Nie jestem osobą, która co miesiąc przelicza oszczędności, czy definiuje swoje poczucie wartości przez stan konta. Pieniądze po prostu są, pozwalają płacić rachunki i mieć spokój. A jednak za każdym razem, gdy zbliżał się moment, w którym miałam porozmawiać z szefem o podwyżce, czułam dokładnie to samo: ściśnięty żołądek, zimny pot i nagłą potrzebę udowodnienia samej sobie, że „może to jeszcze nie jest ten moment”.
WIDEO…
Zabawne, jak bardzo potrafimy racjonalizować własny strach. Zamiast pójść i porozmawiać o cyfrach, wolimy przekonywać samą siebie, że w sumie nie jest tak źle. I nie jestem w tym odosobniona...
Historia Anity
Moja koleżanka Anita to typ pracownika, o którego firmy walczą. Dowozi rzeczy nie do dowiezienia, spina trudne projekty i zawsze można na nią liczyć. Kilka miesięcy temu przy kawie wypłynął temat zarobków. Od słowa do słowa wyszło na jaw coś, co było dla niej sporym zaskoczeniem, zarabiała wyraźnie poniżej dolnej granicy widełek na swoim stanowisku. Co więcej, ludzie, których sama niedawno wdrażała do pracy i którzy mieli o wiele mniejsze doświadczenie, przyszli od razu na wyższych stawkach.
Logika podpowiada, by umówić się do szefa, przedstawić sytuację i wyrównać pensję. Co zrobiła Anita? Przez cztery miesiące wymyślała kolejne powody, żeby tego nie robić: „Firma ma teraz trudniejszy kwartał, nie chcę dokładać szefowi spraw.”, „Może poczekam do rocznej rozmowy?”, „W sumie mam super zespół, głupio tak przychodzić po więcej.”
Zamiast załatwić sprawę w kwadrans, codziennie przychodziła do pracy z rosnącym poczuciem, że ktoś ją wykorzystuje. Sama myśl o rozmowie wywoływała w niej poczucie winy.
Skąd w nas ten paraliżujący lęk?
Jak zauważa Sylwia Krajewska, psycholożka, coachka, autorka książek, pierwszą rzeczą, która blokuje nas w takiej sytuacji, jest lęk przed stratą.
– Taka rozmowa bywa postrzegana jako zagrożenie dla tego, co już mamy: dobrych relacji z przełożonym, opinii w zespole, poczucia bezpieczeństwa, a w skrajnym scenariuszu nawet zatrudnienia – mówi Sylwia Krajewska. – Dlatego w głowie pojawia się: „Może lepiej niczego nie ruszać”. Ten mechanizm sprawia, że człowiek nie porównuje dwóch realnych opcji – „porozmawiam” i „nie porozmawiam” – tylko porównuje znaną sytuację z wyobrażoną katastrofą.
Ekspertka zwraca uwagę, że warto zadać sobie wtedy proste pytanie: Jakie jest rzeczywiste ryzyko, a jakie ryzyko dopowiada mój własny lęk? Sama prośba o podwyżkę nie jest przecież równoznaczna z jej natychmiastowym otrzymaniem, ale tym bardziej nie oznacza utraty pracy. To początek negocjacji, a nie nieodwracalna decyzja.
Do tego dochodzi zjawisko, które psychologowie nazywają czytaniem w myślach. Zanim w ogóle otworzymy usta, same piszemy w głowie scenariusz rozmowy: „Szef pomyśl, że przesadzam”, „Uzna, że jestem chciwa”, „Pomyśli, że nie doceniam tego, co mam”. I najgorsze – zaczynamy traktować te własne przewidywania jak twarde fakty.
Efekt status quo i definicja „dobrego pracownika”
Bardzo często wpadamy też w pułapkę tzw. efektu status quo. Człowiek ma naturalną tendencję do utrzymywania istniejącego stanu rzeczy. Jeśli przez dwa lata zarabiamy określoną kwotę, zaczyna ona funkcjonować w naszej głowie jako „normalne wynagrodzenie”. Zakres pracy dawno się zmienił, doszły nowe odpowiedzialności czy projekty, ale nasz psychologiczny punkt odniesienia tkwi w miejscu.
Sylwia Krajewska podkreśla, że zamiast pytać siebie: „Czy naprawdę powinnam zarabiać więcej?”, lepiej zadać sobie trzy konkretne pytania:
- Co zmieniło się w mojej pracy?
- Jakie rezultaty osiągam?
- Jak rynek wycenia pracę o podobnym zakresie odpowiedzialności?
To natychmiast przesuwa naszą uwagę z przyzwyczajenia na aktualne dane.
Kolejna bariera kryje się głęboko w naszej samoocenie i tym, jak definiujemy pojęcie „dobrego pracownika”. – Jeżeli dobry pracownik to dla nas ktoś, kto jest lojalny, skromny, pomocny, nie sprawia problemów i zawsze daje coś od siebie, to prośba o podwyżkę zaczyna wyglądać jak naruszenie tej tożsamości – tłumaczy Sylwia Krajewska. – Pojawia się konflikt: „Chcę być dobrym pracownikiem” kontra „Chcę więcej pieniędzy”. Wtedy ta druga potrzeba zaczyna budzić poczucie winy. Warto stworzyć inną definicję profesjonalizmu: dobry pracownik nie musi rezygnować z własnego interesu. Potrafi go jasno i rzeczowo komunikować. Asertywność nie jest przeciwieństwem lojalności.
Uruchamia się tu także norma wzajemności. Postrzegamy samo zatrudnienie jako prezent, za który musimy odwdzięczać się rezygnacją z własnych korzyści. Wynagrodzenie przestaje być elementem rynkowej wymiany, a zaczyna przypominać nagrodę uznaniową od pracodawcy.
Ekspertka radzi, by nauczyć się rozdzielać dwa zdania: „Jestem wdzięczna za możliwość pracy tutaj” oraz „Chcę, żeby moje wynagrodzenie odpowiadało wartości mojej obecnej pracy”. Oba mogą być prawdziwe w tym samym czasie.
Dwa zupełnie różne komunikaty
Najważniejsze przeformułowanie dotyczy jednak tego, jak traktujemy ewentualną odmowę. Rozmowa o pieniądzach niezwykle łatwo zamienia się w naszej głowie w egzamin z własnej wartości. Skoro nie dostaję podwyżki, nasza psychika błyskawicznie tłumaczy to na: „Nie jestem wystarczająco dobra”.
– To są dwa zupełnie różne komunikaty – podkreśla Sylwia Krajewska. – Odmowa może wynikać z budżetu, polityki wynagrodzeń, momentu organizacyjnego czy struktury stanowisk. Nawet jeśli przełożony uważa, że obecne wynagrodzenie jest adekwatne, nie jest to obiektywna wycena człowieka. Dlatego warto mentalnie oddzielić odrzucenie propozycji finansowej od odrzucenia mnie jako osoby.
Nie warto przekonywać samej siebie emocjonalnie, że „zasługuję” na podwyżkę, bo to niesie zbyt duży ładunek napięcia. Warto po prostu uzasadnić oczekiwaną cenę. Rozmowa przestaje być wtedy stresującym egzaminem, a staje się dyskusją dwóch stron o warunkach dalszej współpracy.
Praktyka: Jak oddzielić dane od lęku?
Sylwia Krajewska proponuje, by przed wejściem do gabinetu usiąść z kartką papieru i rozpisać swoje myśli w dwóch obszarach:
1. FAKTY (Co wiem):
- Od roku mam dodatkową odpowiedzialność i prowadzę trzy projekty zamiast jednego.
- Moje wyniki wzrosły z poziomu X do Y.
- Rynkowa wycena stanowiska o podobnym zakresie wynosi Z.
2. LĘKI (Czego się boję):
- Pomyślą, że jestem roszczeniowa.
- Szef się zdenerwuje.
- Odmowa będzie upokarzająca.
- Powinnam być po prostu wdzięczna za obecną pensję.
To proste ćwiczenie błyskawicznie oddziela twarde dane od przewidywań i emocjonalnych interpretacji naszej własnej głowy.
Anita w końcu umówiła się do szefa. Nie szukała wymówek, nie przepraszała, że żyje, po prostu pokazała zakres swoich obowiązków i realia rynkowe. Podwyżkę dostała od razu. Kiedy rozmawiałyśmy po wszystkim, śmiała się z samej siebie: najtrudniejsze w tym wszystkim wcale nie było przekonanie szefa, tylko uciszenie własnego głosu w głowie, który przez cztery miesiące wmawiał jej, że nie wolno jej chcieć więcej.
Czytaj także:
- „Dlaczego ona, a nie ja?” Jak opanować zazdrość po awansie współpracownika i nie zniszczyć relacji
- Co piąta Polka nie przetrwałaby miesiąca bez pensji. Rusza bezpłatny program doradczy
- Jak kochać bez utraty siebie (i swoich oszczędności) Prawnik o tym jak zabezpieczyć swój majątek w związku