gdzie mieściła się główna siedziba Firmenich. Wkrótce zwolniła się mało prestiżowa posada w jednym z laboratoriów, które badało możliwości syntetycznego odtwarzania naturalnych esencji.
Mimo braku znajomości chemii, która wykraczałaby poza wiedzę z liceum, Morillas nauczył się budować formuły zapachów i komponować je po swojemu. To ostatnie robił zresztą po kryjomu, bo i dlaczego laborant miałby tworzyć zapachy korzystając w dodatku z firmowego sprzętu.
Wróćmy jednak do Guerlaina, bo jego kompozycje – choć dziś nieco już zapomniane, wytyczyły nowe ścieżki (perfumy są zawsze znakiem swoich czasów – dlatego tak niewielu osobom, i to mimo unowocześnień pierwowzoru, podobają się dziś Chanel No 5).
Najwcześniejszą z nich, wariacje na temat której są produkowane do dziś był Vétiver, skomponowany, gdy Guerlain miał zaledwie 22 lata. Jeśli wiecie, jak pachnie wetiwer (ozdobna trawa z Indii, z której korzeni pozyskuje się olejek eteryczny), to właśnie dzięki Jean-Paulowi.
Składnik był oczywiście znany już wcześniej, ale to ta kompozycja stworzyła jeden z archetypów nowoczesnych męskich perfum: suchych, zielonych, drzewnych, ale bez ciężkości. Kluczowa będzie tu właśnie “zieloność” akordów której nie stosowało się wówczas niemal wcale. Kobieca “zieleń” zostanie spopularyzowana dopiero lata później za sprawą Green Leaf Elizabeth Arden.
Największy wpływ na branżę wywarł jednak jego Habit Rouge z 1965 – perfumy bez których 30 lat później nie powstałyby CK One – mimo że to zapachy ze skrajnie różnych bajek. Co było w nich takiego innowacyjnego? Guerlain stworzył pierwszy zapach, który pozwalał sobie na tak radykalne zatarcie różnic między perfumami dla kobiet a tymi dla mężczyzn. I to mimo że dziś prawdopodobnie uznalibyśmy go z miejsca za męski.
Tyle że w połowie lat 60. faceci pachnieli co do zasady podobnie – akordami wód kolońskich, a więc cytrusami, ziołami, lawendą.
Guerlain dodał do tego coś z kobiecego Shalimara (innych wielkich perfum swojej rodziny) i doprawił wodę kolońską wanilią i ambrą. Wszelkie słodkawo pachnące męskie zapachy są pokłosiem Habit Rouge.
Obu tych zapachów nie powąchamy dziś w oryginale, ale ich historie pokazują, że i coś tak banalnego jak zapach może nieść w sobie nutę rewolucji.
CK One wywraca planszę
Zapachem za sprawą którego Morillas trafiłby do Hall of Fame perfumiarstwa, nawet gdyby przestałby później pracować, jest CK One, współtworzony przez niego dla Calvina Kleina. Dziś półka z napisem “unisex” nie robi większego wrażenia, a część marek niszowych w ogóle nie dzieli perfum według płci, uznając to za przestarzały i sztuczny podział.
Jednak w 1994 roku sam pomysł, by jeden zapach kierować jednocześnie do kobiet i mężczyzn, był nie tylko przełomowy, ale i szokujący. CK One nie było pierwszym zapachem w historii, którego mogły używać obie płcie, ale jednym z pierwszych masowych produktów, który wraz z hasłem “One for all” zdobył taką popularność, stając się jednym z największych bestsellerów w historii.
Nie udałoby się, gdyby nie odpowiedni moment w czasie – w 1994 roku grunge zdążył przenieść się z klubów Seattle do mainstreamu, a androgyniczna sylwetka Kate Moss stała się symbolem. Calvin Klein świetnie zrozumiał również paradoks nazywanej dziś boomerami, ale wówczas najmłodszej generacji X. Konsumenci byli nieufni wobec marketingu, więc należało sprzedać im produkt wyglądający jak gdyby marketingiem trochę gardził.
Matowa butelka CK One w niczym nie przypominała innych perfum będących w sprzedaży, a w czarno-białej kampanii Stevena Meisela obok Kate Moss pojawiali się chłopcy i dziewczyny, którzy nie mieli urody uważanej wówczas za komercyjną. Inspiracją dla zdjęć była między innymi estetyka Factory Andy’ego Warhola.
