Początkowo czuję lekkie zmieszanie. Sytuacja jest nowa, sztucznie zaaranżowana, a jednak od pierwszej minuty bije od niej czysta energia. Stukot obcasów, szelest kartek z pytaniami pomocniczymi, przesunięcia krzeseł. Kolejne dziewczyny w kółko zmieniają stoliki. Przed moimi oczami pojawia się jedna twarz, za chwilę druga, trzecia i kolejna.
WIDEO…
Szybko orientuję się, że te siedem minut to fascynujący mikrokosmos ludzkiego vibe’u i energii, która natychmiast krąży w przestrzeni między obcymi sobie kobietami. W ciągu dwóch godzin rozmawiam z trzynastoma dziewczynami. Na takiej próbie błyskawicznie dostrzega się mechanizmy ludzkiej dynamiki. Z jednymi prowadzę spokojne, wyważone dyskusje. Z innymi od razu „klika” - śmiejemy się, żartujemy, przełamujemy pierwsze lody bez żadnego wysiłku. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, a słowa po prostu płyną. Bardzo często te siedem minut okazuje się brutalnie krótkie. Rozmowa dopiero nabiera tempa, otwiera się ciekawy wątek i... zmiana.
Organizatorki przygotowały karty z pytaniami pomocniczymi: „Jaka jest Twoja ulubiona pora dnia?”, „Co wzbudza w Tobie kreatywność?”, „Jakich cech szukasz u przyjaciółki?”. Dla wielu stanowią koło ratunkowe, ale większość z nas szybko zbacza z utartych torów.
Uderza mnie niezwykła różnorodność tej grupy. Różne zawody, style komunikacji, odmienne etapy życia. Są tu introwertyczki i ekstrawertyczki. Gdy introwertyczka trafia na ekstrawertyczkę, w powietrzu czuć wyraźną ulgę - ta druga naturalnie przejmuje inicjatywę, zdejmując ciężar prowadzenia rozmowy. Mimo tych różnic, przestrzeń wypełnia specyficzny kobiecy klimat: delikatny, ciepły, bezpieczny, ale też podszyty nutą szaleństwa i ekscytacji.
Architektura dorosłej samotności
Zadaję dziewczynom pytanie: „Dlaczego tu jesteś?”.
I wtedy po raz pierwszy natrafiam na niewidzialny opór. W powietrzu czuć nutę niezręczności, lekki unik w spojrzeniu. Odpowiedzi stają się ogólne, bezpieczne: „A, już od jakiegoś czasu chciałam przyjść i zobaczyć, jak to wygląda”, „Z ciekawości”.
Długo po powrocie do domu myślę o tej chwilowej konsternacji. Dlaczego dorosłe, wartościowe kobiety czują wstyd, przyznając się do poszukiwania relacji? W naszym społeczeństwie wciąż pokutuje ciche przekonanie, że posiadanie małego grona znajomych w dorosłym życiu jest w pewnym sensie porażką. Wstydzimy się powiedzieć głośno: „Jestem samotna”, chociaż to nie liczba znajomych w telefonie definiuje naszą wartość, ale nasza dobroć, odwaga do próbowania i otwartość na drugiego człowieka.
Powody, dla których te dwadzieścia sześć kobiet znalazło się na restauracyjnym tarasie, są w rzeczywistości odbiciem realiów współczesnego życia w wielkim mieście. Kilka z nich niedawno zakończyło długoletnie związki. Wraz z odejściem partnera często kruszy się dotychczasowy świat towarzyski, a one muszą budować swoją codzienność na nowo. Niektóre przeprowadziły się do stolicy niedawno. W nowym mieście, bez korzeni ze szkoły czy studiów, nawiązanie głębszych relacji graniczy z cudem.
Są w pełni ustabilizowane zawodowo, ale ich środowisko pracy nie daje już żadnych szans na poznanie kogoś nowego. Pracują w małych zespołach, zdalnie lub w branżach, gdzie brak przestrzeni na prywatne więzi. Zauważają, że na klasycznych wydarzeniach towarzyskich rozbieżność wiekowa bywa ogromna, a one szukają kobiet w podobnym wieku, takich, z którymi mogłyby po prostu wyskoczyć na kawę, do kina czy spędzić wolny czas bez poczucia obcości.
Kobieta dla kobiety jest jak lustro
Przechodzimy przez to wszystkie. Jako kobiety jesteśmy głęboko emocjonalne - nie lubimy sztucznych, powierzchownych relacji i rzadko podtrzymujemy je na siłę tylko po to, by wypełnić grafik. Potrzebujemy głębi. Mierzymy się z momentami, w których brak kobiecego grona staje się wręcz fizycznie odczuwalny. Pragniemy wsparcia w trudnych chwilach, ale też wspólnego świętowania sukcesów i czystej, beztroskiej zabawy. Prawdziwa kobieca przyjaźń opiera się na prostym fundamencie: jesteśmy dla siebie.
Kobieta dla drugiej kobiety jest jak lustro. Widzimy w niej odbicie nas samych, czasem tego, co już w sobie mamy i akceptujemy, a czasem tego, za czym tęsknimy i czego nam brakuje.
Nie jest to nowy koncept. W dawnych czasach kobiety naturalnie tworzyły kręgi wsparcia. Razem pracowały, opiekowały się dziećmi, dzieliły troskami. Były nastawione na wzajemną pomoc, dając sobie poczucie bezpieczeństwa i absolutnego bycia rozumianą bez zbędnych słów. Przebywanie w kobiecej energii jest nam potrzebne, aby wrócić do siebie, do swojej wrażliwości, empatii i wewnętrznego ciepła.
Powrót do kręgu
Speed friending okazał się dla mnie doświadczeniem niezwykle intensywnym, ale przede wszystkim bezcennym. Pozwolił mi odkryć nie tylko tajniki ludzkiej komunikacji, ale też dowiedzieć się czegoś ważnego o sobie samej - o tym, jak reaguję na różne typy osobowości i z kim moje własne czucie świata wchodzi w rezonans.
Gdy wydarzenie dobiega końca, nikt nie spieszy się do wyjścia. Dziewczyny wymieniają się numerami telefonów, Instagramami, umawiają na kawę w nadchodzącym tygodniu. Pytane o wrażenia, rozpromieniają się. Wszystkie odpowiadają jednoznacznie: to było niesamowite doświadczenie. Poczucie niezręczności z początku wieczoru całkowicie ulotniło się na rzecz radosnego gwaru i poczucia ulgi.
Okazuje się, że pod pancerzem warszawskiego pośpiechu i samowystarczalności kryje się ogromna potrzeba bliskości. Speed friending to nie tylko komercyjna inicjatywa czy zabawa na wieczór. To nowoczesna odpowiedź na pradawną potrzebę, próbna rekonstrukcja kobiecego kręgu w środku tętniącej życiem metropolii. Pokazuje, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem i jak niewiele trzeba, by obca kobieta przy sąsiednim stoliku stała się kimś bliskim. Wystarczy siedem minut odważnej szczerości.
Czytaj także:
- Julianna i Renato stworzyli przyjaźń międzypokoleniową. Ich relacja to antidotum na ageizm
- Czy dążenie do doskonałości jest niezdrowe? O perfekcjonizmie
- Kobiecie w pewnym wieku nie wypada? Rozprawiam się z tym mitem



























