Helena Łygas: Po czym poznać, że związek jest w kryzysie, a po czym, że naprawdę się kończy?

Agnieszka Koch, psycholożka i psychoterapeutka, Uniwersytet SWPS:

Ludzi w związku zazwyczaj niepokoi to, że zaczynają często się kłócić. Przychodzą do gabinetu, mówią o konfliktach, a rolą terapeuty przeważnie jest odkrycie wspólnie z parą, co leży u źródeł owych konfliktów. Tak, by lepiej rozumieli skąd biorą się ich reakcje, skąd biorą się reakcje partnera i jak mogą powstrzymywać eskalację negatywnych emocji. Kłótnie w związku oczywiście nie są niczym pożądanym, jednak  są sygnałem, że obie strony walczą o więź, że cały czas im na sobie zależy. Nie możemy się spotkać, nie możemy się porozumieć, i właśnie dlatego obydwoje protestujemy przeciwko temu stanowi.

WIDEO

player placeholder

Co jest więc bardziej niepokojącym sygnałem niż same kłótnie?

To, że po konflikcie coraz ciężej jest nam do siebie wrócić, coraz mniej chcemy sięgnąć po siebie, że się na siebie zamykamy. Myśli takie jak: “to nie ma sensu”, “on i tak mnie nie zrozumie”, “nie ma co gadać, bo znów się pokłócimy” często prowadzą do zniechęcenia i bezradności, co w najbardziej negatywnym scenariuszu prowadzić może do obojętności.

Czyli najgorsza nie jest wcale złość?

Drugą stroną miłości nie jest złość czy nienawiść, tylko właśnie obojętność.

Zobacz także:

Są jakieś konkretne zachowania, po których można poznać, że związek zaczyna iść właśnie w tę stronę?

John Gottman, psycholog, badacz miłości i trwałości małżeństw, mówi o czterech sygnałach, pokazujących, że w związku dzieje się źle, nazywa je “czterema jeźdźcami apokalipsy”. Chciałabym zaznaczyć, że pod tymi “jeźdźcami” kryje się morze emocji i ogromna tęsknota za bliskością, a dana postawa to najczęściej reakcja obronna, protest na długotrwałe oddalenie. Często nie kłócimy się wcale o zmywarkę i to nie zmywarka jest problemem. Najczęstszym źródłem konfliktów jest powracające pytanie, a w zasadzie brak pewności co do odpowiedzi partnera na nie, czyli: “czy ty mnie jeszcze chcesz”, “czy ty mnie jeszcze kochasz”, “czy jestem dla ciebie ważna-ważny” – nawet jeśli sami nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie  o to nam chodzi.

Krytyka – zgłaszanie protestu co do tego, jak wygląda relacja. “Znów tego nie zrobiłeś, więc jesteś taki a taki”. Groźne jest tu to, że często, zalewani falą negatywnych emocji, odchodzimy od oceny samego zachowania (“znowu nie wyrzuciłeś śmieci, chociaż obiecałeś”), a zaczynamy krytykować drugą osobę (“nie można na tobie polegać”, “wszystko masz gdzieś”).

Nie ma szans, żeby partner usłyszał: ”boli mnie, że nie dotrzymujesz obietnic, czuję się przez to nieważna”, kiedy sam czuje się urażony i atakowany. Co więcej, im częściej dochodzi do takich wymian, tym bardziej oddala to partnerów od siebie i nie pozwala im się spotkać. Jedno czuje się nieważne i samotne, drugie lekceważone i niedoceniane. Często partner, który czuje się atakowany i krytykowany, nie pozostaje dłużny i również zaczyna atakować “o co ci znowu chodzi?”, “jesteś wiecznie niezadowolona!”.

A kiedy krytyka zamienia się w coś poważniejszego?

Kolejnym zwiastunem rozstania jest pogarda – pojawiają się przytyki, obrażanie, wyśmiewanie czy przewracanie oczami. To szczególnie destrukcyjny moment dla relacji, ponieważ partnerzy zaczynają bardzo mocno uderzać w siebie nawzajem. Jedna strona mówi: “Jesteś beznadziejny”, druga odpowiada: “Jesteś wredna i kłótliwa, nic dziwnego, że nie masz koleżanek”. Komunikaty stają się coraz bardziej raniące, nasycone złością i przekonaniem, że nie da się już porozumieć – trzeba się bronić albo walczyć. Pogarda uderza w fundament relacji – jeśli zaczynam czuć, że osoba, którą kocham, patrzy na mnie z pogardą, trudno jednocześnie wierzyć, że nadal jestem dla niej ważna. 

Co dzieje się dalej?

Potem wchodzi defensywność, Gottman nazywa tego jeźdźca “postawą obronną” – czasem pojawia się już wcześniej, na etapie pogardy. Para zaczyna się kłócić, jak gdyby grała w ping-ponga – słowo za słowo, pretensja za pretensję. Licytują się o to, kto jest bardziej zraniony, kto jest bardziej nieszczęśliwy, często padają na tym etapie komunikaty podsumowujące cały związek – “zmarnowałeś mi życie” i tym podobne. Jeśli ktoś uważa, że zmarnował drugiej stronie życie, to po co ma być z osobą, która tak uważa, która go nienawidzi. Nie da się usłyszeć o cudzym bólu, kiedy ma się swój wielki ból. Jeśli ciebie nie obchodzi, że mnie boli, to dlaczego mnie ma obchodzić, że boli ciebie?

Ostatni jeździec?

Mur obojętności – wycofanie się z kontaktu. Jedna z osób przestaje odpowiadać, unika rozmowy, reaguje półsłówkami, odwraca wzrok albo mówi: “Nie chcę już o tym rozmawiać”. Z zewnątrz może to wyglądać jak obojętność, ale nie musi nią być. Często jest wręcz przeciwnie – napięcie emocjonalne jest tak duże, że wycofanie staje się sposobem poradzenia sobie z przeciążeniem. Problem pojawia się wtedy, gdy taki sposób reagowania zaczyna się utrwalać. Partnerzy coraz rzadziej podejmują próby dotarcia do siebie, a coraz częściej chronią się przed kolejnym zranieniem poprzez dystans. Z perspektywy terapii skoncentrowanej na emocjach powiedzielibyśmy, że za tym wycofaniem często nadal kryją się ważne emocje i potrzeby: “Nie chcę znowu poczuć, że jestem nieważny”, “Nie wierzę, że mnie usłyszysz”, “Boję się kolejnego odrzucenia”.

Jednak z czasem długotrwały brak emocjonalnego kontaktu może prowadzić do rzeczywistego oddalenia.  W takim momencie pojawienie się kogoś trzeciego może być szczególnie znaczące. Nie dlatego, że romans jest prostą konsekwencją kryzysu czy “muru milczenia”, ale dlatego, że doświadczenie zainteresowania, bliskości czy bycia zauważonym przez inną osobę może bardzo wyraźnie pokazać kontrast między tym, czego ktoś doświadcza poza związkiem, a emocjonalnym dystansem, który od dawna przeżywa w relacji. Nie usprawiedliwia to zdrady, ale może pomóc zrozumieć jej kontekst.

A czy bywa tak, że terapeuta pomaga parze po prostu się rozstać, zamiast reanimować martwy już związek?

Tak, oczywiście. Celem terapii par nie zawsze musi być utrzymanie związku za wszelką cenę. Czasem w trakcie terapii partnerzy dochodzą do wniosku, że nie chcą, albo nie są w stanie dalej budować relacji. Terapeuta nie podejmie tej decyzji za nich, ale może pomóc im lepiej zrozumieć, co doprowadziło ich do miejsca, w którym są i czego każde z nich potrzebuje.  Jeżeli decyzją pary jest rozstanie, terapia może pomóc przejść przez ten proces w sposób możliwie konstruktywny – niekoniecznie w zgodzie, bo rozstaniu często towarzyszą żal, złość czy poczucie straty, ale z szacunkiem dla siebie nawzajem i dla tego, co przez lata wspólnie stworzyli. Jest to szczególnie ważne, kiedy para ma dzieci, ponieważ kończy się relacja partnerska, ale nie kończy się ich wspólne rodzicielstwo. Dobre rozstanie nie oznacza więc, że nie boli. Chodzi raczej o to, żeby nie dokładać do tego bólu kolejnych zranień. 

Kiedy można powiedzieć, że naprawdę nie ma już czego ratować?

Trudno wskazać moment, w którym można jednoznacznie powiedzieć, że “nie ma już czego ratować”. Nawet duże emocjonalne oddalenie nie oznacza, że więzi nie da się odbudować. Kluczowe jest to, czy oboje partnerzy chcą jeszcze podjąć taką próbę. Jeśli jedna osoba podjęła już decyzję o odejściu i nie chce pracować nad relacją, terapeuta nie może odbudować więzi za nią ani przekonywać jej, żeby została. 

Terapeuta może wtedy jeszcze próbować podtrzymywać nadzieję?

Czasem terapeuta rzeczywiście przez jakiś czas jest osobą, która podtrzymuje nadzieję na zmianę, kiedy partnerom trudno już ją w sobie odnaleźć. Nie chodzi jednak o przekonywanie ich, że za wszelką cenę powinni zostać razem. Terapeuta ma raczej pomóc im zobaczyć, że za złością, wycofaniem czy wzajemnymi zranieniami wciąż może istnieć więź, do której da się dotrzeć.

W terapii skoncentrowanej na emocjach mówimy również o emocjonalnym odłączeniu się od partnera. To sytuacja, w której ktoś nie tylko wycofuje się podczas konfliktu, ale przestaje już szukać u drugiej osoby bliskości, bezpieczeństwa czy odpowiedzi na swoje potrzeby emocjonalne. To istotna różnica, bo wycofanie nie zawsze oznacza, że komuś przestało zależeć.

Ostatecznie jednak to para decyduje, czy chce podjąć próbę odbudowania więzi i czy chce pozostać razem. Terapeuta może towarzyszyć partnerom w szukaniu odpowiedzi, ale nie podejmuje tej decyzji za nich.

A czy zdarza się, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że czas się rozstać, a para lub któryś z partnerów kurczowo trzyma się związku, bo nie wie, co dalej?

Bywa, że ludzie pozostają w związku dlatego, że trudno im wyobrazić sobie życie poza nim. Po wielu wspólnych latach rozstanie oznacza zmianę codzienności, więc może budzić ogromny lęk. Nie ma jednak obiektywnych „znaków”, że para powinna się rozstać, i nie terapeuta o tym decyduje. Może natomiast pomóc partnerom zobaczyć, czy nadal łączy ich więź i chęć jej odbudowania, czy zatrzymuje ich przede wszystkim lęk przed odejściem. 

Ale dużo lęku pojawia się chyba też wtedy, kiedy para wciąż chce być razem?

Tak, i tego lęku potrafi być bardzo dużo. W terapii par często okazuje się, że pod złością, pretensjami czy wycofaniem kryje się bardzo podstawowy lęk: “Czy ja jestem jeszcze dla ciebie ważny?”, “Czy mogę na ciebie liczyć?”, “Czy nadal mnie kochasz?”. Co więcej, bardzo często oboje partnerzy przeżywają podobne obawy, tylko każde z nich radzi sobie z nimi w inny sposób. Czasem jest tak, że para utknęła w jakimś miejscu i nie umie z niego wyjść, a nie jest to wcale o braku miłości czy braku więzi.

Jedna strona boi się, że jest nieważna dla partnera i we wszystkim, co partner robi, zaczyna widzieć sygnały potwierdzające ten lęk. Tymczasem po drugiej stronie jest osoba, która boi się dokładnie tego samego.

To dlaczego nie mogą się dogadać?

Bo często komunikują swoje potrzeby nie wprost, a partner słyszy coś zupełnie innego, niż druga osoba próbuje mu przekazać. Jedna strona narzeka, krytykuje, domaga się reakcji – ale pod tym protestem może kryć się potrzeba bliskości. Druga strona nie słyszy jednak tej potrzeby. Słyszy przede wszystkim krytykę i komunikat: “Zawodzisz mnie, nie jesteś wystarczająco dobry”, więc zaczyna się bronić albo wycofywać. Wyobraźmy sobie, że jedna osoba mówi: “My już w ogóle nie chodzimy na randki”. Może w ten sposób próbować powiedzieć: “Tęsknię za tobą, chciałabym znów poczuć, że jesteśmy blisko”. Partner może jednak usłyszeć: „Jestem z tobą nieszczęśliwa, znowu mnie zawodzisz” – i zamknąć się w sobie. A jego milczenie zostanie z kolei odczytane jako potwierdzenie najgorszej obawy: “No właśnie, już mu na mnie nie zależy”.
I tak tworzy się błędne koło: im bardziej jedna osoba próbuje odzyskać kontakt poprzez nacisk czy krytykę, tym bardziej druga się wycofuje. A im bardziej ona się wycofuje, tym mocniej pierwsza protestuje. Z czasem partnerzy przestają dostrzegać, że po obu stronach tego konfliktu często kryje się to samo – potrzeba bliskości i lęk przed jej utratą. Samemu bardzo trudno zobaczyć ten mechanizm z dystansu, dlatego para może przez lata grzęznąć w tym samym schemacie.

A czy taką “odwiązaną” osobę da się ponownie przywiązać?

Rolą terapeuty nie jest “przywiązywanie” kogokolwiek na siłę. Warto natomiast przyjrzeć się temu, co właściwie oznacza to emocjonalne odłączenie. Czasem ktoś mówi: “Już nic nie czuję”, ale kiedy zaczynamy przyglądać się temu bliżej, okazuje się, że pod spodem nadal jest bardzo dużo emocji – żalu, złości, rozczarowania, tęsknoty czy lęku przed kolejnym zranieniem. Wycofanie może być wtedy sposobem ochrony siebie: “Skoro przestanę oczekiwać, przestanę też cierpieć”.

Jak wygląda takie pozorne odwiązanie?

Komuś przez długi czas było w związku tak trudno, że nauczył się nie oczekiwać już niczego od partnera, żeby chronić się przed kolejnym rozczarowaniem. Czasem to, co wygląda jak emocjonalne odłączenie, jest reakcją obronną.  Może mówić: “Przez tyle lat nie czułam, że moje potrzeby są dla ciebie ważne, że nauczyłam się funkcjonować bez ciebie”. Jeśli jednak taka osoba zaczyna czuć, że partner naprawdę ją słyszy, dostrzega jej emocje i jest gotowy na nie odpowiadać, czasem możliwe jest stopniowe odbudowanie bliskości. 

Czyli dystans może być po prostu sposobem na to, żeby mniej bolało?

Przekonanie, że jest się nieważnym dla najważniejszej osoby w naszym życiu, jest jednym z najdotkliwszych rodzajów bólu, dlatego generuje tak wiele reakcji obronnych. Oddalenie się to często po prostu znieczulenie.

A kiedy takie wycofanie staje się już trudne do odwrócenia?

Im dłużej trwa emocjonalne wycofanie, tym trudniej może być odbudować bliskość. Czasem jedna z osób jest już na tyle daleko od relacji, że nie chce podejmować próby powrotu. Związek jest jednak systemem – zachowanie jednej osoby wpływa na reakcje drugiej. Zmiana tego, co dzieje się między partnerami, może więc otworzyć przestrzeń na ponowne zbliżenie, ale nie daje gwarancji, że druga osoba będzie chciała z niej skorzystać.

A jak jest ze zdradą?

To jeden z najczęstszych powodów zgłaszania się par na terapię. Mówię tu o zdradzie w szerokim kontekście – o zdradzie fizycznej, jak i emocjonalnej, czasem też o jakiegoś rodzaju nielojalności wobec partnera albo pozostawieniu partnera samemu sobie w potrzebie. To fundamentalny uraz więzi, w którym nie zawsze da się odbudować zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.

Ale zdrada nie musi automatycznie oznaczać końca związku?

Są pary, które potrafią przejść przez ten kryzys i odbudować relację, choć wymaga to czasu i zaangażowania obojga partnerów. Czasem jestem wręcz zaskoczona, jak silna jest ich potrzeba, żeby do siebie wrócić, odbudować zaufanie i ponownie stworzyć między sobą bliskość. 

A czy zdarza się, że jeden z partnerów ma tak duże problemy z nazywaniem emocji i mówieniem o nich, że terapia jest niemal niemożliwa? Mówię tu zwłaszcza o starszych parach i mężczyznach wychowywanych do ukrywania emocji innych niż złość.

Nie powiedziałabym, że terapia jest wtedy niemożliwa – może być po prostu trudniejsza. Rzeczywiście, część mężczyzn była wychowywana w przekonaniu, że okazywanie smutku, lęku czy bezradności jest oznaką słabości, podczas gdy złość była bardziej akceptowana. Ale trudności z rozpoznawaniem i wyrażaniem emocji dotyczą także kobiet i młodszych osób. 

W terapii staramy się nie traktować tego jako czyjejś “winy”, ale zrozumieć, skąd taki sposób funkcjonowania się wziął. To, co widzimy na zewnątrz – złość, milczenie czy wycofanie – często jest tylko wierzchnią warstwą bardziej złożonych emocji. I właśnie do nich próbujemy wspólnie dotrzeć.

Czyli stereotyp rozemocjonowanej kobiety i milczącego mężczyzny nie bierze się po prostu z różnic między płciami?

Nie można sprowadzić tego po prostu do różnic między płciami. Dużą rolę odgrywa sposób, w jaki jesteśmy socjalizowani. Chłopcy częściej dostają komunikat, że powinni być silni, działać i nie okazywać lęku czy smutku, dziewczynki mają na te emocje większe przyzwolenie, choć z kolei ich złość bywa mniej akceptowana. To może później wpływać na sposób, w jaki wchodzimy w bliskie relacje i radzimy sobie z emocjami. Nie jest to jednak prosty podział na “emocjonalne kobiety” i “wycofanych mężczyzn” – sposób przeżywania i wyrażania emocji jest znacznie bardziej indywidualny. 

Jak to wygląda w praktyce?

W praktyce może to wyglądać tak, że jedna osoba chce problem “przegadać”, mówi o emocjach i dąży do kontaktu, a druga czuje się w tej rozmowie coraz bardziej bezradna. Ma poczucie, że cokolwiek powie, będzie źle, więc wycofuje się i czeka, aż emocje opadną. Częściej w tej drugiej roli rzeczywiście spotykamy mężczyzn, co może mieć związek z tym, że wielu z nich nie nauczono, że rozmowa o emocjach może służyć budowaniu bliskości. Wycofanie nie musi więc oznaczać braku uczuć – czasem oznacza po prostu: “Nie wiem, co mam z tym zrobić”. 

A kobieta?

Ona z kolei może odbierać jego wycofanie jako chłód i odrzucenie. Nie widzi tego, co dzieje się pod spodem – widzi milczenie, które odczytuje jako: “Nie zależy mu”. To zwiększa jej lęk i frustrację, więc zaczyna mówić głośniej, mocniej domagać się kontaktu, częściej krytykować.
Często używam tu metafory zamkniętych drzwi. Jedna osoba puka, ale druga nie otwiera, bo wcześniejsze próby kontaktu były dla niej trudne. Co robimy, kiedy nikt nam nie otwiera? Zaczynamy pukać głośniej. Im głośniejsze pukanie, tym bardziej osoba po drugiej stronie boi się otworzyć. I tak oboje, próbując chronić siebie i relację, nieświadomie coraz bardziej się od siebie oddalają.

A przecież ta wycofana osoba może próbować okazywać zaangażowanie w zupełnie inny sposób.

Tak, i to jest bardzo ważne. Osoba, która wycofuje się z rozmowy o emocjach, ale może na przykład okazywać je poprzez działanie, pomoc czy troskę o codzienne sprawy. Ktoś umyje partnerce samochód albo zawiezie go na przegląd i w ten sposób mówi: “Zależy mi na tobie”. Tyle że druga osoba może tego nie odczytać jako sygnału bliskości, bo czeka na coś zupełnie innego – rozmowę, zainteresowanie jej emocjami, przytulenie czy wspólnie spędzony czas. I to dobrze pokazuje, dlaczego czasem patrzymy na parę i widzimy dwoje ludzi, którzy bardzo się od siebie oddalili, choć wcale nie muszą być sobie obojętni. Mogą być przede wszystkim zmęczeni wieloletnim powtarzaniem tego samego schematu i nieskutecznymi próbami dotarcia do siebie. Czasem zaczynają nawet myśleć o rozstaniu nie dlatego, że nic już do siebie nie czują, ale dlatego, że stracili nadzieję, że między nimi może być inaczej. 

I jeszcze jedno: opisując ten mechanizm, mówiłyśmy często o kobiecie, która szuka kontaktu, i mężczyźnie, który się wycofuje, ale te role nie są przypisane do płci. Kobiety również bywają stroną wycofującą się, mężczyźni mogą intensywnie zabiegać o kontakt, a dokładnie takie same cykle obserwujemy w parach jednopłciowych. Najważniejsza nie jest więc płeć partnerów, ale to, co dzieje się pomiędzy nimi. 


Czytaj także: