Kiedy dziś wychodzimy do kawiarni czy biura, nasz strój ma być przede wszystkim wygodny i odzwierciedlać nasz nastrój. Jednak w latach 70. i 80. XIX wieku, czyli dokładnie w czasach, w których Bolesław Prus osadził akcję „Lalki”, ubiór nie był kwestią swobodnego wyboru. Stanowił bezlitosny skaner statusu społecznego, grubości portfela, a nawet dominujących prądów obyczajowych. Z fascynacją obserwujemy na ekranach bogato zdobione suknie Izabeli Łęckiej czy idealnie skrojone surduty Wokulskiego, często zapominając, że za tą estetyką stały żelazne, bezwzględne zasady etykiety. Jak naprawdę wyglądała moda Belle Époque i czy na pewno była tak opresyjna dla kobiet, jak dziś zwykliśmy sądzić? O rozszyfrowanie obyczajowych kodów minionej epoki poprosiłam dr hab. Lucynę Rotter – historyczkę i kostiumolożkę, która z chirurgiczną precyzją oddziela filmowe mity od historycznej prawdy.
WIDEO…
Magia kina a rekonstrukcyjna ortodoksja
Zanim ocenimy historyczną poprawność kostiumów w tegorocznych ekranizacjach „Lalki”, musimy zrozumieć, jak działa praca na planie. Często oburzamy się, wyłapując w serialach kostiumologiczne wpadki. Jak uspokaja dr Rotter, film to przede wszystkim magia i show. - Kostiumy teatralne i kostiumy filmowe rządzą się swoimi prawami - tłumaczy ekspertka, zaznaczając, że nie powinniśmy zawsze wymagać absolutnej zgodności co do najdrobniejszego guziczka. Strój głównego aktora musi być nie tylko piękny, ale też na tyle komfortowy, by umożliwić mu swobodne granie czy taniec. Ciekawostką jest jednak to, co dzieje się na drugim planie. W wielu produkcjach historycznych w roli statystów występują rekonstruktorzy, którzy mają prawdziwego "bzika" na punkcie ortodoksji kostiumologicznej. To oni, ubrani w swoje perfekcyjnie odtworzone stroje, dbają o nieskazitelne, wierne epoce tło.
Gorset, czyli wygoda?
Współczesna popkultura ukształtowała w nas obraz XIX-wiecznej kobiety jako bezwolnej ofiary mody, mdlejącej na każdym balu z powodu drastycznie zaciśniętego gorsetu. Tymczasem dr Rotter rzuca na ten temat zupełnie nowe światło. - Często zapominamy o tym, że gorsety to nie jest akcesorium zniewolenia kobiet. Absolutnie nie - przekonuje. Co więcej, dbanie o linię nie było wyłącznie domeną pań z towarzystwa. – W gorsetach też chętnie chodzili mężczyźni, miały one nieco inny krój, ale zasada konstrukcyjna była analogiczna - dodaje. Choć dziś oburzamy się na ówczesne standardy mówiące o tym, że kobieta jest piękna, gdy mężczyna może objąć ją dłońmi w pasie, ówczesne elegantki nosiły tę bieliznę z własnego wyboru i bez poczucia opresji. - Te gorsety wyglądają na niewygodne, ale są naprawdę wygodne, zwłaszcza, jeśli były dobrze dopasowane - punktuje historyczka.
Podobnie sprawa miała się z fascynującą konstrukcją turniury (tzw. sztucznej pupy), która formowała kobiecą sylwetkę w charakterystyczny kształt. Choć metalowe lub wiklinowe stelaże pod sukniami wyglądały jak skomplikowane klatki, w rzeczywistości były lżejsze i łatwiejsze w użytkowaniu niż wcześniejsze, olbrzymie i sztywne krynoliny. Oczywiście wciąż wymagały od kobiet odpowiedniej postawy. Konstrukcja linii ciała przy użyciu turniury wymuszała noszenie wysokiego obcasa, żeby panie „nie wyglądały jak kaczuszki”.
Bonżurki i negliże
Zarządzanie tak rozbudowaną garderobą wymagało czasu, a sam harmonogram modowy był ściśle uzależniony od pory dnia i spotkań. Dzień elegantki z końca XIX w. nie zawsze zaczynał się jednak od wbijania się w sztywne stelaże. Poranki panie z towarzystwa spędzały w tzw. negliżu. – Nie chcę użyć słowa podomka czy szlafrok, bo nam się będzie wtedy źle kojarzył. To była taka domowa sukienka, mało skomplikowana w kroju - opowiada dr Rotter. Co ciekawe, w tak swobodnym stroju kobieta mogła przyjąć w domu niezapowiedzianych gości bez popełnienia faux pas.
Mężczyźni mieli swój odpowiednik domowego luzu - bonżurkę. - Bonżurka to jest taki miks, coś pomiędzy marynarką a szlafrokiem. Krótkie jak marynarka, ale skrojone jak elegancki szlafrok - opisuje ekspertka. Dżentelmeni nakładali ją bezpośrednio na koszulę, zastępując tym samym ciężki surdut w domowych warunkach. Prawdziwe modowe wyzwania zaczynały się dopiero przy popołudniowych i wieczornych wyjściach, które wymagały ciemniejszych, intensywniejszych kolorów i pełnej, skomplikowanej oprawy.
Wachlarz i rękawiczki zamiast smartfona
Moda w czasach Wokulskiego to nie tylko fasony, ale i potężny oręż do niewerbalnej komunikacji w salonach, gdzie bezpośrednia rozmowa między kobietą a mężczyzną była ryzykownym posunięciem. Elity dysponowały całym systemem znaków, a szczególną rolę pełnił tu wachlarz, który w sprawnych dłoniach arystokratki stawał się niemal telegrafem. Dr hab. Rotter opisuje ten gadżet jako element przemyślanej strategii salonowej. - Za pomocą wachlarza można było komunikować się publicznie: to, czy wachlarz jest złożony, czy rozłożony, czy uderza się nim o dekolt czy o skraj sukni – to wszystko miało niosło jasny komunikat. Pomyłka w tym subtelnym dialogu lub błąd w doborze rękawiczek groziły kompromitacją.
Jak podkreśla ekspertka, posiadanie odpowiednich rękawiczek do konkretnej sytuacji było absolutnym wymogiem, bez którego nie należało się w ogóle pokazywać publicznie. Z kolei niekwestionowanym wymogiem na ulicy, obowiązkowym w równym stopniu dla obu płci, było nakrycie głowy. - Żaden dżentelmen nie pozwolił sobie na to, żeby wystąpić publicznie na ulicy bez nakrycia głowy, analogicznie kobieta, zwłaszcza mężatka - wylicza historyczka.
Arszenik paryskiego luksusu
Epoka opisana w „Lalce” to również czas wielkiej technologicznej i chemicznej rewolucji na rynku tekstylnym. Zanim jednak zachłyśnięto się stosunkowo tanimi barwnikami, intensywny kolor zarezerwowany był wyłącznie dla najbogatszych, a luksus dosłownie ocierał się o śmierć. Ciemna, niezwykle modna zieleń, zachwycająca na balowych sukniach, była barwiona... arszenikiem. Jak zauważa ekspertka, dla ówczesnych elegantek nie stanowiło to większego problemu, ale już dla osób pracujących przy farbowaniu ubrań, toksyczność ta była śmiertelnym zagrożeniem. Szczęśliwie, z czasem zaczęły upowszechniać się bezpieczniejsze i tańsze barwniki syntetyczne, dzięki czemu intensywne kolory stały się dostępne dla szerszych grup społecznych.
Warszawa czasów Wokulskiego wcale nie była prowincją. Nowoczesny sklep, jaki wg opowieści Prusa otwiera Wokulski, był tego doskonałym przykładem. Jak dowiadujemy się od dr Rotter, to właśnie w tamtym okresie w mieście zaczęły pojawiać się nowoczesne butiki oferujące gotowe kolekcje odzieży (w różnych rozmiarach), co było prawdziwą rewolucją. - To była nowość. Bo do tej pory, jeżeli się chciało nową sukienkę, to trzeba było pójść do krawcowej, zdjąć miarę i czekać –-wyjaśnia. W tamtym czasie klientka po raz pierwszy mogła przyjść do sklepu, zobaczyć model na manekinie, zlecić drobne poprawki i wyjść z gotowym, wymarzonym produktem.
Narodziny influencerek i marketing na torze wyścigowym
W epoce „Lalki” na naszych oczach rodził się nie tylko wielki handel, ale i to, co dziś nazwalibyśmy świadomym marketingiem modowym. Jak wyjaśnia ekspertka, mechanizmy kreowania trendów zaczynały przypominać te współczesne. Początkowo ton nadawalły kooronowane głowy i tzw. arbitrzy elegancji – osoby, które były znane po prostu z tego, że były znane, i to one, siłą własnego autorytetu, narzucały to, co stawało się modne. Z czasem jednak z cienia zaczęli wychodzić sami twórcy ubrań. - Wszyscy chcieli mieć ubiór uszyty przez konkretnego, znanego krawca czy krawcową. Wcześniej nazwiska te w ogóle nie były znane - tłumaczy dr hab. Lucyna Rotter. Kolejnym etapem było pojawienie się prawdziwych kreatorów mody, którzy nie tylko prowadzili salony, ale wypuszczali całe kolekcje. Ich PR przybierał pomysłowe formy. - Na przykład wypuszczano modelki w nowych kreacjach na wyścigi konne. Wzbudzały duże zainteresowanie i pojawiały się potem na pierwszych stronach gazet - zdradza historyczka, opisując narodziny pierwszych w historii pokazów mody.
Równolegle rozwijały się magazyny modowe, które nie tylko edukowały w kwestiach pielęgnacji, ale też potrafiły wywołać obyczajowy skandal - wystarczyło opublikować w nich ryciny damskiej bielizny. Co ciekawe, na długo przed kolorowymi żurnalami, funkcję "modowych influencerek" pełniły tzw. pandory. Były to niewielkie lalki ubrane z pietyzmem w miniatury najnowszych, paryskich kreacji. Te urocze manekiny rozsyłano po całej Europie, by kobiety dokładnie wiedziały, jaki krój obowiązuje w danym sezonie. - Takie lalki były praktykowane nie tylko na rynku modowym - dodaje ekspertka, zdradzając, że korzystano z nich nawet przy reformach strojów w zakonach, by mniszki wiedziały, jak uszyć nowy habit.
Gdy następnym razem, oglądając ekranizację Prusa, pomyślisz z politowaniem o uwięzionych w konwenansach bohaterkach, pamiętaj, że dla nich ta moda była po prostu niesłychanie uporządkowaną codziennością. Codziennością pełną blichtru, niepisanych zasad i sprytnego marketingu, który tak naprawdę wcale się nie zestarzał.
Czytaj więcej: