Gdybyśmy miały stworzyć ranking gwiazd, które polaryzują współczesne kobiety bardziej niż ktokolwiek inny, Sydney Sweeney zajęłaby bezapelacyjnie pierwsze miejsce.
WIDEO…
Jej najnowszy projekt – rola udziałowczyni i twarzy platformy predykcyjnej Novig – wywołał potężny pożar. W wyreżyserowanej z przymrużeniem oka kampanii „Just Sports” Sydney pozuje bez ubrań, zasłaniając się jedynie sprzętem sportowym: piłkami, rakietami czy kijami do hokeja. Efekt? Fala gniewu. Mistrzyni olimpijska w pływaniu Ariarne Titmus grzmiała na Instagramie, że reklama to „policzek dla każdej kobiety, która poświęciła życie dla sportu”. Brytyjska lekkoatletka Amy Hunt prosto z bieżni wypaliła do kamery BBC: „Sydney Sweeney, tak wygląda kobieta w sporcie: mięśnie, praca, krew i łzy”. Gymnastka Gracie Kramer wywołała trend nagrań z siłowni pod hasłem pokazywania „realnego ciała w sporcie”.
Jednak pod warstwą słusznego oburzenia na seksualizację branży kryje się znacznie cichsze, ale za to bardziej fascynujące pytanie: dlaczego sylwetka i postawa Sydney Sweeney wywołują w innych kobietach aż tak głęboką niechęć?
Fit-shaming w nowym wydaniu
Żyjemy w czasach, w których emancypacja kobiet w sferze fitnessu dokonała ogromnego postępu. Przez dekady wmawiano nam, że mamy być węższe, mniejsze i bezobjętościowe. Dziś celebrujemy siłę, podnoszenie ciężarów, rzeźbę, siłę mięśni i funkcjonalność. I to wspaniała zmiana.
Problem w tym, że wzdłuż tej drogi stworzyłyśmy nowy rodzaj podziału. Ciało Sydney Sweeney, zmysłowe, wyraziste, ultrakobiece, z obfitym biustem i naturalną miękkością, wydaje się dla wielu krytyczek „przestarzałe”. Nie ma w nim śladów morderczego reżimu fit-influencerek, nie komunikuje „ciężkiej pracy na siłowni”, lecz raczej czystą, genetyczną atrakcyjność w stylu retro. Kiedy atletki zarzucają Sweeney, że jej ciało „nie wygląda jak ciało kobiety w sporcie”, mimowolnie wkraczają na teren subtelnego fit-shamingu.
Jednak sprowadzanie całego oburzenia wyłącznie do „fit-shamingu” czy zazdrości byłoby powierzchowne. Sprzeciw sportowczyń nie wynika wyłącznie z niechęci do pełniejszych kształtów aktorki, ale z frustracji faktem, że wysiłek i realne osiągnięcia kobiet po raz kolejny zostają zepchnięte na drugi plan przez to, co od wieków jest jedyną walutą premiowaną przez patriarchat: młodą, konwencjonalnie atrakcyjną, odsłoniętą skórę. Z perspektywy zawodowych lekkoatletek zredukowanie obecności kobiety w przestrzeni sportowej do roli erotycznego rekwizytu nie wyzwala kobiet, przywraca stary, doskonale znany ład pod przykrywką nowoczesnego marketingu.
Mit siostrzeństwa kontra brutalny biznes
Sweeney nie jest jednak wyłącznie bezbronną ofiarą, doskonale wie, w co gra. I to właśnie ta bezczelna samoświadomość doprowadza jej krytyczki do rozpaczy.
Od gwiazd Hollywood oczekuje się dziś stałego wpisywania w dyskurs girl-power. Aktorki mają powtarzać wyuczone formułki o „wzajemnym wsparciu kobiet” i samokrytyce za własne przywileje. Sweeney wywróciła ten stolik już w słynnym wywiadzie dla Vanity Fair, w którym stwierdziła wprost, że opowieści o solidarności kobiet w branży to hipokryzja i fałsz, a kobiety wcale sobie nie pomagają.
Sydney nie wpisuje się w postawę przepraszającej aktywistki. Gdy wybuchła burza wokół kampanii Novig, nie opublikowała oświadczenia. Zamiast tego bez słowa wrzuciła na swoje relacje na Instagramie, rozbierane sesje największych gwiazd sportu z cyklu ESPN Body Issue (m.in. Sereny Williams czy Rondy Rousey). Przekaz był prosty: kiedy one pozują nago, nazywacie to celebracją ciała; kiedy robię to ja, nazywacie to tanim erotyzmem. Przestańcie hipokryzować.
Dwa feminizmy na jednym boisku
Wokół Sweeney zderzają się dziś dwa zupełnie odmienne wyobrażenia o wolności kobiet:
Feminizm wysiłku i zasług, reprezentowany przez zawodowe sportowczynie i tradycyjne aktywistki. Szacunek i podziw należą się za osiągnięcia, dyscyplinę i przełamywanie barier. Ciało jest narzędziem do osiągania celów.
Feminizm autonomii (oraz twardego kapitału), reprezentowany przez Sweeney. Kobieta ma prawo używać własnego ciała dokładnie tak, jak chce, czy to do grania w dramatycznie rolach, czy do robienia komercyjnych sesji nago, na których zarabia miliony jako udziałowczyni spółki.
Czy Sweeney sprowadza kobiety do roli „obiektu”? Dla wielu sportowczyń - tak. Ale z perspektywy czysto biznesowej to Sweeney trzyma w ręku karty, dyktuje warunki i odrzuca narzucany jej wstyd. Zarabianie na męskim pożądaniu to twarda walka o własne wpływy, ale wciąż w ramach zasad podyktowanych przez patriarchalny system, a nie jego demontaż.
Dlaczego ta dyskusja jest potrzebna?
Kobiety polaryzuje w Sydney Sweeney nie tylko to, że odmawia gry na narzuconych zasadach i nie zamierza przepraszać za zarabianie na męskim pożądaniu. Prawdziwe emocje budzi fakt, że jej postawa uosabia najtrudniejszą dla współczesnego feminizmu prawdę: wolność kobiety oznacza także jej prawo do bycia niepoprawną, komercyjną i nielubianą przez inne kobiety.
Sweeney ma pełne prawo dysponować swoim wizerunkiem i budować finansowe imperium na własnych warunkach, to jej indywidualna autonomia. Jednak nazywanie czysto komercyjnej seksualizacji „działaniem pro-kobiecym” byłoby uproszczeniem. Prawdziwe wyzwolenie nie polega bowiem na prawie do bycia przedmiotem zachwytu za własną stawkę dyktowaną przez rynek, lecz na budowaniu świata, w którym wartość kobiety, w sporcie, sztuce czy biznesie, nie musi być mierzona tym, jak szybko przyciąga męski wzrok.
Czytaj także:
- Od kawy z Clooneyem po ślub z Doktorem House’em. Jak Polka z Opola zdobyła nominację do Emmy?
- Owłosione nogi na czerwonym dywanie i pot na sukni. Dlaczego dziś to komplement, a nie skandal?
- Ambasadorka Powstania Warszawskiego z branży dla dorosłych. Naga prawda o zasięgach



