Morillas podsumował w rozmowie z “Vanity Fair” CK One jako zapach, który był lekki, przejrzysty i czysty, który nie skręcał ani w słodki, kwiatowy kod kobiecych perfum, ani w cięższy, drzewny stereotyp męskich. Wówczas ta neutralność nie była jednak przezroczysta, to właśnie ona była komunikatem.
Kiedy lata później Morillas pracował nad zapachami Gucci Bloom, projektant Alessandro Michele nie przyniósł mu listy składników. Powiedział, że chce odtworzyć wrażenie towarzyszące otwarciu okna, przez które wpada zapach kwiatów z ogrodu. Takie podejście bardzo pasuje do stylu pracy perfumiarza. Gdy kilka lat temu został zapytany o to, jak widzi perfumy idealne, powiedział, że powinny układać się na skórze jak oddech, albo promień słońca i że szuka siły zapachu w lekkości.
Jak pachnie mak?
Zanim jednak Morillas zasiadł do pracy nad serią Bloom, czy Daisy dla Marca Jacobsa (również wielkim, komercyjnym hitem), nieomal powtórzył sukces CK One zapachem, który w Polsce również był znany, choć jakieś 4-5 lat po oficjalnej premierze w 2000 roku. Mowa tu o Flower by Kenzo (łatwiej niż nazwę skojarzyć tu chyba charakterystyczną butelkę – długą, przezroczystą z nadrukiem pojedynczego, czerwonego maka).
Ten zapach również był pewnego rodzaju przełomem, choć nie tyle dla branży, co ze względu na marketing, który w centrum stawiał mak – kwiat, który nie pachnie. To Kenzo miało nadawać mu zapach, co było fascynujące już jako sam koncept. Tym bardziej, że kampanię połączono z wysianiem łącznie niemal 1,5 miliona czerwonych maków w miastach takich jak m.in. Londyn, Nowy Jork czy Moskwa.
Sam pomysł stworzenia zapachu czegoś, co nie ma zapachu nie był w perfumiarstwie bynajmniej nowy – używane od dawna nuty bezwonnego papirusa, czy z nowszych – awokado, to po prostu impresja. Opowieść marki też była dobrze przemyślana – mak miał być polnym kwiatem pojawiającym się znikąd w mieście i wzrastającym wśród betonu – delikatnym, ale niezależnym. Niby banał, ale działający na wyobraźnię.
Do stworzenia maku Morillas (we współpracy z Christianem Dussoulierem) użył m.in. fiołka, róży, jaśminu czy porzeczki, jednak z podstawą z piżma, wanilii i kadzidła. Całość została zdominowana przez akord pudrowy na tyle, że bardzo trudno wyłonić z niej wonie poszczególnych kwiatów.
Jak na ironię i sam “pudrowy” (na który nota bene Kenzo Flower zapoczątkowały modę) leży w sferze wyobraźni o wiele bardziej niż np. akord skórzany. Zwykle określa się tak zapachy, które budzą skojarzenia z formułami kosmetycznymi – luksusowym kremem czy pudrem, w których trudno rozpoznać charakterystyczne nuty.
Sam Morillas pytany wiele lat później o to, czy trudno było stworzyć zapach bezwonnego kwiatu, powiedział, że nie trudniej niż inne i dodał, że współczesna młoda mieszkanka wielkiej metropolii nie ma bladego pojęcia, jak pachną polne kwiaty.
Oprócz wspomnianych Kenzo Flower, Gucci Bloom i CK One, do najbardziej znanych spośród ponad 500 kompozycji Morillasa należą: cała seria perfum 212 Carolina Herrera, seria Acqua di Gio dla Giorgio Armaniego, Miracle Lancome, cała seria Daisy Marc Jacobs, Fresh Couture Moschino (butelka stylizowana na płyn do mycia szyb), czy White Crystal Versace.
Caryca perfumiarstwa
Christine Nagel zaczynała z pozycji niemal odwrotnej niż Morillas. On nie miał pojęcia o chemii, ale chciał robić coś artystycznego; ona studiowała chemię organiczną na Uniwersytecie Genewskim i trafiła do Firmenich z zamiarem kontynuowania kariery naukowej.
W laboratorium zajmowała się analizowaniem substancji zapachowych na poziomie molekularnym, i prawdopodobnie zostałaby w tej niezbyt widowiskowej części branży, gdyby pewnego dnia nie zobaczyła przy pracy nikogo innego jak Alberto Morillasa.
Perfumiarz dawał dwóm kobietom do powąchania kolejne próbki. Nagel obserwowała ich reakcje i pomyślała, że praca perfumiarza musi być o wiele ciekawsza niż siedzenie nad mikroskopem.
