„Lalka” Bolesława Prusa to bodaj najbardziej zakurzona, a jednocześnie najbardziej żywa polska powieść. Z jednej strony przytłoczona ciężarem maturalnych kluczy, z drugiej – niezmiennie obecna w popkulturze, choćby pod postacią internetowych żartów bezlitośnie punktujących rzekomy chłód Izabeli Łęckiej. Ale czy na pewno Prus napisał historię o szlachetnym romantyku i próżnej arystokratce?

WIDEO

player placeholder

W dobie, gdy na ekrany wkraczają od razu dwie nowe adaptacje – serial Netflixa oraz wyczekiwany film kinowy – nadszedł moment, by strzepnąć szkolny kurz z tej historii. Bo gdy przyjrzymy się jej bliżej, okazuje się opowieścią niepokojąco współczesną. Opowieścią o osaczaniu, klasowych różnicach, wykreowanych iluzjach i potężnej sile pieniądza.

Zamiast pytać, co autor miał na myśli, zapytaliśmy, kim Wokulski i Izabela byliby dzisiaj. Jak odczytywać ich relację w czasach aplikacji randkowych i „red flagów”? I wreszcie, jak czerpać przyjemność z tej lektury z perspektywy dorosłego czytelnika? Przez meandry warszawskich salonów, zakulisowe gry i niedopowiedzenia Prusa prowadzi nas Aneta Korycińska - polonistka, w sieci znana jako Baba od polskiego (jej profil śledzi prawie 70 tys. osób), autorka książek i podcasterka.

Zobacz także:

 

Polki.pl: Zwróciła Pani kiedyś uwagę, że internet potrafi wygenerować tysiące memów wyśmiewających Izabelę Łęcką, a niemal stalkerskie zachowanie Wokulskiego rzadko budzi porównywalne oburzenie. Skąd się bierze ta asymetria – to wina samego Prusa, sposobu, w jaki uczy się tej lektury w szkole, czy raczej naszych własnych, dzisiejszych uprzedzeń?

Aneta Korycińska, "Baba od polskiego": Nakładają się tutaj trzy zjawiska. Po pierwsze, powieść dopuszcza nas znacznie bliżej do cierpienia Wokulskiego niż do doświadczenia Izabeli. Znamy jego myśli, rozpacz, przeszłość, ambicje i rozumiemy poczucie krzywdy. Izabelę częściej oglądamy z zewnątrz albo oczami mężczyzn, którzy ją pożądają, oceniają lub próbują rozszyfrować. Łatwiej więc współczuć bohaterowi, którego wnętrze znamy, niż kobiecie sprowadzanej do gestów, spojrzeń i cudzych opinii. Sam obraz Wokulskiego powstaje przy tym z faktów, plotek, pamiętnika Rzeckiego oraz wielu sprzecznych perspektyw. Pamiętajmy też, że sam Wokulski bardzo często używa słów związanych z przewidzeniem, coś mu się wydaje, więc i w jego wizję Izabeli nie wierzymy. 

Po drugie, przez lata szkolna interpretacja skupiała uwagę uczniów wokół cierpienia „nieszczęśliwego romantyka”. Pytano, dlaczego Izabela nie doceniła tak wartościowego człowieka, znacznie rzadziej zaś — czy jego poświęcenie nakładało na nią obowiązek miłości. Po trzecie, działa kulturowy podwójny standard: kobieta, która nie odwzajemnia uczucia, łatwo zostaje uznana za zimną, pustą i okrutną; mężczyzna przekraczający jej granice może być przedstawiany jako wytrwały, jeśli cierpi, ma dobre intencje i wykonuje wielkie gesty.

Nie zrzucałabym jednak całej winy na Prusa. Pisarz określał miłość Wokulskiego mianem monomanii, a powieść wyraźnie pokazuje, że bohater obserwuje Izabelę, układa plan zdobycia jej ręki i interpretuje każdy sygnał zgodnie z własnymi oczekiwaniami. Izabela odbiera jego zbliżanie się jako osaczanie. Tekst dostarczył więc materiału do różnych odczytań, szkoła przez lata utrwalała jedno, a kultura memów zrobiła resztę. I czas to powiedzieć raz i wyraźnie: memy o Izabeli świadczą o pobieżnym przeczytaniu powieści. Zwłaszcza te, w których życzy się ludziom matury takiej jak Łęcka. Ta kobieta trzymała mężczyzn na dystans! Była uczona flirtu i kokieterii i tylko na to mamy dowody w powieści, nigdzie nie ma informacji o jej zbliżeniu cielesnym z mężczyzną. 

