Helena Łygas: Nie wygląda Pani na mamę 20-letniego syna.

Monika Piątkowska:

A jestem – jak to czasem się śmieję – już półwieczna.

WIDEO

player placeholder

Nie bez powodu zaczęłam od tego pytania. Zastanawiam się, jak często w polityce słyszy się jako kobieta komentarze dotyczące wyglądu?

Często – i nie tylko w polityce. Przeważnie są to zresztą komentarze miłe, ale umówmy się, że mężczyźni nie są oceniani w pierwszej kolejności przez pryzmat wyglądu. 

Uroda pomaga czy przeszkadza w karierze?

Powiedziałabym, że może pomóc otworzyć te pierwsze drzwi, ale dalej przeszkadza – atrakcyjna kobieta, która chce robić tzw. karierę, często jest postrzegana jako osoba mniej kompetentna. Starszemu, statecznemu mężczyźnie przypisujemy trochę więcej powagi, odpowiedzialności i sprawczości. Obserwuję wokół siebie kobiety energiczne, przedsiębiorcze, samodzielne ale niestety w dalszym ciągu muszą one wkładać więcej wysiłku, by ten sukces osiągnąć, niż statystyczny mężczyzna. Do tego, gdy już dojdą do wysokiej pozycji, muszą cały czas udowadniać, że nie znalazły się tam przypadkowo, ale dzięki ciężkiej pracy i kompetencji. To się zmienia, ale wolniej niż bym sobie tego życzyła. 

Zobacz także:

Proszę zauważyć, że zapytała mnie pani w pierwszej kolejności o syna i wygląd – my wszyscy mamy wpojone pewne skojarzenia i schematy co do płci. I to nawet, jeśli prywatnie uważamy się za feministki. 

Rzeczywiście, mężczyzny bym o to pewnie nie zapytała, a przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Co uważa Pani za swoją największą kompetencję?

Od lat jestem zakorzeniona w biznesie i w polityce, co razem tworzy mix dość unikalnych kompetencji. Zwłaszcza w połączeniu z doświadczeniem pracy w administracji – czyli de facto pracy wykonawczej. Wiem, jak przygotowuje się budżet miasta i umiem nim efektywnie zarządzać. Jestem bardzo zorientowana na efekty, ale i zdeterminowana, by – mówiąc oględnie – doprowadzać rzeczy do końca, dowozić cele. Myślę, że jestem w tym bardzo skuteczna. Z jednym “ale”. 

Jakim?

Może nie zabrzmi to najlepiej, ale zawsze powtarzam, że niczego w życiu nie osiągnęłam sama, ale zawsze z ludźmi. Uwielbiam pracę zespołową, uważam, że jest bardzo rozwijająca, o ile buduje się mosty i potrafi się dojść do kompromisu. Zresztą ta sama zasada działa w życiu rodzinnym – gdyby w moim domu nie było równego podziału obowiązków, które okresowo, gdy miałam bardzo dużo obowiązków zawodowych, przejmował mój mąż – nie byłabym pewnie w miejscu, w którym jestem dzisiaj. Mąż odbierał syna ze szkoły, gotował, gdy ja kursowałam między Warszawą, Krakowem, a przez pewien czas także Katowicami. Dom to moje bezpieczne miejsce, przystań, która daje mi siłę i spokój, ale też energię do działania. 

A jak się z mężem poznaliście?

Na drugim roku – oboje studiowaliśmy i ukończyliśmy prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jesteśmy razem już 30 lat. 

Pochodzi pani z Zakopanego?

Z Nowego Targu, w Zakopanem się urodziłam, dlatego ta informacja pojawia się czasem przy moim nazwisku. W Nowym Targu spędziłam dzieciństwo, tam skończyłam podstawówkę i liceum. Dziwnie to zabrzmi, ale od dziecka zawsze wiedziałam, czego chcę. Już pod koniec podstawówki wiedziałam, że chcę studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tyle, że wtedy widziałam się w roli adwokatki na sali sądowej. Już na studiach pracowałam w kancelarii adwokackiej – nie pochodzę z bogatej rodziny, rodzice pomagali mi jakimiś pieniędzmi, ale musiałam sobie dorabiać, żeby się utrzymać. 

A skąd zainteresowanie polityką?

Właściwie zaczęło się od mojego męża, który wciągnął mnie w środowisko lewicowej młodzieży. Połknęłam „bakcyla” i zrozumiałam, że polityka jest moim żywiołem. Szybko też nauczyłam się życia w polityce i jak być sprawczą. 

I jak?

Przede wszystkim, trzeba wiedzieć, czego się pragnie i jakie cele chce się zrealizować. Oczywiście ważna jest umiejętność osiągania kompromisu, ale też stanowcza walka o swoje pomysły. Trzeba mieć odwagę, by powiedzieć “nie” – co zdarzało mi się nader często. Skuteczny polityk musi być niezależny, moim zdaniem - również finansowo, wtedy wiadomo, że nie idzie do polityki dla pieniędzy. Przy tym potrafić działać w grupie, ale też wyjść do ludzi. Trzeba być dojrzałym człowiekiem, by być dojrzałym politykiem – chociaż oczywiście jest wielu kompetentnych, młodych osób w tym świecie. Trzeba umieć budować sojusze, wiosłować z ludźmi w tę samą stronę. 

A jaka jest pani największa zaleta, jeśli chodzi o świat polityki?

Potrafię stworzyć a potem utrzymać dobre, długotrwałe relacje z ludźmi. Relacje i lojalność są dla mnie najważniejsze. Przywiązuję się do osób, z którymi współpracuję. Bliskie relacje dają mi energię i motywują do działania opartego o poczucie odpowiedzialności. 

A wada?

Bardzo dużo pracuję – choć może nie brzmi to jak wada, to proszę mi uwierzyć, że naprawdę często nią bywa, głównie odbijając się na życiu prywatnym. Jestem też perfekcjonistką. Bardzo dużo wymagam od siebie, ale i od innych. Moją mniej jednoznaczną wadą jest chyba to, że nie lubię prowadzić ludzi za rączkę w pracy – tłumaczyć. Lubię pracować z ludźmi samodzielnymi. Oczywiście, gdy ktoś potrzebuje pomocy w pracy, to mu pomagam, uczę czy wdrażam. 

Czy jest coś, czego musiała się pani nauczyć?

Żeby szanować nie tylko innych, ale też samą siebie. Ostatnio zablokowałam szereg osób, a może precyzyjniej profili, bo w świecie dezinformacji i skoordynowanych ataków botów ciężko czasami znaleźć granicę między jednym a drugim; które pisały wulgarne, jadowite komentarze na mojej stronie, żeby potem usłyszeć od oponentów, że “co to jest za demokratka, która zamyka usta ludziom”. Wolność słowa to jedno, ale szacunek do drugiego człowieka jest ważniejszy. Nie toleruję obrażania, szydzenia, hejtowania. Zakładam też, że ktoś, kto wchodzi na mój profil na Facebooku, chciałby się czegoś o mnie i moim programie dowiedzieć, a trudno to zrobić, gdy w komentarzach powtarzają się wciąż te same pseudo zarzuty.

Jakie zarzuty?

Że ja “nawet nie jestem z Krakowa”, więc jak mogę kandydować na stanowisko prezydent miasta. Nie wstydzę się, że urodziłam się w Zakopanem i wychowałam w Nowym Targu. Ale to Kraków jest miastem, które świadomie wybrałam na miejsce do życia, zawsze je kochałam, stąd pochodzi mój mąż, którego rodzina mieszka tu od czterech pokoleń. Jeździłam do Krakowa regularnie jako dziecko, mam rodzinę, mieszkanie w starej krakowskiej kamienicy, 20 lat temu byłam absolutnie przekonana, że spędzę tu całe życie. Czasy się zmieniły, to nie tak, że jeśli urodziłeś w jednym miejscu, to zostajesz tam całe życie. Zarzucają mi też, że wyjechałam pracować do Warszawy – jak absurdalnie to nie brzmi. W ostatnim tygodniu nawet bombardują pytaniami, które miejsce zamieszkania jest bardziej “moje”, segment pod Warszawą, czy właśnie mój krakowski dom. 

Przecież to są jakieś – przepraszam – głupoty. 

Cieszę się, że pani to mówi, ale najwyraźniej nie dla wszystkich. Mam wrażenie, że w tej kampanii, jest kładziony olbrzymi nacisk na to, by nie rozmawiać o problemach miasta, zadłużeniu, wizji na wyjście z niego i dalszy rozwój Krakowa, a sprowadzić debatę do personalnych ataków, dezinformacji, propagandy. Trudno w takim sztucznym szumie mówić o rozwiązaniach i postulatach. 

Co robi pani dla przyjemności?

Jeżdżę na rowerze po lesie. W ogóle kocham las. Jest coś niesamowitego w obcowaniu z naturą w połączeniu z pewną dozą samotności i ciszą. Sport mnie wycisza, zdejmuje napięcie, ale sprawia też, że lepiej śpię. Poza rowerem lubię też basen. Niezwykle relaksująca jest dla mnie sauna. 

A jakie są pani ulubione miejsca w Krakowie?

Każdy Krakowianin ma swoje ulubione miejsce na kawę, dla mnie to Pożegnanie z Afryką. Tu spędziliśmy z mężem wiele randek, przy kawie, w moim przypadku orzechowo-waniliowej. Kocham Kazimierz i jego atmosferę, która sprawia, że to trochę miasto w mieście, Podgórze i oczywiście Kładkę Bernatka łączącą obie te dzielnice. Podgórze cenię szczególnie za to, że nie jest skomercjalizowane pod turystów. Tutaj wychował się też mój mąż. Z czasem bardzo polubiłam Nową Hutę, której nie doceniałam, gdy byłam studentką. Lubię przestrzeń i oddech Nowej Huty, ale uważam, że zieleń tej dzielnicy potrzebuje rewitalizacji, albo po prostu większej troski ze strony miasta. 


Czytaj także: