„Monika Żochowska i Ewa Dudzic-Filaseta – młode Polki, które całą swoją pasję i serca wkładają w tworzenie innowacyjnych produktów kosmetycznych" – czytamy na stronie marki Glov, która dziś cieszy się dużą popularnością nie tylko w Polsce. Zaczęło się od legendarnej rękawiczki do makijażu, dziś ich oferta jest bogata w produkty, które dziewczyny przetestowały na własnej skórze i wypuściły w świat. Ale najpierw były przyjaciółkami i postawiły wszystko na jedną kartę. Dziś wiedzą, że łącząca je relacja pomogła im w biznesie.

WIDEO

player placeholder

Żeby robić wspólny biznes, trzeba się lubić

Katarzyna Racławska: Skąd wziął się pomysł na to, żeby razem robić biznes? Czy wy się już przyjaźniłyście wcześniej, czy może to właśnie ten biznes stworzył waszą przyjaźń? Opowiedzcie nam o sobie.

Monika: Pamiętam moment, kiedy zobaczyłam Ewę na wydziale, bo my we dwie byłyśmy wysokie, najwyższe na roku, więc od razu był taki klik, że jest z kim rozmawiać na tym samym poziomie – na wysokości oczu. Oprócz tego Ewa zawsze mnie wprowadzała do towarzystwa, bo ja byłam takim niezdolnym kujonem ze wsi, więcej siedziałam w książkach. Ewa była zdolną mądrą dziewczyną, która miała więcej czasu na imprezowanie, a ja się tego imprezowania trochę bałam. Wokół Ewy zawsze dużo się działo, więc to Ewa mnie wprowadziła w taką imprezownię studencką i zawsze była blisko. Zawiązała się między nami więź.

Gdy po studiach nie mogłam znaleźć pracy, miałam sporo czasu, żeby grzebać, doświadczać, rodzice mnie wspierali, ale też dawali mi już znaki, żebym się ogarnęła. I wpadłam na pomysł tych rękawiczek. Byłam jednak zrażona dotychczasowymi projektami biznesowymi, które mi nie wyszły. Stwierdziłam, że mam jakieś mocne kompetencje, ale brakuje mi takiej operacyjności, szukałam partnerki, które by mnie uzupełniła w moich słabych stronach. I pomyślałam o Ewie.

Zobacz także:

Ewa w tamtym czasie w naszym środowisku była postrzegana jako bardzo dobra, prężnie działająca businesswoman. W Krakowie prowadziła własne biznesy z sukcesami. I ja zadzwoniłam do niej i opowiedziałam jej o pomyśle. Zapytałam, czy chciałaby ze mną w to wejść. I ona na to: „czemu nie”.

Ewa: Tak, z Moniką się przyjaźniłyśmy już wcześniej. Na początku był dobry flow, taki właśnie studencko-imprezowy, podróże, też wspólne jeździłyśmy za granicę, odwiedziłam Monikę w Hiszpanii, no i to była taka fajna przyjaźń studencka. Później nasze drogi się rozeszły i ja miałam wtedy spółkę z kolegą, zdobyłam pierwsze doświadczenie biznesowe i rzeczywiście Monika przyszła do mnie z pomysłem na biznes. No i stwierdziłam, że dobra, co mogę, to pomogę. Zobaczymy, jak to pójdzie, ale jednocześnie jeszcze prowadziłam stary biznes. Aż w końcu poszło tak fajnie. Kiedy zdobyłyśmy pierwsze finansowanie, założyłyśmy spółkę, to był na tyle fajny, ciekawy temat, że ja porzuciłam tamtą spółkę i przeniosłam się wtedy do Warszawy na całego.

Zaangażowałyśmy się obie w ten biznes, ale rzeczywiście w spółce z Moniką dobrze się uzupełniamy. Ja jestem takim dobrym uzupełnieniem dla osób z głową pełną pomysłów, zwariowanych i kreatywnych, bo bardzo mocno stąpam po ziemi. Jestem bardzo racjonalna i gdzieś to dobrze kliknęło z Moniką – takie uzupełnienie charakterów.

KR: Ok, czyli pomysł tej pierwszej kultowej rękawiczki Monika wyszedł od Ciebie?

Monika: Tak, to wszystko zaczęło się od stażu, na który pojechałam. Pomagałam w klinice chirurgii plastycznej i tam od lokalnego lekarza dowiedziałam się o mikrotechnologii włókien, więc to wszystko to jest autentyczna historia. Ostatnio gdzieś usłyszałam, że nie każdy founder opowiada prawdziwą historię, bo potrzebne jest DNA i esencja, a tam było rzeczywiście tak, że stałam przy lustrze, cieszyłam się, że mam mleczko do demakijażu, ale nie miałam płatków i próbowałam to papierem toaletowym zmyć. Oczywiście to się nie udało, w końcu umyłam się mydłem, ale to nie zawsze jest dobry pomysł. Dlatego połączyłam kropki, zaczęłam grzebać w temacie, zobaczyłam, że jest to możliwe do wykonania. I jakoś to poszło.

KR: Czy to, że przyjaźniłyście się już wcześniej, sprawiło, że łatwiej wam było „wejść” w ten biznes?

Monika: Na pewno, bo gdzieś tam wiedziałyśmy o swoich mocnych i słabych stronach. Prowadzenie biznesu przez tyle lat to jest rollercoaster. Do tego dochodzi życie prywatne, gdzie dochodzi stres, który implikuje to, co dzieje się w pracy. Więc to na pewno ułatwiało, bo jak się nie wie, z kim się ma do czynienia, to później jest ciężko.

Ewa: Na pewno ułatwiało to, że się lubimy, że lubimy spędzać ze sobą czas i lubimy robić razem projekty, bo to biznes sprawia, że naprawdę dużo tego czasu się razem spędza. Szczególnie, jak miałyśmy też takie lata, gdzie bardzo dużo podróżowałyśmy, rozwijając eksport naszej marki, mieszkałyśmy w jednym pokoju, spałyśmy w jednym łóżku i podróżowałyśmy jednym samolotem. Więc ważne jest to, żeby się lubić i żeby czuć przyjemność z tego.

Na pewno bardzo dużą przyjemność czerpiemy z tego, co robimy w tym biznesie, ale też z tego, że robimy to wspólnie, to na pewno jest bardzo ważne. Bo myślę, że trudno by było robić spółkę i biznes z kimś, kogo się nie za bardzo lubi, więc to jest taka podstawa.

Monika: Ale też z perspektywy czasu muszę podkreślić, że my jesteśmy zupełnie inne. Jesteśmy jak totalnie z różnych parafii. To, co nas łączy, wydaje mi się, to są nasze wspólne wartości i wspólne cele. To jest też dobre, że każda z nas zupełnie inaczej patrzy i na ten biznes, i w ogóle na życie.

Zupełnie innej muzyki słuchamy. Ja pamiętam taką sytuację, kiedy byłyśmy w Atenach. Chciałam z rana sobie puścić jakąś taką według mnie wesołą muzykę, a dla Ewy to było umcy-umcy, więc zaczęła mi komentować, że jakaś badziewna muzyka, że coś tam. Ja jej wtedy powiedziałam, że tolerancja nie kończy się na mówieniu o tolerancji (śmiech). Wtedy się trochę pokłóciłyśmy, nawet się popłakałam.

Ewa: Tak, dużo nas dzieli, ale tak jak powiedziała Monika - też dużo nas łączy i to takich głównych wartości. Myślę, że to, że pochodzimy z małych miejscowości, sprawiło, że gdzieś te wartości rodzinne dla nas były bardzo ważne, bo jesteśmy nauczone też ciężkiej pracy od dziecka, jesteśmy po prostu z takich zwykłych rodzin, które na różne sposoby sobie radziły. Mamy za sobą przygodę z pracą gdzieś tam właśnie na gospodarstwie, ze sprzedażą pierwszych zbiorów i takich rzeczy jest bardzo dużo, dzięki czemu rozumiemy się bez słów i wiemy, że po prostu, jak trzeba zakasać rękawy, wziąć się do pracy, to nie ma dyskusji. I to też nam pomogło na początku.