Tyle że i ona usłyszała “nie”. Paradoksalnie nie pomogło jej nawet wykształcenie chemiczne. Perfumiarstwo wciąż było wówczas zamkniętym zawodem, do którego najłatwiej wchodziło się przez rodzinne tradycje i praktyczną naukę pod okiem mistrza. Nagel nie pochodziła z rodziny perfumiarzy, była kobietą i w Firmenich zdążyła już zostać zaszufladkowana jako chemiczka.
Nagel zajęła się więc chromatografią – zamiast wymyślać receptury, dostawała gotowe perfumy i miała, w dużym uproszczeniu, rozebrać je nosem na części, czym dziś zajmuje się już głównie profesjonalny sprzęt. Wspominała później, że dopiero z czasem zrozumiała, że jak dużą techniczną swobodę daje wiedza chemiczna, którą ma dziś coraz mniej perfumiarzy.
Pierwsze kompozycje zaczęła tworzyć pod okiem Michela Almairaca, późniejszego autora m.in. Gucci Pour Homme.
Przełomem w jej karierze było stworzenie Narciso Rodriguez For Her z 2003, skomponowany wspólnie z inną ikoną współczesnego perfumiarstwa – Francisem Kurkdjianem. To dzięki temu zapachowi Narciso Rodriguez ma dziś tak silną pozycję na rynku perfum, wcześniej był znany głównie jako projektant mody.
Rodriguez używał prywatnie olejku piżmowego i chciał, żeby perfumy go oddawały. Pomysł początkowo nie budził entuzjazmu, jako że piżmo uchodziło wówczas za marketingowy strzał w kolano, w branży uważało się, że to przestarzała nuta, którą nikt nie chce pachnieć.
Nagel i Kurkdjian zrobili z nim jednak coś, czego w klasycznym rozumieniu perfumiarstwa po prostu się nie robiło – przenieśli piżmo z bazy do centrum kompozycji, otaczając je różą, kwiatem pomarańczy, drewnem i paczulą. Francuska Fragrance Foundation po ponad dwóch dekadach od premiery nazwała ten zapach archetypem współczesnego perfumiarstwa: nuta, która wcześniej była przypisana do bazy, stała się jej głównym tematem.
Popcorn i truskawki
Dwa lata później Nagel dostała zadanie tyle prestiżowe, co obarczone ogromnym ryzykiem porażki. Miała stworzyć młodszą wersję Miss Dior, klasyka domu mody.
Miss Dior Chérie z 2005 roku nie próbowało udawać poprzedniczki. Stojący wówczas u sterów w Diorze John Galliano chciał zapachu współczesnej, młodej dziewczyny, a Nagel postawiła na połączenie, które z pozoru nie mogło się udać – truskawki i karmelizowany popcorn. Do tego mandarynkę, fiołek, jaśmin i dużo paczuli, która nadawała całości klasy.
Dziś perfumy pachnące watą cukrową czy marshmallow nikogo nie dziwią, ale w 2005 roku uznawało się, że nuty gourmand (związane z jedzeniem) przystoją w perfumach innych niż te dla nastolatek, co najwyżej jako szlachetne praliny.
Miss Dior Chérie połączyło cukierkową estetykę początku XXI wieku z konstrukcją nowoczesnego szypru (nowoczesnym szyprem był też zapach dla Rodrigueza, co rysuje już pewien profil autorki).
Zapach był też arcyciekawym przykładem tego, jak luksusowe domy mogą odmłodzić swoje perfumeryjne dziedzictwo. Okazało się, że niekoniecznie trzeba przekonywać współczesną kobietę, by pachniała jak klientka z marki z lat 50. Oryginalna wersja Nagel została później gruntownie przeformułowana, więc nie powąchacie jej dziś w Sephorze. Dziś perfumy z 2005 roku funkcjonują trochę jak obiekt kolekcjonerski z epoki Y2K.
Rok później powstało The One Dolce & Gabbana. Trudno tu mówić o jakiejkolwiek rewolucji – i chyba właśnie dlatego warto je wymienić. Czasem sztuką jest zrobić zapach na tyle ponadczasowy, że po dwudziestu latach nadal stoi na półkach.
Po prostu Sì
Największym komercyjnym strzałem Nagel pozostaje jednak Sì Giorgio Armaniego z 2013 roku. Sama branża klasyfikuje je razem z For Her Rodrigueza jako jeden z najważniejszych współczesnych szyprów. Nagel otworzyła kompozycję mocną czarną porzeczką – cassis – później połączyła różę z paczulą, a na dole dołożyła wanilię, jasne drewno i Orcanox, syntetyczny składnik dający ciepłe, drzewno-żywiczne wrażenie.