Gdyby przenieść zachowanie Wokulskiego - śledzenie, kontrolowanie, obsesyjne wracanie mimo odrzucenia - w realia aplikacji randkowej, przeszedłby dziś test na „red flaga", czy raczej wpisałby się w któryś z bardziej „usprawiedliwionych" typów toksycznego zachowania, jakie i tak akceptujemy w kulturze?

To nie byłaby jedna czerwona flaga, lecz cały maszt sygnałowy. Wokulski zbiera informacje o Izabeli za pośrednictwem pani Meliton, obserwuje ją z oddali i z ukrycia, śledzi jej relacje z innymi mężczyznami, wchodzi w jej środowisko, wykupuje długi jej ojca i kupuje kamienicę rodziny. Najdrobniejsze gesty, takie jak podanie końców palców, potrafi uznać za otwarcie drogi do wzajemności, choć dla Izabeli ten sam gest nie ma takiego znaczenia.

Oczywiście nie należy mechanicznie przenosić współczesnej kwalifikacji prawnej do XIX-wiecznej powieści. Można jednak rozpoznać mechanizm: bohater z nią nie rozmawia - on ją obserwuje, zamiast ją poznać - realizuje plan jej zdobycia,  nie interesuje go, czy Izabela chciałaby być z takim człowiekiem, jakby uważał, że wystarczająco wielkie poświęcenie musi zostać nagrodzone.

Kultura nadal usprawiedliwia takie zachowanie, gdy można je opowiedzieć jako „walkę o miłość”. Zwłaszcza jeśli mężczyzna jest inteligentny, bogaty, cierpi i nie stosuje bezpośredniej przemocy, jego natarczywość bywa przedstawiana jako dowód głębi uczucia. Wokulski mógłby więc zostać jednocześnie uznany za „red flag” i romantyzowany jako człowiek, który „zrobił dla niej wszystko”. Właśnie ta sprzeczność sprawia, że jego historia jest nadal tak interesująca.

Dlaczego akurat „Lalka”, spośród całego kanonu lektur, tak wielu ludziom kojarzy się nie tyle z trudną książką, co z książką, której w ogóle nie przeczytali, a tylko przeszli przez nią na streszczeniach? Co w niej samej sprawia, że tak łatwo ją ominąć?

Wprawdzie nie mam takiego odczucia. Mam wrażenie, że właśnie jest ona jedną z tych lektur, którą ludzie przeczytali. Ale jeśli wywoływała ona trudności, to może dlatego, że fabułę „Lalki” można streścić wyjątkowo łatwo. W kilku zdaniach otrzymujemy historię kupca, który zakochuje się w arystokratce, zdobywa fortunę, próbuje dostać akceptację od jej świata - elit, przeżywa rozczarowanie i znika. Uczeń po przeczytaniu opracowania może więc odnieść wrażenie, że wie wszystko, co potrzebne do sprawdzianu.

Tymczasem istota tej książki nie mieści się w ciągu wydarzeń. Znajduje się w zmianach perspektywy, ironii, plotkach, drobnych gestach, opisach mieszkań, przypadkowych rozmowach i w tym, że każda postać inaczej widzi ten sam świat. Streszczenie mówi, co się wydarzyło. Nie pokazuje, kto błędnie zinterpretował wydarzenie, kto kogo obserwował, kto za coś zapłacił i czyja wersja została uznana za prawdę.

Znaczenie ma również historia publikacji. „Lalka” ukazywała się w odcinkach w latach 1887–1889. Jej pierwsi czytelnicy nie dostawali dwóch tomów z poleceniem, by na za tydzień preczytali całość. Poznawali tę historię stopniowo, wracali do bohaterów i czekali na dalszy ciąg. Szkoła często zmienia doświadczenie lekturowe w zadanie do wykonania pod presją czasu. A „Lalka” wyjątkowo źle znosi tryb: przeczytać, zaliczyć, zapomnieć.

Co w tej powieści najbardziej zniechęca: długość, język, tempo akcji, czy raczej sposób, w jaki się ją omawia na lekcjach i czy to w ogóle da się dziś obejść?

Najbardziej zniechęca brak mapy. Uczeń wchodzi do świata, w którym pozornie wszystko wygląda znajomo: są sklepy, kredyty, długi, miłość, teatr, podróże i miasto. Po chwili okazuje się jednak, że sklep jest nazywany magazynem, sprzedawca subiektem, właściciel pryncypałem, czynsz komornem, a dokument kredytowy wekslem. Nawet znane słowa bywają używane w dawnym znaczeniu. Bez zrozumienia tej leksyki nie da się odtworzyć zależności finansowych i zawodowych.

Subiekt nie był zwykłym kasjerem, lecz wykwalifikowanym pomocnikiem handlowym, który praktycznie uczył się zawodu i mógł z czasem zostać kupcem. Kupiectwo obejmowało sprzedaż towarów, udzielanie pożyczek, transport, produkcję i dostawy wojskowe. Do tego dochodzą niewidoczny zaborca, język ezopowy, zasady salonowe, ograniczenia społeczne i hierarchia klasowa.

Długość oraz tempo są problemem, lecz stają się znacznie trudniejsze wtedy, gdy uczeń nie wie, po co czyta poszczególne sceny. Można to obejść bez upraszczania Prusa. Przed lekturą warto wyjaśnić podstawowe reguły świata. Nie trzeba upraszczać książki. Trzeba jedynie zniwelować przeszkody, które nie pozwalają dostrzeć artyzmu tej powieści. 

Wokulski, Izabela i Rzecki zgarniają większość uwagi w każdej dyskusji o „Lalce”. Jest jednak jakaś postać drugoplanowa, którą Pani zdaniem zbyt łatwo pomijamy, a która naprawdę zasługuje na uważniejsze spojrzenie? Jakie inne, ciekawe wątki, aspekty pomijamy, nie zauważamy w „Lalce”?

Gdybym miała wskazać jedną postać, wybrałabym Mariannę. Jej historia pokazuje przemoc klasową i obyczajową. Mężczyzna z wyższych sfer może wykorzystać młodą, ubogą dziewczynę, zniszczyć jej reputację, a następnie nadal funkcjonować w towarzystwie jako dowcipny i atrakcyjny Starski. To ona zostaje uznana za „upadłą”, podczas gdy jego pozycja właściwie się nie zmienia.

Wokulski próbuje jej pomóc inaczej niż typowi filantropi: nie ogranicza się do jałmużny, lecz spłaca dług, organizuje jej pobyt u magdalenek, naukę szycia i możliwość pracy. Jednocześnie robi to w sposób bardzo stanowczy, niemal administrując jej życiem. Ta scena pozwala więc rozmawiać zarówno o pracy u podstaw, jak i o paternalizmie dobroczyńcy, który pomaga, lecz sam ustala warunki pomocy.

Pomijamy także pracę ludzi stojących za salonową elegancją: służących, szwaczek, furmanów, rzemieślników i subiektów. Za rzadko czytamy „Lalkę” jako powieść o antysemityzmie, przepływie kapitału, miejskiej infrastrukturze i ogromnej liczbie ludzi, których byt zależy od jednego konia, warsztatu albo regularnie opłaconego komornego. Najczęściej kierujemy nasza uwagę w stronę salonu. Prus bardzo dużo mówi jednak o tym, co się kryje na zapleczu tego świata. 

Jak czytać i oglądać „Lalkę dzisiaj, żeby nie robić tego z pozycji ucznia zdającego maturę, tylko z pozycji dorosłego człowieka, który chce z tej historii coś realnie dla siebie wynieść?

Przede wszystkim bez obowiązku wybierania drużyny Wokulskiego albo drużyny Izabeli. Nie trzeba nikogo lubić ani usprawiedliwiać, żeby uznać postać za fascynującą. Warto obserwować nie tylko deklaracje bohaterów, lecz także ich zależności. Czytałabym „Lalkę” jako opowieść o ludziach, którzy mylą własne pragnienia z wiedzą o drugim człowieku. Wokulski nie zna Izabeli, lecz zna swój obraz Izabeli. Izabela nie zna Wokulskiego, lecz widzi w nim kolejno kupca, zagrożenie, finansowego opiekuna i możliwego męża. Rzecki również nie zna całej prawdy o Stachu, tylko układa jego życie zgodnie ze swoimi romantycznymi nadziejami.

Dorosły czytelnik może z tej historii wynieść bardzo dużo: że pieniądze dają wiele, lecz nie zapewnią przynależności; że wielkie uczucie nie unieważnia cudzej autonomii; że praca może stać się schronieniem przed samotnością; że człowiek potrafi zmienić całe życie, aby osiągnąć cel, którego wcale nie wybrał świadomie (bo mam teorię, że Wokulski to skończony romantyk, który nie widzi sensu życia, więc jak powietrza chwyta się tego, co niedostępne, by jeszcze trwać). 

Każdą ekranizację warto natomiast traktować jak interpretację. Każdy film wybiera, czyja perspektywa jest najważniejsza, co pomija i komu oddaje głos. Porównywanie tych decyzji z powieścią może być ciekawsze niż sprawdzanie, czy zgadza się kolor sukni albo kolejność scen.

Gdyby przenieść losy bohaterów w dzisiejsze realia: Wokulski jako founder start-upu, który całe życie stawia na jeden ryzykowny projekt, wierząc, że sukces finansowy rozwiąże wszystkie inne problemy, a Izabela jako kobieta świetnie świadoma swojej „wartości rynkowej" w świecie aplikacji randkowych - czy taka historia różniłaby się dziś czymś istotnym od tej sprzed 140 lat, czy rozegrałaby się praktycznie identycznie?

Rozegrałaby się podobnie, lecz nie identycznie. Wokulski mógłby być founderem, który zdobył kapitał na ryzykownym kontrakcie logistycznym, rozwinął firmę międzynarodową i uwierzył, że sukces finansowy naprawi jego niskie poczucie wartości. Izabela pochodziłaby z rodziny old money, której majątek się kończy, ale nazwisko, kontakty i kapitał kulturowy nadal są jej mocną kartą. Rzecki byłby dyrektorem operacyjnym, który od ćwierćwiecza prowadzi firmę, nigdy nie wziął udziałów i wciąż wierzy w genialnego założyciela.

Nadal działałyby mechanizmy znane Prusowi: pieniądze otwierałyby wiele drzwi, lecz nie gwarantowały przyjęcia do środowiska; atrakcyjność byłaby walutą; sieć znajomości (networking) mogłaby zastępować dawną arystokratyczną koligację, uczucie zostałoby pomylone z projektem wymagającym odpowiedniej strategii, a klasa społeczna ujawniałaby się w kodach językowych, ukończonych szkołach, zamieszkiwanych dzielnicach.

Różnice byłyby jednak istotne. Współczesna Izabela miałaby większą możliwość zdobycia wykształcenia, pracy i samodzielnego życia. Zachowanie Wokulskiego pozostawiałoby cyfrowe ślady i szybciej zostałoby nazwane przekraczaniem granic.

Gdyby miała Pani zrobić z „Lalki" jedną rolkę, która miałaby szansę stać się viralem wśród ludzi, którzy nigdy tej książki nie otworzą, jaki byłby jej pomysł, haczyk, format? Co z tej powieści da się dziś sprzedać w piętnaście sekund, żeby ktoś poczuł, że jednak musi to przeczytać?

Zrobiłabym ją w konwencji POV: Izabela Łęcka wylicza red flagi Wokulskiego :)

A już zupełnie na poważnie widzę, że viralem stają się wyjaśnienia dawnych realiów, jak moja rolka o rozmiarze rękawiczek 5 i ¾ i znaczeniu tej sceny.

 

Zakończenie „Lalki" jest słynnie niejednoznaczne. Nie wiadomo do końca, co dzieje się z Wokulskim po jego zniknięciu, a interpretacje wahają się od samobójstwa po świadomą ucieczkę i nowy początek. Którą z tych interpretacji Pani sama uważa za najbardziej przekonującą?

Najbardziej przekonuje mnie interpretacja, zgodnie z którą Wokulski przeżył, lecz dokonał symbolicznego samobójstwa swojej dotychczasowej tożsamości. Nie oznacza to pogodnego zakończenia ani pewności, że pojechał do Geista i odtąd prowadził spełnione życie uczonego. Raczej radykalnie zerwał z Warszawą, Izabelą, handlem i człowiekiem, którym próbował się stać.

Argumenty za śmiercią są bardzo mocne: Wokulski rozporządza majątkiem jak człowiek przygotowujący testament, kupuje naboje, pojawia się w pobliżu Zasławia, a następnie dochodzi tam do eksplozji w ruinach. Szuman uważa, że bohater zabił się dynamitem. Rzecki odpowiada jednak, że Wokulski mógł wysadzić sam kamień, czyli materialną pamiątkę miłosnego złudzenia. Ciała nie odnaleziono, a powieść pozostawia również trop Ochockiego, który zbiera pieniądze i przygotowuje się do wyjazdu za granicę. Rzecki podejrzewa nawet, że obaj mogą spotkać się u Geista albo wyruszyć dalej.

Wybieram wersję o ucieczce nie dlatego, że potrzebuję szczęśliwego finału. Przekonuje mnie wizja człowieka, który nie potrafił zmienić swojego życia w sposób linearny, więc wybiera skok na głęboką wodę. Prus nie pozwala nam jednak na pewność, ponieważ ostatecznie każda wersja losu Wokulskiego mówi więcej o osobie, która ją tworzy: Szuman wybiera śmierć, Rzecki nadzieję, a czytelnik - własny stosunek do postaci. 

„Lalka" bywa czytana jako ciężki, poważny dramat, ale Prus potrafił pisać ze sporą dawką ironii i cierpkiego humoru. Czy ten komizm da się w ogóle przenieść na ekran? Czy to jest coś zarezerwowane tylko dla czytelnika? Czy jest jeszcze coś w „Lalce", czego na ekran nie da się przenieść?

Komizm „Lalki” można przenieść na ekran, ale nie przez dopisywanie gagów. U Prusa śmieszność bardzo często rodzi się z różnicy między tym, co bohater mówi o sobie, a tym, co czytelnik już widzi. Tomasz Łęcki opowiada o genialnych operacjach finansowych, gdy jest bankrutem. Rzecki z pełną powagą tworzy polityczne przepowiednie i matrymonialne plany. Mraczewski sprzedaje klientowi kalosze w takim tempie, że kupujący odzyskuje świadomość dopiero po zapłaceniu. Salon zachowuje się jak teatr, w którym każdy gra osobę bogatszą, szczęśliwszą i bardziej niezależną, niż jest w rzeczywistości.

Kino może oddać ten mechanizm przez grę aktorską, montaż, kompozycję kadru i kontrast między słowem a obrazem. Łęcki może mówić o swojej wypłacalności, podczas gdy służba dyskretnie wynosi srebra. Wtedy ironii nie trzeba objaśniać - widz sam ją rozpoznaje.

Najtrudniej przenieść na ekran niepewność poznawczą. „Lalka” jest pełna konstrukcji takich jak „zdawało mu się” i „wydawało jej się”. Wokulski, Izabela i Rzecki stale mylą własne przekonania z wiedzą, a narrator nie zawsze rozstrzyga, gdzie przebiega granica. Trudne do zastąpienia są także zmiany perspektywy, mowa pozornie zależna i pamiętnik Rzeckiego, który nie tyle uzupełnia narrację, ile tworzy czasem kolejną  wersję rzeczywistości.

Film może jednak znaleźć dla nich własne środki: odbicia w szybach, obrazy obserwowane z ukrycia, powracające dźwięki, głos z pamiętnika, kadry pokazujące równocześnie złudzenie bohatera i fakty. Dobra ekranizacja nie musi przenosić każdego zdania, ale powinna ocalić to, co w „Lalce” najważniejsze: świadomość, że człowiek patrzy na świat przez własne pragnienia i bardzo często widzi nie to, co istnieje, lecz to, czego potrzebuje. I mam nadzieję, że właśnie to zapewni nam wszystkim ( mnie na pewno, bo film już widziałam) „Lalka” w reżyserii Macieja Kawalskiego. 


Czytaj również:

„Lalka” - film w kinie czy serial Netflix? Jedna wersja jak u Prusa, druga wywraca klasykę do góry nogami