„Nie da się robić biznesu bez emocji"

KR: A nie obawiałyście się o swoją przyjaźń? Nikt was nie ostrzegał przed tym, że nie robi się biznesów z przyjaciółmi?

Ewa: Myślę, że o tym nie myślałyśmy i ja też chyba bym się do końca z tym nie zgodziła. Ja bardziej bałabym się wchodzić w biznes z obcą osobą niż z przyjacielem, którego znam. Wiadomo, źe jeżeli by nam nie wyszło, jeżeli by się te relacje zepsuły, no to jest coś do stracenia, ale uważam, że jest też bardzo dużo do zyskania. Z obcą osobą miałabym dużo większe opory przed tym właśnie, że nie wiem, jak ona się zachowa w różnych sytuacjach, jak zareaguje… Nie wiem, jaką ma tolerancję do ryzyka czy do błędów, czy jak traktuje ludzi… No różne mogą być rzeczy, a tutaj jednak już parę rzeczy takich ważnych, które pozwalają działać codziennie i iść do przodu, mamy sprawdzone, bo sprawdziłyśmy się w jakichś sytuacjach kryzysowych.

KR: Jakie to były sytuacje kryzysowe?

Monika: Do pewnego momentu obie byłyśmy na tym samym etapie życiowym. Nie miałyśmy rodzin, nie miałyśmy partnerów czy tam mężów. Focus był w 100 procentach skierowany na firmę i nie było absolutnie nic innego poza firmą i Ewa wkroczyła szybciej w ten etap, gdzie pojawiła się u niej rodzina. Tak więc ten focus został jakoś tam podzielony, co dla mnie było wielką bombą atomową, bo ja w tym czasie rozstałam się z moim wieloletnim partnerem i 100 albo 200% przekuwałam w biznes, w zasadzie całe moje życie było biznesem. Siedziałam w pracy do 23 czasami i wydaje mi się, że tam były największe takie starcia, które z perspektywy czasu musiały się chyba wydarzyć, żebyśmy mogły się po prostu wtedy dotrzeć. Ale to było wtedy bardzo challenge’ujące.

Ewa: Myślę, że szczególnie u kobiet to jest taki punkt krytyczny. Rozmawiałam o tym też z inną koleżanką, która miała spółkę i ona z kolei była na tej samej pozycji co Monika, że jej wspólniczka urodziła dziecko i ona nie rozumiała, dlaczego ona nie pracuje, dlaczego nie może się zaangażować i jak tak porozmawiałyśmy sobie z dwóch perspektyw, było widać, że to naprawdę trudne. To jest ważne właśnie, żeby jednak mieć to porozumienie na tym polu, że jest praca, w którą się angażujemy, ale czasami nie jesteśmy w stanie się zaangażować tak, jak byśmy chciały, bo też jest małe dziecko z drugiej strony, które potrzebuje mamy.

Kobiety-przedsiębiorczynie zawsze mają poczucie, że nie są wystarczająco dobrymi przedsiębiorczyniami i wystarczająco dobrymi mamami, bo nigdy tego czasu nie mają wystarczająco na obie te strefy. Dlatego fajnie, jak jest to zrozumienie, czyli, że obie osoby są właśnie na takim samym etapie i albo mają obie rodziny, albo obie nie mają i wtedy jest na pewno łatwiej. Znam też spółki mężczyzn, którzy rozeszli się w dużej mierze przez to, że jeden wspólnik był bardzo nastawiony na pracę, wizję, działanie, a drugi miało czwórkę dzieci i już chciał trochę spokojniejszego życia.

KR: Czyli emocje przeszkadzają w biznesie?

Monika: Na pewno, ale nie da się robić biznesu bez emocji.

Ewa: Tak, my mamy z Moniką trochę inne zarządzanie emocjami. Monika jest bardzo emocjonalna i zawsze wszystko szybko wyrzuca, czego ja jej zazdroszczę, bo myślę, że wtedy się po prostu szybciej oczyszcza i idzie dalej. A ja jestem taka, że mam te emocje stłumione i to też często bywa taką pożywką do jakiegoś konfliktu, bo ja te emocje w sobie duszę. Monika woli wyjaśnić sprawę szybko. Ale dzięki temu uczymy się wzajemnie, jak radzić sobie z tematem. To procentuje i pomaga. Dlatego też uważam, że ta przyjaźń tak pomaga. Bo jak już znamy tę osobę i wiemy mniej więcej, jak rozwiązywać z nią trudne tematy i konflikty, to wtedy jest łatwiej.

KR: A czy wy miałyście ustalone na początku jakieś zasady współpracy, aby nie zaszkodziła waszej relacji?

Monika: Nie, nie, nie było żadnych takich raczej - chyba że Ewa coś innego pamiętasz? Bo tego naprawdę jest na co dzień sporo – są wyzwania, trudne momenty… Wydaje mi się, że to, co jest takie najważniejsze w relacji, to zaufanie. Bo jeżeli zaufanie i szacunek jest nadszarpnięty, to wtedy jest ciężko – jak w każdej relacji. A jak to jest, to można iść dalej.

Ewa: Raczej na spontanie mierzymy się z różnymi sytuacjami, które do nas przychodziły, raczej nie miałyśmy tego ustalone, że robimy tak lub tak. Ale myślę, tak jak powiedziała Monika, że to zaufanie jest bardzo ważne. Ale też pamiętam, jak Monika kiedyś powiedziała, że bardzo ważne jest to, żeby ciągle wierzyć, że ta druga strona chce najlepiej dla firmy i to też jest takie, myślę, kluczowe, żeby nie zakładać np. złych intencji czy chęci. Tylko żeby pamiętać, że ta druga osoba chce tak samo dobrze jak my i daje z siebie tak samo dużo.

Monika: W naszym przypadku to szczególnie ważne, bo my mamy tak jakby dwóch prezesów w firmie, co ma swoje plusy i minusy. Mamy taki sam głos, tę samą ważność głosów, tyle samo mamy udziałów i jesteśmy po równo podzielone. Więc każdej ze stron zależy na tym, żeby ta firma funkcjonowała jak najlepiej. Zarabiamy tyle samo, nikt tu nie jest lepszy czy gorszy, tylko to jest naprawdę podzielone na pół.

Ewa: Tak, chociaż wiadomo, że częstą rzeczą w spółkach jest takie poczucie jednego wspólnika, że robi więcej niż drugi. Ważne, żeby odpychać od siebie te myśli właśnie, ewentualnie żeby wyjaśnić sobie i wrócić. Istotny jest też podział obowiązków i wyjaśnienie, co robimy, żeby czuć tę sprawiedliwość, ale też, żeby jednak pamiętać o tym, że ta druga strona daje z siebie dużo i angażuje się na tyle, ile może. I też myślę, że ta przyjaźń pomaga w tym, żeby zrozumieć, że któraś z nas może się zaangażować mniej w jakimś czasie, bo na przykład ma trudności w domu. Ważne dla nas jest szczęście drugiej osoby – zarówno jeśli chodzi o realizowanie się w pracy, jak również prywatnie. Bo poza pracą ważne jest też to osobiste szczęście. I to też zaprocentuje za chwilę, bo będziemy mogły jakby z czystą głową, z poczuciem jakiegoś spełnienia, wrócić do pełni obowiązków.

KR: Czy wy dla siebie jesteście bardziej wyrozumiałe niż wymagające?

Monika: Nie to aż tak to nie… Wymagamy też od siebie, czasami trzeba zwrócić uwagę, jak już jest tam przegięcie jakieś, że no trzeba tutaj pilnować spraw. Aż takiej bezgranicznej jednostki miłości to nie ma, są też obowiązki, firma musi iść do przodu.

Ewa: Myślę, że obie dużo wymagamy same od siebie i chyba obie mamy tego świadomość. Wiem, że Monika sporo wymaga od siebie i to mi daje takie poczucie spokoju i zaufania.