Armani podjął wówczas dość jeszcze nietypową decyzję dotyczącą kampanii: twarzą nowego wielkiego zapachu została 43-letnia Cate Blanchett (idąc być może za ciosem Lancome, które rok wcześniej zatrudniło do reklamowania La vie est belle Julię Roberts – również będącą już po 40.). Oba zapachy są zresztą dalekimi krewnymi – Si, tą bardziej charakterną z kuzynek, podobnie jak Cate Blanchett w zestawieniu z Julią Roberts (wnosząc oczywiście po rolach obu pań)
W 2014 roku zapach został uznany przez brytyjską Fragrance Foundation za najlepszą premierę roku, później w Stanach dostał tytuł Fragrance of the Year w kategorii Women’s Prestige, a L’Oréal wymieniał go w raportach finansowych jako produkt napędzający dobre wyniki Armaniego. Potem wydarzyło się to, co przy naprawdę dużym sukcesie zdarza się zawsze: Sì zaczęło mnożyć się w kolejnych wersjach i do dziś pozostaje jednym z filarów perfumeryjnego biznesu marki.
O ile jednak Morillas przez większość kariery pozostał jednym z wielkich perfumiarzy tworzących dla wielu marek, Nagel ostatecznie wybrała drugi z możliwych dla dużego nazwiska modeli kariery.
Od 2016 roku odpowiada za sekcję zapachów domu mody Hermès. To pod jej okiem powstało m.in. Twilly d’Hermès, ostatnio zaś Barénia. Ta ostatnia jest ciekawym domknięciem historii: po For Her i Sì Nagel po raz trzeci wróciła do szypru, ale tym razem nie musiała wygrać żadnego konkursu. Przez niemal dziesięć lat robiła zapach dla siebie i pokazała Hermèsowi dopiero wtedy, gdy uznała, że jest gotowy.
Morillas i Nagel bynajmniej nie wyczerpują oczywiście listy dużych nazwisk współczesnego perfumiarstwa, choć stanowią mocnych kandydatów do pierwszej piątki najbardziej rozpoznawalnych żyjących perfumiarzy. Warto szukać dalej.
Tymczasem: jeśli spodobało wam się Sì, nie zaszkodzi sprawdzić, co jeszcze zrobiła Christine Nagel – nawet, jeśli sądząc po opisie, kolejny zapach ma z Sì niewiele wspólnego. Jeśli dobrze wspominacie CK One, warto pójść za ciosem i zobaczyć, co Morillas zrobił z makiem, który nie pachnie, albo z ogrodem wpadającym przez otwarte okno.
Po kilku takich próbach staje się oczywiste, że to całkiem inne doświadczenie niż po prostu sprawdzanie randomowych perfum z listy “10 zapachów, które podobają się mężczyznom”.
Nagle okazuje się, że wcale nie lubimy zapachów kwiatowych, jak się nam wydawało, tylko konkretnie tuberozę w perfumach. Albo że wanilia jako akord nie musi wcale pachnieć jak coś do jedzenia, może też wybrzmiewać szlachetnie. To też lekcja o samej sobie: czy nie używasz przypadkiem cytrusów, bo są bezpieczne, mimo że tak naprawdę chciałabyś pachnieć mokrym lasem?
I o to w całej tej zabawie chodzi. Nie trzeba być w stanie rozpoznać 70 nut i wiedzieć, czym jest agar, a czym oud, żeby odkryć naprawdę “swoje” perfumy. Wystarczy zacząć świadomie wąchać. To gra warta świeczki. W końcu perfumy są najdroższym kosmetykiem, jaki większość z nas posiada, tymczasem wiele kobiet nie oczekuje od nich niczego ponad to, by były “ładne”. Mogą zaoferować znacznie więcej, trzeba im tylko dać trochę więcej szans niż trzy psiknięcia na blotter w Sephorze.
Czytaj także:
- Skóra typu “old money”. Wygląd bogatych kobiet jest mniej dostępny niż kiedykolwiek
- Polskie konsumentki nie wybaczą podwyżek. Zawirowania na rynku surowców a ceny w drogeriach
- Nie pasuje ci czerwona szminka? Niemożliwe – kwestią jest nieodpowiedni odcień. Oto jak go wybrać



