Kryzysy w firmie mogą scalać przyjaźń

KR: To jak radzicie sobie w tych momentach kryzysowych, gdy pojawia się konflikt? Żeby nie ucierpiała zarówno wasza przyjaźń, jak i biznes?

Monika: Czasami się kłócimy, ale chyba coraz rzadziej, za stare jesteśmy. (śmiech) Zawsze jest rozmowa, a jeśli się kłócimy, to czasami na czacie, żeby głośno nie było, ale też w tekście łatwiej poukładać swoje myśli, niż później wywalać w emocjach, rozmawiając. Bywały też momenty, kiedy poszłyśmy na lunch, żeby sobie pogadać w publicznym miejscu, bo zawsze wtedy się człowiek 10 razy zastanowi, co powie. Albo też bywało, że poszłyśmy na spacer do parku, bo mamy akurat biuro blisko. I wtedy na ławce w naturze szczera rozmowa, co każdą stronę boli, jakie ma oczekiwania i jak możemy to naprawić – dla dobra firmy i ludzi, którzy w niej pracują.

Ewa: Tak, myślę, że tu można zastosować zasady z małżeństwa i z rodziny. Zarządzanie związkiem można przełożyć na wspólników. Staramy się, żeby pracownicy nie uczestniczyli w tym i tego nie słyszeli, żeby nieporozumienia czy konflikty wyjaśniać właśnie nie na forum, tylko gdzieś poza biurem, poza pracownikami, żeby jednak tutaj trzymać się profesjonalnego podejścia. Wiadomo, że jesteśmy kobietami, więc czasami te nasze relacje potrafią być burzliwe. Nie wszystko da się stłumić, ale istotne, żeby w pracy być profesjonalnym, załatwiać tematy jak zawsze - bez jakichś tam złośliwości czy przytyków.

Podstawa to jednak rozmowa. Trzeba wyrzucać z siebie i załatwiać te sprawy w miarę szybko. No i podchodzić do siebie z takim szacunkiem i właśnie dobrym założeniem, że ta druga strona chce dobrze i jesteśmy w stanie się dogadać.

Wiadomo też, że jak jest dobrze i w spółce idzie świetnie, są pieniądze i są budżety, zatrudnia się ludzi, to jest fajnie. Gorzej jest, jak przyjdą takie suche lata, gdzie rzeczywiście trzeba trochę zacisnąć pasja czy zwolnić ludzi. Czasami bywało tak, że może nie do końca się zgadzałyśmy, czy zwalniać te osoby, czy nie. Więc oczywiście wtedy jest dużo większe pole do takich konfliktów. Ale myślę też, że jak się już to przejdzie razem, to też się człowiek sporo o sobie nauczy i jest dużo łatwiej.

KR: To czego przez te lata nauczyłyście się od siebie nawzajem?

Monika: My ten projekt prowadzimy już 15 lat – to była długa droga od „gówniarstwa” do dojrzałości. W mojej głowie na pewno założenie rodziny dużo pozmieniało. Ja też przechodziłam przez taki dość intensywny warsztat Center for Leadership, który mi trochę w głowie różne rzeczy poukładał, ale też i tam bardzo dużo dowiedziałam się o sobie. I ja lubię nad sobą pracować. Na pewno bym dziś nie powiedziała, że jestem tą samą Moniką, co w momencie, gdy zakładałam firmę. Nauczyłam się na pewno lepszego zarządzania ludźmi, a na początku w ogóle tego nie umiałam. Wydaje mi się, że Ewa miała większe umiejętności do rozmowy z pracownikami i takiego zarządzania, ale to też właśnie w tym zakresie Ewa miała większe kompetencje, jak rozpoczęłyśmy współpracę.

Zarządzanie to jest inteligencja emocjonalna też na pewno na wyższym poziomie niż była kiedyś. „Always be cloasing” [red. zawsze dąż do finalizacji transakcji] - tego też się nauczyłam. Od Ewy nauczyłam się też takiego „Done is better than perfect” [red. lepiej ukończyć projekt i wprowadzić go na rynek, niż ciągle czekać na idealną opcję] oraz skalowalności. Ja pochodzę z rodziny, gdzie mieliśmy duże gospodarstwo, ale tam nie pieniądze były najważniejsze, tylko święty spokój. Ta gospodarka była rozwinięta, zawsze był kult ciężkiej pracy, ale tej skalowalności, większego biznesu, nie było. Ewa miała ten dryg do takiego większego ryzyka.

Ewa: Też właśnie to, jak pracujemy z zespołem, bardzo się zmieniło, że na początku ta nasza praca z zespołem była mało dojrzała i popełniałyśmy dużo błędów. Teraz wydaje mi się, że dużo lepiej sobie z tym radzimy. My mamy inne style zarządzania ludźmi. Monika jest takim typem X - bardziej lubi kontrolować, sprawdzać. A ja jestem taka, że staram się widzieć bardziej te dobre strony.

Dużo pokazał nam też Test Gallupa i zobaczyłyśmy, jakie mamy mocne strony. Monika na przykład na pierwszym punkcie ma naprawczość, więc lubi wszystko poprawiać, co widzi, że nie działa. Ja znowu mam tę maksymalizację, czyli raczej patrzę na to, co działa i staram się widzieć te dobre strony. Więc tu też myślę, że jest dobre uzupełnienie.

Monika: Ale te główne wartości miałyśmy podobne… Ta topka nam się przeplatała, ale na różnych miejscach.

Ewa: Tak, więc ja się na przykład od Moniki też uczę podejmowania takich trudnych decyzji czy stosunku do struktury firmy. Że czasami trzeba po prostu kogoś zwolnić i tyle, pomimo tego, że byśmy chcieli dalej z tą osobą pracować, to taka jest decyzja biznesowa i gdzieś tam te personalne sympatie trzeba odstawić na bok. Wiem, że ona w tym jest dobra, więc daję jej często przestrzeń na to, żeby decydowała. I Monika ma też bardzo dobrą intuicję taką biznesową. Często jest tak, że jak się gdzieś tam intuicyjnie nie zgadzamy, to wychodzi na Moniki. I dlatego słucham jej intuicji, nawet jak czasami uważam inaczej.

Monika: Znaczy, ja to zawsze mówię, że każdy ma rację, tylko chodzi później o to, gdzie my chcemy dojść i jaki cel chcemy osiągnąć, bo wtedy inaczej się może na to patrzy. Ale też dzięki temu, że my się często różnimy w poglądach, to potrafimy wypuścić dwa różne produkty. Czasami jest tak, że Ewa wierzy w jakiś produkt, a ja nie, bo mamy różne poglądy, ale to nie znaczy, że on się nie sprzeda.

Ewa: Tak, my reprezentujemy inne grupy docelowe. Co w takim tworzeniu produktów konsumenckich ma swoje plusy, bo trochę patrzymy z perspektywy innej konsumentki, więc to też jest większa różnorodność. Dodatkowo zawsze, jak mamy jakąś niezgodę, to też prosimy o opinię osoby w naszym otoczeniu. Mamy w zespole na przykład osoby, które reprezentują jeszcze inne grupy docelowe, więc mamy większą perspektywę, jeśli chodzi o klientki. I z takim podejście udaje nam się wypracować najlepsze rozwiązanie.

KR: Co w takim razie jest ważniejsze – dobro przyjaźni czy dobro firmy?

Monika: W naszym przypadku dobro firmy jest dobre dla przyjaźni.

Ewa: W biznesie są takie zasady, że najważniejsze jest dobro firmy, więc u nas też tak jest. Czasem może właśnie wzbudza to jakiś konflikt w przyjaźni przez to. Ale ostatecznie, tak jak powiedziała Monika, obu nam zależy na tym dobru firmy, więc później to przekłada się też na dobrą przyjaźń – bo nawet te kryzysy w firmie ostatecznie ją scalają.


Czytaj także: